czwartek, 5 kwietnia 2018

Codzienne ogrody {4}




>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<


Miniatury twórcze


"codzienne ogrody"



>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<



{4}
Masy




Wiwat na cześć króla!

Wzburzone oklaski i fala cierpkich słów pomiędzy głowami. Mgiełka nad nimi prawie niewidoczna wystrzeliła wreszcie w nieboskłon. Tam, klucząc wśród chmur i strzelistych wieżyczek, snuła historie, nadzieją oblewając każde zdarzenie.
Że to koniec
i początek

Znów wznieśli swe dłonie, w znanym już rytmie, pędzili w monotonnym śpiewie do gwiazd. W spokoju usypiając ostatnie oddechy odziane w czerń.
Ta, rozlewała się po otoczeniu, milczała - nazywając rzeczy od początku. W pomruku i zgrzycie naddawała formom formy jeszcze nieprzebyte.
Tak zajaśniał. Słońcem wzniecając ogień małych serc, polał ich strumieniem goryczy. Podpalił.

Wiwat na cześć króla!

Okrzyk powoli cichł i zmieniał się w szept drżący w przestrachu. Po kolei korzenie wyciągały swe szpony, rozgrzebując beton, ziemię. Zaciskały je na szyjach i nadgarstkach. Świstały liściaste bicze w powietrzu, w pięknym powietrznym tańcu. Tak tańczyć mogła tylko sprawiedliwość.

Zamarcie naiwne nie przyniosło ratunku.

Ratunek zdawał się nie istnieć, poza sekundą, poza miejscem, nie było nic innego. Tylko rozciągnięte w błogiej naiwności teraz.
Strzepać kurz z ubrań. Król patrzy, mierzy celnym okiem, mruga, pluje, wyciekające białko maluje mu na twarzy inne usta, które mówią, przemawiają.

Zastygli więc w spokoju, w stagnacji niepewnej, wystraszonym spojrzeniem ogarniając pofałdowaną ziemię.

Nastał świt jego głosem.





Wiwat.






>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<

>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<>>><<<


czwartek, 29 marca 2018

Codzienne ogrody {3}




<<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>>


Miniatury twórcze


"codzienne ogrody"




<<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>>



{3}
Śnieg



To były ostatnie chwile by opiewać śnieg. Pustkę rozciągającą się wzdłuż oblodzonych dróg, przestrzeń osieroconą i pozbawioną światła. Wśród ostatnich śnieżnych pagórków, migała twoja czarna skóra, do której przylegało spocone ubranie. Czekoladowy aromat. Idealna na zimowe wieczory; gorąca. Gęste włosy spływały falami na plecy, a płatki śniegu zdobiły je jak najsubtelniejsza koronka.

I czarno na białym widziałem jak potoczy się ta ostateczna rozgrywka. Mogliśmy uciekać przed sobą w nieskończoność, kluczyć pomiędzy opuszczonymi blokami i wtapiać się w ich szare odcienie. Ale poukładana, wymierzona już wieki temu powierzchnia sprzyjała byciu przewidywalnym. Tylko ewentualna zamieć śnieżna lub nagły deszcz mógł zmącić nasz wzrok i przyprawić o zakłopotanie. Albo ten niespodziewany usypiający dźwięk, morze w oddali, cichy szum... szepty.

Płynęła ulica setką świateł i sunących głucho, lecz gładko po asfalcie opon. Lampy dzwoniły do rytmu, niekiedy zmieniając swój odcień. Myśli, uspokojone tym spokojem dążności i pędu, mamrotały coś w półmroku. Siedzieliśmy w zakamarkach, słysząc przejeżdżający świat, tułając się od jednej piwnicy do drugiej, jak szczury pękate i głodne zaspokojenia.

Ja. Utkany w szarą sieć popędów i ty, błyszcząca dama wszystkich słońc. Modliłem się o dźwięki miasta, żeby zagłuszyły krzyki. O wybaczenie i o niewinność dla ciebie. Pamiętałem o tobie. Rycersko broniłem twojej świętości w oczach Pana, siebie podkładając pod sąd grzechów codziennych. Maszerowały za mną niczym karawana zagubiona na najdzikszych rejonach pustyni. Wciągały mnie w jej odmęty, dziurawiły wnętrze, żeby wpuścić do środka strumienie piasku i kamieni.

Kiedy rzuciłem pierwszym, wygrzebując go spod zlodowaciałych śmietników, zaświstał w powietrzu i przeciął je, z dostojeństwem trafiając celu. Zdrapany naskórek zmieszał się z brunatną krwią i zabrudził lekko śnieg. Śnieg jednakże i tak był brudny, podeptany, oblany żółtawym moczem, topił się, przemieniał w kałuże. Widziałem ciebie na nim, leżącą. Może nawet tak samo brudną, tak samo topiącą się w moim spojrzeniu, w moich płynach.

Ale nie leżałaś, zniknęłaś za rogiem, a tam kule śnieżne wzbiły się w górę i cudem omijając mnie, wylądowały na murach pobliskiego budynku. Zostawiły tam białe, okrągłe ślady. Dzieci rozniosły się ze śmiechem i znów byliśmy sami. Okna poodsłaniane, lecz puste. Zbyt zimno, by... zbyt zimno na ucieczkę.

Powoli zapadał całkowity zmrok i cisza otuliła nas swoim płaszczem. Uliczny szum zagrzmiał z całym swoim majestatem, przytulił mnie i ukoił wewnętrzne rozedrganie. Znów byłem tam, samotny i zamknięty w czterech ścianach myśli, gdzie cegły naznaczone zostały innym znakiem życia i witalizmu. Kolory tych symboli tańczyły mi przed oczami za każdym razem, gdy kończyłem w tobie tatuować zwycięstwo.

Ulicę skąpała woda, a śnieg znikał w dziurach, rynsztokach i pod kołami sunących po deszczu aut. Niekończąca się podróż grała w moim umyśle. Każdy twój ruch, gest, słowo, choć tak rzadko mogłem je słyszeć, był kierunkowskazem. Mapa twojego ciała mówiła jednak wyraźniej i teraz, kiedy w ostatecznej godzinie mogłem opiewać śnieg na gładkiej, ciemnej skórze, dostrzegałem wcześniej pomijane obiekty. Ślady stóp, ślady rąk, ślady pięści w kolorze bakłażana. Tak... z okna nad nami poczułem zapach pieczonych ziemniaków. Muszę przygotować się na wiosnę. Gdyby tylko ten szum nie uśpił mej czujności na detale, zauważyłbym, że nie byłaś człowiekiem.




<<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>>





<<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>>