wtorek, 6 grudnia 2016

Powitanie świtu w uchu


Powitanie świtu w uchu



Mówienie o muzyce (jak i wszelkiej odsłonie ludzkich1 poczynań) wyrywa ją z przestrzeni zwykłego doświadczania i stwarza pewnego rodzaju „nadprzestrzeń” – obecną w intelektualno-estetycznym percypowaniu muzyki. Ta, przestaje być tworem aktualnym, obecnym w chwili słuchania, a staje się ponadczasowym. Doświadczamy jej wtedy wielopoziomowo, poza samym momentem obcowania z dźwiękiem. Mówienie, pisanie, wejście w interakcję z nim, przypomina podróż. Każde działanie tworzy nową jakość pomiędzy obiektem odsłuchu, a naszym uchem, dając ciągle bardziej rozbudowaną nadprzestrzeń naszego percypowania muzyki. Al Cisneros2 powiedziałby – to archeologia dźwięku, odkrywanie, w dodatku niekończące się i różnorodne, na co wskazuje choćby rozwój tworzonej przez niego muzyki. To pierwszy przykład świtu, świeżości, jakich możemy doświadczyć dzięki obcowaniu z tym rodzajem sztuki – to nieustanna nowość i brak powtarzalności.

Odkrywanie dźwięku występuje jednak nie tylko w przypadku twórcy. Słuchacz w równym stopniu jest archeologiem – każda eksploracja muzyki jest dla niego powiewem czegoś innego, wcześniej nieznanego. Ale nie musimy rozdzielać ról – twórca to równocześnie słuchacz, a odbiorca również kreuje nowe jakości w swojej relacji z dźwiękiem. To my, jako indywidua stanowimy treść dla form dźwięku, choć to zawsze dźwięk będzie nadawał rytm temu doświadczeniu i to poprzez niego następuje ekspansja poznania muzycznego (jego rozumienie czy samo bezpośrednie doświadczanie). Dlatego nadprzestrzeń jest dostępnym każdemu, obiektywnym miejscem wchodzenia w interakcję, mimo tego, że zawsze wychodzimy z perspektywy jednostkowej, zatapiamy się w ciągłej ekspansji dźwięku, niekończącego się jego doświadczania. To roztopienie granic pomiędzy twórcą a słuchaczem, subiektem-obiektem, jest kolejnym obrazem „świtu w uchu”, jaki przeżywamy dzięki doznawaniu muzyki. Twórca odkrył dźwięk, zaprezentował go światu, słuchacz wchodzi z tym w interakcje i wcale nie powiela elementów danych od autora – rozwija je, przekształca (lub zniekształca), obcuje z nimi w zupełnie innych przestrzeniach, transcendując swoje poznanie, czyni je tym różnorodnym w formy. A dźwięk poprzez swoją ekspansję przybiera postać nie tylko formy, ale także treści. To sprawia, że można powiedzieć o istnieniu dźwięku poza samym jego zapisem, ale i dzięki niemu.

Advaitic songs – album z 2012 roku zespołu OM3, pokazuje niedualność właśnie na tym poziomie – czystego dźwięku, pieśni wibrującej wokół, której wszyscy jesteśmy odkrywcami. Percypując ją na różne sposoby, wkładamy w ten odbiór rozmaite treści, których transcendowanie pozwala doświadczać nowości i świeżości w obcowaniu z muzyką. W albumie zrównane zostały dwa poziomy – czynności (twórca muzyki) i bierności (słuchacz) – dźwięk jest nam dany do doświadczenia w tej samej nadprzestrzeni – zapełnianej lub oczyszczanej dowolnie. Jeśli oczywiście pozwolimy sobie na tego typu doświadczenie muzyki. Sprawa ma się tak samo z literaturą – czytając, gramy na zasadach autora, nie inaczej, jeśli chcemy naprawdę poznać i wniknąć w dzieło. Album muzyczny opiera się na podobnych zasadach. Istotne jest to, że stanowi zapis, który sam w sobie jest już przekroczeniem momentu odkrywania muzyki. Dlatego artykuł zatytułowałam „powitanie świtu”. Dźwięk już istnieje, my z nim obcujemy i to ciągle na nowo. To wszystko jest zaś wyrazem czegoś w rodzaju intuicyjnej, muzycznej filozofii twórcy wspomnianego wyżej albumu – Cisneros'a: „Pieśni istnieją od zawsze i zawsze będą; muzyk odkrywa je. Nie wytwarza. Istniały we wszechświecie wcześniej. Dlatego rezonują we wspólnocie serc.”4

Czy ostatnie zdanie nie mogłoby się kończyć słowem nadprzestrzeń?

Doświadczenie ostatniego albumu OM należy do bardzo ciekawych podróży w moim życiu słuchacza, dzięki niemu poznałam narzędzia do opisu tego, co faktycznie czuję obcując z muzyką. Prawdopodobnie też dlatego, że Advaitic songs zawierają w sobie tak wiele, będąc równocześnie czystą formą sztuki, oraz stanowią całościowe, zharmonizowane pod każdym szczegółem dzieło muzyczne, które pretenduje do miana klasyki. Lecz nie klasyki gatunku – OM wyłamuje się ze schematów gatunkowych tak samo, jak zaciera granice pomiędzy różnicą twórca-słuchacz. Zaciera i różnice i podobieństwa. Wszystko paradoksalnie nakłada się na siebie w niedualnym percypowaniu. Czy wciąż pamiętamy, że znajdujemy się w Ameryce Północnej, a zespół pochodzi w Kalifornii? 
 
Nie ulega wątpliwościom, że OM wyrósł z tradycji muzyki doomowej i stonerowej, których korzeni można szukać w twórczości Black Sabbath, a także w ogóle od powstania pierwszych zespołów rock'n'rollowych i idei, które przyświecały różnym muzycznym scenom lat 60tych i 70tych. Pierwsze płyty OM nawiązują do tej powolnej, ospałej i pełnej mocy stylistyki, zachowując przy tym niezwykły minimalizm – na początku zespół tworzyła tylko dwójka ludzi – Cisneros grający na basie i użyczający wokali oraz Hakius na perkusji. A jednak już od pierwszego albumu zespołu (Variations on a Theme, 2005) wyczuwalna jest zapowiedź czegoś większego, bardziej wyzywającego muzycznie oraz nowatorskiego. Sama nazwa – OM – to zapewne wyraz wspomnianej koncepcji Cisneros'a o archeologii dźwięku. 
 
Zaczerpnięta z filozoficzno-religijnej doktryny starożytnych Indii, święta sylaba om, będąca wiecznie istniejącą udgithą (pieśnią i oddechem równocześnie), a także symbolicznym dźwiękiem wszechświata, była trafnie wybranym motywem. I, o ile na początku obcowania z zespołem, odwoływałam się do transcendentalnego znaczenia tych kategorii, do – nawet nie filozofii, a mistyki hinduskiej – o tyle kilka słów przeczytanych w wywiadzie z zespołem wystarczyło, abym zrozumiała znacznie głębszą ideę przyświecającą Cisneros'owi. Głębszą, a zarazem prostszą i bardziej świeżą – chodzi o sam dźwięk. O doskonałą formę, która przybiera niezliczoną ilość oblicz poprzez swoją ekspansję w każdym jego wybrzmieniu, odkryciu. I na niezliczone sposoby może zostać doświadczony oraz opisany. Jedyna transcendencja należy do wykraczania poza treści wprowadzane przez nas w nadprzestrzeń obcowania z muzyką.

OM zatem w kolejnych albumach odkrywa coraz ciekawsze brzmienia, powoli wyłamując się spod ram gatunkowych. Na płycie God is good, nagranej już perkusistą Emilem Amosem (którego gra nadaje ciekawy wymiar tej muzyce5) oraz z dodanym instrumentarium, takim jak flet, tambura, wiolonczela – OM osiąga niebywałą jakość, również pod względem tematycznym i całościowym (używanie na okładkach bizantyjskich ikon zaczęło się już od płyty Pilgrimage w 2007). Nikt nie spodziewał się, co zespól zaprezentuje kolejnym razem, a wszyscy czekali na to z napięciem.

Na Advaitic songs nie da się patrzeć przez pryzmat gatunkowy, ani nawet stylistyczny. Zespół wykorzystał cała masę motywów dźwiękowych, odwołujących do Bliskiego i Dalekiego Wschodu, ale jak podkreśla Cisneros, nie było tak, że usłyszeli jakąś bizantyjską podniosłą muzykę i stwierdzili, że zrobią o tym utwór.6 Był to, jak można się domyślić – proces odkrywania dźwięku, intuicyjna (tudzież instynktowna) praca utalentowanych muzyków, którzy w swojej pielgrzymce ku wiecznemu dźwiękowi, odkryli i zapisali go właśnie w takiej formie. Elementy bogatych treści spuścizny duchowej całej ludzkości, zostały dobrane jednak z przemyślaną precyzją. 
 
Zanim napiszę więcej o samym dźwięku, który po namyśle i odsłuchiwaniu albumu, stał się w końcu najważniejszy, należy wspomnieć o treściach tematycznych albumu. To nimi zachłysnęłam się, zamykając chwilowo oczy na „nadprzestrzeń” pozbawioną granic, w której wibruje ta wspaniała niedualność. Zacznijmy więc właśnie od niej – advaitic songs to niedualne pieśni. Słowo advaitic odnosi się do adwajty wedanty, najważniejszego systemu filozoficznego Indii, podstawy współczesnej filozofii hinduskiej i syntezy jej osiągnięć od starożytności. Adwajta, niedwoistość, oznajmia jedność Atmana i Brahmana (ogólnie mówiąc: Jaźni i Absolutu). To przede wszystkim stan umysłu, świadomego bycia w świecie, którego różnorodność jest cechą i warunkiem jedności. Wiemy już czym jest ten niekończący się dźwięk Cisneros'a – jest jednością różnic. Być może właśnie ta nowa jakość została nazwana w pierwszym utworze – Addis. Po wielu poszukiwaniach, jednym ze znaczeń tego słowa jest nowy i obok słowników mówiących, że to imię oznaczające „syna Adama, syna czerwonej ziemi”7, myślę, że nic lepiej nie oddaje zamysłu płyty, jak przymiotnik nowy. Jakość nadprzestrzeni Advaitic songs jest bowiem nieskazitelna i świeża. Może nie przypomina świtu – swoją patetycznością (bardziej zmierzch), ale zawiera w tej podniosłości dużą dozę tajemnicy i grozy, zupełnie jak o zamglonym poranku, kiedy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co spotka nas danego dnia. 
 
W obliczu archeologii dźwięku nie dziwi tak odważny dobór motywów muzycznych i kategorii pochodzących kolejno: z Indii (Addis to jedna z najpopularniejszych mantr hinduskich Om trayambakam), przez Bliski Wschód zaczynając od biblijnego Raju (State of Non-return, gdzie niemożliwość powrotu tożsama jest z mitem o zerwaniu jabłka z drzewa poznania dobra i zła), później zjawiając się w Getsemani (nawiązania do chrześcijaństwa, a dokładniej rozmowy Jezusa z Bogiem), na górze Synaj (utwór z islamską modlitwą Labbaika Allahumma, to wyraz wprowadzenia się w stan uświęcony), kończąc na najbardziej mistycznym doświadczeniu (haqq al-yagin) w sufizmie. To z kolei odpowiada za użycie ikony Jana Chrzciciela na okładce albumu – uważany on jest za wzór ascety, z powodu stroju z wielbłądziej skóry, tak samo jak derwiszowie – czyli biedacy/żebracy w świecie arabskim. Album jest wypełniony tą ascetyczną manierą uniżenia i pokory. 
 
Ten przekrój przez treści8 Advaitic songs wyraźnie pokazuje, że jest to projekt sięgający najgłębszych pokładów mistyki bizantyjskiej i indyjskiej. To połączenie, wraz z zapisem dźwięku, dało zupełnie nową jakość. Nie ma co bowiem udawać: te mistyczne i religijne koncepcje są bardzo stare, a w dodatku różnią się – choć to pozór wytworzony przez granice ustawione przez kraje zachodnioeuropejskie. Po raz kolejny OM je zaciera. Różnica pomiędzy światem arabskim, a indyjskim, dwiema skrajnymi postawami wobec boskości (pierwsza pełna pokory i uniżenia, z wyraźną granicą pomiędzy Ja, a Stwórcą; druga ekspansywna, stawiająca pomiędzy nimi znak równości), w ostateczności owe postawy to tylko nazwy. Przestrzeń, którą ukazują jest jedna, to czysta forma doświadczania. W Gethsemane Cisneros wyśpiewuje swym monotonnym, mantrowym głosem, że tej niedualności doznajemy w sanktuarium serca, co jest wyraźną metaforą nadprzestrzeni w percypowaniu muzyki, choć odnosi się do indywidualnego otwarcia na bezpośrednie poznanie, którego nie osiągniemy za pomocą umysłu. Advaitic songs zabierają słuchacza poza czas linearny, tworzą przy użyciu wspomnianych treści zupełnie nową jakość: misterną, piękną, a zarazem budzącą grozę i niemy zachwyt.

Taki efekt, czyli pokorny i zunifikowany mistycyzm, mógł zostać osiągnięty tylko dzięki połączeniu kultur i ich wieczystej esencji oraz podporządkowaniu tego wszystkiego muzyce (jakby nie było) ciężkiej, doomowej. Już na przykładzie pierwszego utworu z płyty, Addis, ukazuje się świeża jakość. Otóż mantra indyjska, pomijając jej znaczenie w kulturze (jako mantry uzdrawiającej i otwierającej „trzecie oko”; tryambakam to dosłownie (mantra) trójoka), jest przede wszystkim pełną radości i wdzięczności pieśnią, harmonizującą człowieka ze światem, samym sobą i uniwersum. Najpełniejszy wyraz w formie muzycznej tej mantry stanowi wykonanie Dalai Lamy.9 Różnica pomiędzy jego wykonaniem, a utworem Addis „rzuca się w uszy”. Wersja OM jest przepełniona mistyczną pokorą i grozą płynącą z nieuchwytnej tajemnicy. Powiedziałabym nawet, że to bardzo patetyczny mistycyzm. To właśnie połączenie indyjskiej radości ze wzniosłością religii islamu oraz przyjętym instrumentarium go takim stworzyły. 
 
Wracając zatem do dźwięku – tutaj również połączeniu uległy narzędzia muzyczne. Stanowi to także przykład ciekawego przekształcenia wewnątrz form przyjętych przez OM. Początkowe albumy były minimalistyczne w doborze środków (bas, perkusja i wokal), ale nie stanowiły spójnej całości (aż tak, jak ostatnia płyta). Natomiast w Advaitic songs, czego zapowiedzią była LP God is good, nastąpiło przesunięcie w kierunku maksymalizmu (w formie i treści). OM stworzył wielowymiarową przestrzeń dźwiękową przy użyciu zarówno tradycyjnych instrumentów, jak i syntezatorów. Dzięki współpracy z niesamowitym twórcą muzyki elektronicznej, występującym jako Lichens (Robert Aiki Aubrey Lowe), ostatnia płyta OM zdobyła znacznie wyższy kunszt artystyczny niż poprzednie albumy.

Lowe w swojej twórczości używa syntezatorów i własnego głosu, na Advaitic songs i w God is good grał także na tamburze. Jest multiinstrumentalistą. Bije od niego niezwykła wrażliwość muzyczna, a sam stosunek do technicznych tworów wydobywających dźwięki jest wręcz wzruszający. W wywiadzie dla Exploratorium10 mówi o syntezatorach z uczuciem, przypominając słuchaczom jakiejkolwiek muzyki, że są to urządzenia wymagające takiej samej delikatności, jak gra na tradycyjnym instrumencie. Jego dołączenie do zespołu nie tyle urozmaiciło Advaitic songs, co stanowi o ostatecznej harmonizacji wszystkich elementów albumu. 
 
Zastanawiające jest, jak z tak potężnej maksymalizacji można osiągnąć naprawdę przejrzystą, czystą formę, w której treści, ukazujące się w nadprzestrzeni, nie są rozczłonkowane i nie toną w chaosie, ale są po prostu niedualne. Myślę, że jedyną odpowiedzią jest tu umiejętność, a także muzyczna intuicja twórców. Advaitic songs z pewnością można potraktować, jako eksperyment, nie tylko w obrębie muzyki – samo połączenie tak różnych doktryn duchowych jest wyzwaniem. Lecz ów eksperyment nie polegał na wybieraniu środków, a – ponownie do tego wracamy – na odkrywaniu jak najbardziej uniwersalnych, prostych elementów dźwięku, na podążaniu za intuicją i odwadze, żeby za nią podążać.

W tym miejscu chciałabym stwierdzić, że i tutaj granice pomiędzy tym, co maksymalistyczne, a minimalistyczne już nie istnieją, ponieważ forma została doskonale domknięta. Odbiór albumu jest odbiorem czystej muzyki, emocji z niej płynących i ewentualnie, w toku zainteresowania zespołem – semantyki i intertekstualności. Wreszcie, jest indywidualnym obcowaniem z dźwiękiem oraz z uniwersalną przestrzenią (nadprzestrzenią). Najciekawsze w tym doświadczeniu jest to, że następuje ono nie tylko w bezpośredniej styczności z muzyką, ale też później. Tak jak rejestracja albumu, była krokiem dalej w archeologii dźwięku, będąc równocześnie zupełnie nowym jej odkryciem; tak samo słuchacz wchodząc w interakcje z muzyką w owej nadprzestrzeni, odkrywa ją (w zupełnie nowy sposób). I właśnie ta styczność z dźwiękiem, pozbawiona wyraźnych granic, rozmazująca także czasowość i aktualność, jest według mnie najważniejszą nauką płynącą z Advaitic songs. Niedualność możliwa jest tu do przeżycia dzięki roli dźwięku. To on jest najważniejszy – stały i wieczny, forma i fundament, równocześnie zmienny i ekspansywny, jak treści nieustannie kreujące się w doświadczeniach. To estetyka świeżości. 
 
Kiedy przeniesiemy tę przestrzeń w wymiar realnego zetknięcia z muzyką – na koncercie – motywy wprawdzie odtwarzane, ale jednak wciąż jakby nowe, nieznane i z każdą nutą bardziej wyjątkowe – otrzymujemy kolejny rodzaj niedualności. Uczestnicząc w wyjątkowym koncercie OM w Pradze (14.11.2015r.), poczułam niedwoistość znacznie silniej niż podczas obcowania z albumem, już stworzonym. Advaitic songs w praskim klubie brzmiało mistycznie, ponieważ granice twórca-odbiorca nie istniały, zostały zatarte przez obcowanie z dźwiękami: przez zespół, który je wytwarzał na żywo i słuchaczy, którzy je chłonęli. Wszyscy obcowali z dźwiękiem. Historia została opowiedziana w zamkniętej formie (zespół nie zareagował na prośby z publiki o bis, co uważam za szlachetne posunięcie) – nie znaleźliście w niej to czego szukaliście? Trzeba było nie szukać, tylko być! 
 
Lowe czynił prawdziwą magię na syntezatorach, a jego wokale obejmowały zespół delikatnym welonem czegoś efemerycznego i tajemniczego. Być może to był on - dźwięk, który wibrował w przestrzeni. Tak bliskie obcowanie z muzykami nie wytworzyło żadnej granicy. Relacja (w moim odbiorze) twórca-odbiorca nie istniała. Jak to wytłumaczyć? Doświadczenie tego albumu odbywało się w nadprzestrzeni. Tam gdzie spotykają się czyste postacie naszego poznania, gdzie dźwięk wiedzie nas w przeżywanie. Relacja formy dźwiękowej wytworzonej przez zespół, z przestrzenią otaczającą słuchacza. To niewielka transgresja, dopasowywanie owej formy do treści z nas wynikających, ale i pozwolenie na prowadzenie formie, na jej ekspansję. Samoistną, bo wynikającą z prostego faktu każdorazowego doświadczenia dźwięku.

Nadprzestrzeń na płycie Advaitic songs to realizacja – także na poziomie dźwiękowym (połączenie raczej monotonnych, podniosłych rytmów z bogatymi treściami utworów) - duchowości takich jak adwaita wedanta i sufizm. Realizacja mogła zostać ujęta jedynie poprzez dźwięk, jako najczystszą z form, pozostawiającą przestrzeń, która pozwala na interakcję ze słuchaczem, a raczej sama nawiązuje taką relację. Chociaż mówienie o słuchaczu nie jest tu adekwatne, granice zlewają się w jeden oddech, którym jest doświadczenie. Zbieżność w mówieniu o odbiorze dźwięku i oddechu nie jest bezzasadna. Wspominana już hinduska udgitha jest realizowana właśnie w oddechu – w jednostkowym życiu, w doświadczaniu.

Tym również jest nadprzestrzeń – indywidualnym doświadczeniem tego, co obiektywne. To zapomnienie o podziałach subiekt – obiekt. Odkrywana przez Cisneros'a pieśń, podążanie za pasją i wyczuciem muzycznym, dokonuje się właśnie w nadprzestrzeni. Wokale muzyka, które lekko wsuwają się w utwory, podążają za nimi w mantrowym tempie, to prawdziwa harmonia kreacji. Często słyszałam, że ów wokal jest zbyt monotonny, że w zasadzie ta monotonia nudzi, mimo zrozumienia celu takiej stylizacji – Cisneros śpiewa, wydobywa słowa, pieśń istniejącą od zawsze. Jej pojawianie się w muzyce następuje w delikatny sposób, będąc też w każdym z utworów nieznacznie inna, ponieważ autor z wyczuciem modeluje swój głos. To tak drobna, misterna praca, że zasługuje na wnikliwsze wysłuchanie. Prześledzenie słów, które nuci Cisneros, sposobu w jaki wplątują się one w dźwięki. To archeologia, ale tworząca zupełnie nową jakość. Dźwięk jest jeden, będąc tak różnorodnym i tak ekspansywnym sprawia, że każde jego odkrycie to powitanie świtu w uszach.






~~*~~*~~*~*~*~*~*~*~~*~~*~~*~*~*~~*~~


Bibliografia



1I nie tylko ludzkich – nie zapominajmy o naturze i jej bardziej makro części – kosmosie.
2Kalifornijski basista i wokalista, zespoły Sleep,i Om, od niedawna występuje również solo.
3OM jest zespołem założonym przez sekcję rytmiczną (Al'a Cisneros'a oraz Chris'a Hakius'a) sztandarowego stoner-doomowego zespołu Sleep.
4Ch. O'Connel, Om's Al Cisneros blazes his way through sonic archaeology, tłum. własne,
5Zob. zespóły Amosa Grails i Holy Sons

6Zcamp, Om – interview, http://www.tinymixtapes.com/features/om, dn. 21.02.2016r.

7B. Betty, Urban dictionary [hasło: addis], http://pl.urbandictionary.com/define.php?term=Addis, dn. 21.02.2016r.
8Nawiązania do poszczególnych kategorii szerzej rozwijam w artykule na swoim blogu: http://pustynnezapiski.blogspot.com/2016/01/om-advaitic-songs-1.html.

9 Sita, The Dalai Lama Chants the Om Trayambakam, https://sitayoga.wordpress.com/2010/06/26/the-dalai-lama-chants-the-om-trayambakam/, dn. 20.02.2016r.

10 Exploratorium, Interview with Robert Aiki Aubrey Lowe. Resonance, https://www.youtube.com/watch?v=4Yvrr5-PtGI, 2014r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

~ zostaw po sobie ślad ~