Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 lutego 2018

O tym, jak duchowość przenika muzykę - scena psytrance




O tym, jak duchowość przenika muzykę




Znalezione obrazy dla zapytania goa india psychedelic
Goa, Indie

         Siła dźwięku tkwi nie tylko w tym, że możemy się dzięki niemu komunikować oraz tworzyć (a więc wyrażać siebie i różne idee). Dźwięk umożliwia także bezpośrednie odczucie, przeżycie, wyłączone spod panowania słów, nieporozumień, przemyśleń. Można powiedzieć, że jest językiem kreacji, najbardziej podstawowym, bliskim naturze. A ta z kolei jest bliska rytmowi. Idea podążania za naturalnym rytmem świata (i wszechświata) znana jest nie tylko w najstarszych filozofiach „Wschodu” - azjatyckiej i hinduskiej – to też właściwość będąca częścią samego istnienia muzyki. Pozawala ona odczuć rozmaite stany owego naturalnego rytmu. Niejednokrotnie bawi się nim, szuka własnego, przekracza granice i je wyłamuje. Rdzeń pozostanie jednak ten sam i jest nim dźwięk, który zaprasza do eksploracji siebie, a poprzez to – eksploracji tego, co sobą niesie.

         Muzyka prezentujące stare wzorce, najbardziej pierwotne dla całej ludzkości, nigdy nie zaginie. Być może to właśnie wokół niej i dla niej powstają nowe gatunki. Owe stare wzorce to elementy dźwiękowe oparte na podstawowej duchowości człowieka. Osoby żyjącej blisko natury, w zgodzie z jej rytmem, a także ciekawą tego, co nad jej głową – ogromu kosmosu i jego nieprzewidywalnych wpływów na nasze życie. Archaiczne społeczności, religijność i filozofie oparte na takich wzorcach do dziś mocno grają w sercach wielu ludzi, nieustannie przechodzą ewolucje i do ewolucji zmierzają. Pulsują też (a może przede wszystkim) pod skórą młodych ludzi odkrywających muzykę i rezonują w ich głośnikach lub na słuchawkach. Nie są oparte na słownych etykietkach, filozoficznych broszurach, ani nawet fizycznych wyliczeniach, choć i w kontekście nauki można to opisywać. Te idee są jak dźwięk – do odczucia, do odebrania zmysłami. Są znacznie bardziej życiowe, bo jak dźwięk, celują prosto w życie – bez pośredników w postaci naukowych zwrotów.

       Ludzie na przestrzeni wieków w różny sposób poznawali te wewnętrzne odgłosy, które jak w starym amerindiańskim przysłowiu mówiły: „Kiedy słyszysz Głos, rozbierz się z całej swojej światowości i idź na szczyt Góry”. Taki Głos odkrywali choćby afroamerykanie i brzmiał on jak ich etniczne bębny, szamańskie, rytmiczne uderzenia wprowadzające w trans; co ewoluowało jako afrofuturyzm nie tylko w muzyce, ale i całej kulturze. Być może podobny Głos słyszeli pisarze Ameryki Południowej, buntując się przeciwko europejskim wzorcom literatury i doprowadzając do powstania gatunku nazwanego magicznym realizmem. Nie inaczej się dzieje w Polsce, która po wojnach i komunistycznej okupacji, skutecznie odcinających ją od wzorców znanych przez pradziadów, właśnie teraz przypomina sobie o prawdziwych słowiańskich korzeniach. Zaczynając od gruntu lingwistycznego, po prawdziwie rodzime symbole oraz światopogląd, który można nawet nazwać filozofią, ponieważ mieści się w nim ontologiczny status świata.

        Idąc tym tropem, powstanie w latach 60tych ruchu hipisowskiego również jest odezwą na pragnienie człowieka bycia bliżej naturalnego stanu. O ile w latach 60. i 70. ruch oddziaływał na wielką skalę, o tyle później zmienił nieco swój kierunek, także jeśli chodzi o kwestie muzyczne. Oczywiście najważniejszym elementem muzyki pozostał tu psychodeliczny styl bazujący na doświadczeniach z popularnym wówczas LSD. To substancja umożliwiła ludziom komunikację ze swoją świadomością i jej odkrywanie, a najbliżej tego kosmicznego rozmachu, ze wszystkich światowych filozofii, była filozofia hinduska. Jej metafizyczne poszukiwania, bogata kosmogonia i nadrzędny cel, jakim jest wyzwolenie ducha, idealnie wpasowały się w klimat wielkiego przebudzenia świadomości. Pielgrzymki do Goa w Indiach zaowocowały oryginalnym odrodzeniem kultury w latach 90tych, kiedy już wielkie bum psychodeliczne w USA zaniknęło, a niszowa muzyka pielęgnowała tam czuprynę Buzza z The Melvins i robił to też sam Kurt Cobain przed i po swoim komercyjnym sukcesie i w swoim narkotycznym kresie. 

        W Goa zaś powstała w tym czasie muzyka nazwana psytrance – z jednej strony korzystała z dawnego misterium estetyki psychodelicznej i orientalnej, z drugiej opierała się na nowej technologii, oferującej interesujące elektroniczne brzmienia. Twórcy owej muzyki, rozwijający kulturę DJ, inspirowali się także kosmosem – jego nieograniczoną i nieprzewidywalną siłą oraz dźwiękami, które wciąż można było odkryć i nadać im smakowitą otoczkę.

        Głównym celem powstania sceny psytrance był powrót do naturalnej jedności ludzi, która swoje odzwierciedlenie znajdowała w ideach ruchu/rytmu, ewolucji umysłu (tutaj wpływ miała technologia), spontanicznemu odczuwaniu życia poprzez dźwięki. Czucie muzyki odbywało się oczywiście w dużych skupiskach ludzi, społecznościach o podobnych światopoglądach. Dążyli, wzorem hinduskich nauczycieli duchowych, do opanowania myśli, oczyszczenia umysłu, a dzięki temu bezpośredniemu „dobraniu się” do swojej (i światowej, nieograniczonej) świadomości. To odbywało się bezpośrednio poprzez czucie w ciele i dostosowanie do rytmu wszechświata. Rytmu wygrywanemu oczywiście przez ambitnego Dj-a. Jego zadaniem była wartościowa wymiana energii z publiką, poderwanie jej do tańca i wyczucie momentów, w których należało zwolnić, przyspieszyć, wprowadzić słuchaczy w trans.

       Wszystko odbywało się w atmosferze święta, jedności, świątynnej atmosferze. Wśród hinduskich świętych symboli, wizerunków bóstw, jak choćby tańczący Śiwa, ćwiczeniu jogi na plażach Goa i innych uduchowionych czynności. Kiedy psytrance przeniósł się do Europy przeszedł jednakże stopniową ewolucję. Zacznijmy od tego, że to właśnie w Anglii pojawili się pierwsi przedstawiciele tej sceny. A to przecież Wielka Brytania okupowała przez wiele lat Indie – teraz sami zaczęli odkrywać indyjską duchowość, dopasowując ją do europejskich standardów i słów.

      Psytrance powędrował do Niemiec, Hiszpanii, Francji. Zaczęto tworzyć ogromne festiwale muzyczne, powstało pismo Mushroom oraz film Liquid Crystal Vision, który w ciekawy sposób obrazuje sposób myślenia o muzyce twórców sceny psytrance. Dla nich, jak i dla odbiorców, muzyka była najczystszym sposobem na przekaz idei o jedności ludzi ze sobą nawzajem, z całym kosmosem i ziemią. Poprzez muzykę uczestniczyli w wielkim święcie ludzkości, święcie tego, że... narodzili się na Ziemi. Propagowali globalną świadomość i czystość bezpośredniego obcowania z życiem. W słowach ludzi wypowiadających się w filmie słuchać wielki zachwyt nad całym ruchem, bezkrytyczną miłość do bycia w muzyce i szerzenia tej wizji na cały świat.
      
    Jednak jak to bywa ze wszystkim, co przekształca się masowo, również psytrance przeszedł przez sitko komercji. Scena stała się mniej ambitna – dj-e nie wykazują już takiej inwencji twórczej jak na początku, ich praca jest typową pracą dla zarobienia pieniędzy. Poza tym Internet skutecznie umożliwia każdemu ściągnięcie za darmo setów i składanek muzycznych. Klasyczne zespoły takie jak Infected Mushroom przeszły na stronę komercyjnej muzyki. A psytrance, który jakoś się zachował, żyje sobie w Internecie, tworzony przez bardziej ambitnych twórców, w mniejszych społecznościach i na indywidualną skalę. To można uznać za drugą falę sceny, choć jest to fala skierowana na całkowitą wolność – także od obcych symboli i wzorców, a więc siłą rzeczy scena stała się bardziej kameralna. Twórcy mogą czerpać inspirację z własnego doświadczania duchowości.

       Można to zaobserwować choćby w Polsce, gdzie pojawiły się małe festiwale proponujące nie tyle muzykę psytrance, ale wszystkie gatunki, które wyewoluowały na jej gruncie i z jej pomocą - full-on, psybient, psydubient, czy mroczny dark trance. Te gatunki skupione są na opowiedzeniu jakiejś historii, zabranie słuchacza w świat odpoczynku i relaksu, krainy fantastycznych wizji, albo tajemniczą podróż przez mrożące krew w żyłach historie. Najciekawszym z tych nowych gatunków jest według mnie psybient. Czerpie on bowiem muzyczną energię z dwóch pojemnych dźwiękowych stylistyk – psychodelicznej oraz ambientowej. A ambient jest muzyką w pewnym sensie... inteligentną. Zabierając nas na wycieczkę w psychodeliczne podróże pozwala umysłowi na tyle zrelaksować się, aby mógł on w indywidualny sposób odnaleźć siebie w globalnej świadomości i symbolach z każdego zakątka Ziemi.


      Wracając jednak do festiwali, które na małą lecz ambitną skalę, pozwalają tęskniącym za wolną wspólnotą ludziom oddać się kilku dniom świątecznej, leśnej zabawy. W Polsce w tym roku po raz pierwszy miał miejsce mały Festiwal L.A.S, a także GoaDupa – w Bieszczadach. Nie wolno zapominać też o organizowanych co jakiś czas koncertach w lokalach, choćby w Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku. Obserwując trzymającą się na uboczu nową scenę psytrance, można odnieść przyjemne wrażenie, że wreszcie znalazła ona swoje miejsce w nie tylko muzycznym świecie – ale też w świecie doświadczeń poza-muzycznych. Na własnej ziemi mamy możliwość uczestniczenia w kulturze w sposób bezpieczny i kameralny. I w taki chyba sposób obecnie pragniemy rozwijać się wewnętrznie – muzyka jest z nami w tym na każdym kroku i ewoluuje wraz ze świadomością ludzi.





Inne podobne posty:

W krainie Psybientu

  Odprężcie się i przygotujcie na trzydniową wyprawę po Wszechświecie Dźwięków. Zagłębimy się w muzykę zwaną psybientem i dowiemy, co wspólnego mają z nim pisane przeze mnie historie Muzeum Świadomości.

    To właśnie ostatni album brytyjskiego zespołu SHPONGLE towarzyszył mi przy pisaniu pierwszej części Muzeum Świadomości. Sam pomysł zresztą został stąd zaczerpnięty. To cudowne miejsce, w którym poznajemy najczystszą prawdę o naszej świadomości...
 
       Gdzie zabierają nas Shpongle? To budzi zainteresowanie także od strony technicznej. Jakby bowiem nie było mamy do czynienia z muzyką, a jej styl automatycznie daje pewne wskazówki, co do interpretacji. Czym się cechuje? Jak powstał? Zajrzyjmy na chwilkę do garderoby Psybientu.



W krainie Psybientu




    Gatunek ten powstał wraz z wydaniem w 1998 roku pierwszego albumu Shpongle "Are you Shpongled?". Wywodził się z muzyki elektronicznej i bazował na odłamie trance'u (muzyki tanecznej rozwiniętej w latach 90. XX wieku w Niemczech) - zwanej psychodelic trance (bądź psytrance).

      Odłam ten nakierowany na bardziej mistyczne znaczenie muzyki ma wspólne korzenie z GOA. Goa to stan na Zachodnim Wybrzeżu Półwyspu Indyjskiego. Co ciekawe - właśnie tam wędrowali hipisi jeszcze w latach 60. i 70. i tam też przetrwali, ewoluują w stronę New Age. Było to miejsce praktykowania jogi, rozmaitych technik rozwoju duchowości, w tym zażywania psychodelików. Słynne kilkudniowe imprezy na plaży w Goa, na których panowała zawsze aura niesamowitości i duchowej obecności, zaczęły cieszyć się powodzeniem w Europie. Tam też powstał psytrance, odwołujący się do energii panującej w Goa. Warto nadmienić, że popularność tego gatunku w Polsce wciąż rośnie. Znane są festivale open air, szczególnie w okolicach Trójmiasta. Ta nowoczesna muzyka czerpie jednak bardzo dużo z orientalnych brzmień i mistycznych symboli. Bo te, nawet jeśli nieśmiertelne i wieczne, odwołują nas do czegoś historycznego, naładowanego przedwieczną energią, budzącego szacunek.


    Lecz psybient nie jest tylko tym. Drugim gatunkiem z jakiego powstał to AMBIENT. Właśnie dzięki niemu w krainie Psybientu odczuwamy tak niesamowitą atmosferę tajemniczości, zarazem pozwalając, aby dźwięki stały się w magiczny sposób tłem... do życia, do barwnych historii wyświetlanych przed naszymi oczami.

   Pewien francuski kompozytor, Erik Satie, w 1888 roku stworzył dzieło zwane Gymnopédie. Były to trzy kompozycje na fortepian, określane przez niego mianem musique d'ameublement. Chciał, aby muzyka mogła być właśnie TŁEM życia codziennego. Te trzy utwory to zapowiedź ambientu, spokojne, podszyte czymś niepokojącym - wychodziła tym poza kanon klasyczny. Muzyka ambientowa miała funkcjonować poza czasem. Już u Satie słuchać to doskonale. Prawdziwy kunszt i ukojenie dla uszu.

    Rozwój ambientu polegał na synestezji. Łączono dźwięk z obrazem, a w muzyce wykorzystywano "konkretne dźwięki - np. śpiew ptaków, głosy ludzi, gwar uliczny itp. W latach 70. przy wielkim rozwoju muzyki trance pojawili się twórcy pasjonujący się syntezowaniem dźwięków. Jednym z pierwszych kompozytorów ambientowych był Brian Eno.
     Prezentowane przez niego utwory zawierają w sobie coś archaicznego i fascynującego. Cóż bardziej nas odwołuje do tych właśnie dawnych wzorców energetycznych, jeśli nie MUZYKA ETNICZNA? To bowiem ostatnia z inspiracji psybientowych. Po angielsku określana mianem WORLD MUSIC. W jej skład wchodzi europejska muzyka ludowa - folk oraz "muzyka reszty świata" - etniczna, a także wszystko, co jest nią inspirowane.

    I taki też, w dużym uogólnieniu, jest psybient, jaki reprezentują Shpongle, będąc zarazem ojcami chrzestnymi owego gatunku. Już w drugiej części przyjrzymy się uważniej zespołowi.


     Co oznacza "shpongle", kim jest Hallucinogen i co ma z nim wspólnego grający na flecie Raja Ram? 



niedziela, 17 grudnia 2017

Fragment powieści "Kajwalia"



Pomyślałam, że podzielę się fragmentem ostatniej powieści, jeszcze nie zredagowanej, to mały przedsmak, trochę w hołdzie różnym przemianom w świecie i życiu, różnej plątaninie zdarzeń i zabawie wśród tworów kultury, które cenię. 
Poniższy fragment pochodzi z "rozdziału" drugiego, powieści Kajwalia i są to dwie jego ostatnie części.





I
Słowa! Uratujcie świadomość
w niej wydziobcie
przejrzyste ścieżki


A nie w wytworach świata!

             Takie było hasło, któremu syn państwa Góra zaczął hołdować. Zajmowanie się technologią bez zbędnego spięcia, że cokolwiek musi zostać wyjaśnione, już dawno minęło. Teraz naukowcy w metodycznym szale podważali, co tylko możliwe, bawiąc się wręcz osiągnięciami poprzednich lat. Nie rezygnowali z nich jednak, po prostu zaczęli doceniać zmienność rzeczywistości i perspektyw. W centrum zainteresowania młodego Góry było odkrywanie, cóż takiego człowiek może przekroczyć względem własnej natury. Pojęcie natury przestało wszakże obowiązywać. Człowiek dla naukowców nowej generacji był ciągle przekształcającym się organizmem i umysłem, który tym organizmem mógł swobodnie „sterować”. Tego określenia Marta nie lubiła najbardziej, lecz syn zawsze powtarzał, że do słów się już nikt tak nie przywiązuje. Sterowanie znaczy dla nich tyle, co wpływ.  Tak też świadomy wewnętrznie człowiek mógł (a nawet musiał, była to nieunikniona konsekwencja rozbudzenia się globalnej świadomości) przekraczać samego siebie, czym kształtował swoje ja, jako niezniszczalną konstrukcję, a może i nieśmiertelną?
         Z pewnością byli i tacy – szaleńcy dążący do nadprzyrodzonych umiejętności, którzy postrzegali ja czysto materialnie i stawiając pomniki nowym technologiom, upatrywali we wszystkim możliwości przedłużania swojej egzystencji na planecie. Ludzkość jednak w większości wyrosła z tego typu pragnień, bardziej interesowała ją możliwość odkrycia swoich prawdziwych potrzeb i realizację ich, aby spełnić swe, choćby najbardziej wyimaginowane cele życiowe.
          Świadomość taka była, jak dobry dźwięk, subtelnie wydobyty przez kolumny, jakby właśnie się przed nami w ukryciu tworzył, migrując przez kolejne odczucia, aż do całościowego odpuszczenia uczuć i bycia w tym dźwięku, tworzenia go równocześnie.
           Syn Marty Góry zajmował się badaniem dźwięku. Wszak słowo w pierwotnym kształcie miało być dźwiękiem, dopiero później czymś widocznym dla oka. Dlatego tak ważne było według niego wyrażanie słów w odpowiedni sposób – by, choć zapisane, były tak bezpośrednie jak dźwięki. Warto bowiem wspomnieć, że i literatów powstawało w owym czasie wielu, literatów pomrukujących coś w przestworza, a jednak zrozumiale dla wszystkich ludzi. Ich odwieczny problem to przecież bycie czytanym. Obecnie, wyrwani ze swych wszelkich konceptów i uwikłań czasoprzestrzennych, mogli albo odejść w milczące czuwanie, albo nadążyć za ewolucyjną i rewolucyjną mocą słowa. A ono, rozrywane w środku przez miliardy generacji, rwało się ku harmonii dźwięków i opowieści czułych na świadomość odbiorcy.
      Zatem badanie dźwięku młody Góra uważał za ostateczny kres wszelkich dociekań i filozoficznych dywagacji. Być może odziedziczył dryg do muzyki po ojcu, jednak w znacznie większym stopniu nakierowany był na sferę nawet i pojedynczych dźwięków, niż tego, jaką całość one tworzyły w odbiorze. Podążał za każdą strukturą, ich prostotą lub wykwintnością, za pojedynczym uderzeniem, które w transowym rytmie prowadziło do najgłębszych czeluści kosmosu. Góra po prostu pozwalał sobie doświadczać.




J
Śmierć na pewno
obejmie
obejmie
obejmie to*

        Nie pierwszy raz go to spotkało, kiedy po długim wyciszeniu się nad zapiskami komputerowymi i wykresami na temat fal mózgowych oraz oddziaływań na nie muzyki, młody Góra odpłynął w głęboki sen. Tym razem jednak płynął gdzieś poza sam fakt śnienia, widząc po drodze postacie znane z życia codziennego, jak i te odległe o całe kontynenty, różne rasy i nacje. Twarze przelewały się jedna przez drugą – nieme lub rozbawione, świadome i nieświadome. Te, które wykazywały jakiś stopień świadomości, przyglądały się uważnie śniącemu mężczyźnie. Czuł, jakby szedł przez tunel pełen postaci, aż wreszcie rozpadł się on w jednej sekundzie, by z rozszczepionych elementów ukształtować krajobrazy każdego zakątka świata. W tej wszystkości Góra, czuł się niczym zalewana ciepłą wodą herbata, która przed chwilą jeszcze miała swój kształt i twardość, a teraz namiękała, rozpadała się w pewien sposób, ale także... wydobyła z siebie ukryte aromaty i smaki. Mężczyzna poczuł się jeszcze pewniej i gdy tak sunął wzrokiem po otoczeniu, natrafiał na równie rozumne spojrzenia wielkich futurystów, symbolistów, artystów z każdego zakątka globu, ale i mnichów, joginów, wszelkiej maści duchownych. Im bardziej ocuceni byli ludzie, tym bliżej Góry się znajdowali. Całkowicie śpiący niknęli za horyzontem, zamknięci we własnym świecie.
           Mężczyzna poczuł pokusę, by i tam się wybrać. Pociągała go ciekawość i podniecenie czymś zupełnie nieznanym. Lecz czuł także, że tam właśnie znajduje się brak kontroli, a zapewne i zapomnienie. Płynął więc dalej, nawet nie wiedział czy mógłby przeskoczyć do nieznanego, czy faktycznie w obecnym stanie ma tak wielką kontrolę nad swoim losem. Czy mógłby na przykład udać się do matki, zakładając, że by spała? Odwiedzić ją, zobaczyć jak się czuje, może porozmawiać?
         To silne pragnienie poprowadziło go dalej wśród rozłożystych drzew i pustyń zalanych słońcem, poprzez wysokie trawy i skaliste góry. Mógł tak płynąć przez wiele godzin i wcale nie odczuć upływu czasu. A co z przestrzenią? Czy i ona nie jest skończona? Granatowe niebo i jego otchłanie majaczyły nieustannie nad głową Góry. A gdyby tak właśnie tam wznieść się, zobaczyć... To nie w miejscu ani czasie powinien szukać matki, a właśnie w nieograniczonej przestrzeni. I wtedy wzniósł się jeszcze wyżej, tracąc z pola widzenia ludzi i rośliny, przepływając obok mężczyzny w czarnym stroju, który mówił, wyraźnie akcentując słowa:
- Si no conseguiremos la inmortalidad, al menos la realidad.1
          Góra otworzył szerzej oczy, ale przecież spał, więc nie wiedział czy zrobił to naprawdę czy tylko w wyobraźni wyostrzył sobie obraz i mógł dostrzec w dłoniach alchemika gałki oczne, idealnie okrągłe. Patrzyły w górę.
        Wtedy mężczyzna zauważył swoją matkę, kucającą przy starej, zarośniętej tablicy kamiennej, albo grobie. Wokół było wiele czegoś w rodzaju nagrobków, a za jej plecami średniej wielkości, porośnięta góra. Zejście z niej było dosyć strome i pełne plątanin korzeni i spływającej wody, która szumiała pięknie. Marta kucała i przyglądała się cmentarzysku u swych stóp, lecz na twarzy matki syn nie dostrzegł żadnej emocji. Była bardziej zapatrzona w estetyczną stronę obrazu. Oczy lekko rozmarzone, ciało w gotowości, by iść dalej, ale nie pędem, a spokojnym krokiem, medytacyjnym krokiem.
         Powiew natury uderzył młodego Górę z taką siłą, że nie wiedział czy przypadkiem nie obudził się w tym lesie, obok matki i czy to nie oznacza kresu wszystkiego, czym się zajmował. Skoro rzeczywistość jest tak bardzo ruchliwa, tak nieprzewidywalna...
      Marta była przewidywalna. Wstała i klucząc pomiędzy kamiennymi tablicami, pięknie zarośniętymi soczyście zielonym mchem, przyglądała się grzybkom wyrastającym z ziemi obficie. Była ich tak wielka różnorodność, że nawet syn zapragnął dotykać kolorowych kapeluszy i wąchać, a może nazbierać do koszyka, by później... No właśnie, co? I po co?
        Marta zatrzymała się przed dużym siedliskiem białych grzybów, które wyglądały niczym złożone parasolki o różnej wysokości, dosyć grube i pękate. Jednak kawałek dalej, jakby już podstarzałe, otwierały się ich kapelusze i rozpływały, skapywał z nich czarny atrament, wydawały się brudne od sadzy, jakby w tym miejscu odbyła się mała nuklearna katastrofa. Łodygi okazywały się znacznie dłuższe i chudsze, zanikały całymi grupami w nienaturalnym tempie. Syn stanął obok matki i wiedział, że go zauważyła. Jak mogła spojrzeć na kogoś, kogo tu przecież fizycznie nie było? Nie spojrzała, a jednak wzięła go za rękę.
- Czy rozbrzmiały już sitary w miastach? - zapytała rzeczowo. Syn zupełnie zaskoczony i nieprzygotowany na takie pytanie, nic nie odpowiedział. Nie pamiętał nawet czego słuchał przed zaśnięciem. Całe jego życie rozmazało się zupełnie, jak te grzyby przed nimi.
- Jeśli nie, to niedługo je usłyszysz. Utworzą się nowe historie i opowieści będą tryskały spokojem akceptacji. Wszystko się odplącze i ułagodzi.
     Młody Góra znał dźwięk sitary, to jak roznosiła ona muzyczne historie, dwoiła je i troiła, przemykała pomiędzy nutami, skracając je i wydłużając.
- Jeszcze nie zabrzmiały. - odpowiedział wreszcie syn.
       Ale zaraz po chwili wiedział, że skłamał, bo przecież je słyszał wokół siebie. Melodia nasilała się, będąc prawie na skraju własnej brzmieniowej ekstazy, by zaraz przetworzyć się w inne emocje, inne zarysy słów i tanecznie zmierzać w dalsze odsłony tego dźwiękowego transu.
       Mężczyzna obudził się całkowicie i jedyne, co pamiętał to topniejące czernią białe grzybki, jakby abstrakcyjny sen, bo z roztopionych kapeluszy pozostawały gałki oczne, mówiące w różnych językach: przynajmniej rzeczywistość... przynajmniej rzeczywistość... przynajmniej rzeczywistość.


1 "Święta Góra", Alejandro Jodorowsky. „Jeśli nie osiągnęliśmy nieśmiertelności, to przynajmniej rzeczywistość."
* inspirowane:"Śmieć w czerwcu", zespołu Diuna.







~~~~~~~~~~~~



środa, 22 lutego 2017

Świeżość piekielna

       Wbrew powszechnemu mniemaniu, że życie bywa szare i nastraja pesymistycznie porą zimową, to takie piekło mentalne może być nastrajającą twórczo melodią. I parę słów o takich melodiach właśnie napiszę, ponieważ zaczynać bardzo deszczowy i bardzo szary dzień od słuchania albumu Dopethrone i czytania bardzo wymownych opisów piekła w książce Jamesa Joyce'a, jest rzeczą tak niesłychanie dołującą, że aż nie jest dołujące wcale. O tego typu paradoksach wiadomo nie od dziś - odpowiedni dystans mentalny i już mamy piękną formę doświadczeń.

      Bo ten deszcz nie dość, że ładnie brzmi, to jeszcze odświeża powietrze.
      To mi przypomniało, że ludzie wynaleźli nowy rodzaj jogi, uświadamiając sobie nagle, że to całkiem cool jest gimnastykować się na świeżym powietrzu, a najlepiej gdzieś w głuszy, albo i na kamieniach, najlepiej najbardziej kanciastych. Ten rodzaj to kilted yoga czyli Szkoci ćwiczący na gołą klatę w lesie jogę. Dobrze jest widzieć joginów z mięśniami, jak u wikingów, i dobrze jest wiedzieć, że jednak ludzie pamiętają o lasach, bo widząc dzisiejsze szkoły jogi i sposób, w jaki się ją "robi" można łatwo zapomnieć czemu to służy. Ale te nazewnictwo i podniecenie świata jakie obiegło internety mnie roześmiało do rozpuku. Może rozśmiesza mnie wszystko, co dotyczy intymnej praktyki, a jest gwałcone przez media i zachłanność. A skoro już o gwałtach i uśpionych masach mowa, o braku indywiduum w duszach,

to wróćmy do...


   Piekło to loch więzienny, ciasny i mroczny, i cuchnący, przybytek demonów i dusz potępionych, przepełniony ogniem i dymem. To Bóg stworzył ciasnotę tego lochu, by ukarać tych, którzy nie chcieli żyć w zgodzie z prawem Jego.[...] Grozę tego ciasnego i mrocznego miejsca potęguje jeszcze przeraźliwy fetor. Całe plugastwo świata, jego śmieci wszelakie i szumowiny spływać tam będą niczym do przepastnej, cuchnącej kloaki, dopóki przerażająca pożoga dnia ostatecznego nie oczyści świata. Takoż i siarka, która płonie tam w ogromnej swej masie, wypełnia całe piekło drażniącym odorem; a ciała potępieńców wydzielają smród śmiercionośny...

      ...i zmieniają się w jęczącą, wijącą się w bólu masę, której grzeszny ciężar wciąga ją jeszcze głębiej w ogniste otchłanie i każe w nieskończoność pamiętać o winach.



    Pamiętam wieczór, w którym po raz pierwszy usłyszałam o Electric Wizard, a dokładniej o jednym z utworów Funeralopolis. Wymowny tytuł tak mnie oszołomił, że w domu zamiast słuchać muzyki pierwsze co zrobiłam to poszukałam tekstu. Była to zapewne jesień, może październik, może już listopad, a ulice mojej wioski przykrywała mokra mgiełka. Przytłumione światło latarni dawało specyficzny klimat, który w połączeniu ze świeżym, ostrym powietrzem kojarzyć się może tylko z jesiennymi wieczorami ze świadomością tego, że dosłownie kilkanaście kroków przez pola dzieli małego człowieczka od wielkiego lasu i że tam nie ma światła, ale pachnie jeszcze piękniej i z mgły może wystają głowy leśnej zwierzyny, albo chociaż psa z sąsiedztwa.

    Doomowy, ciężki klimat muzyki Electric Wizard jawił mi się więc jak wyrocznia najdalszych otchłani ludzkiej egzystencji, będącej już na skraju śmierci, ale za pomocą elektryzujących czarów dalej tańczącej na tej granicy.

    No i wtedy się dowiedziałam, że istnieje taki rodzaj muzyki, który zahacza gdzieś o stylistykę Black Sabbath, ale idzie o wiele dalej (rozpryskując się oczywiście na różne podgatunki, z których lepiej zwracać uwagę na twory niekultywujące estetyki metalowca i gwiazdy rocka). Tak było:
    
 11Na początku było Black Sabbath. I Black Sabbath grało rocka.2Lecz gitarzyście obcięło trzy palce, albowiem przy obróbce skrawaniem on pracował.3I rock stał się niemożliwy. Muzyka stała się cięższa, co przyciągnęło Złego, albowiem Zły wiedział, że to było dobre.4I tak oto pierwsza płyta Black Sabbath ujrzała światło dzienne.5I popularność zespołu stała się wielka,6i następny album miał swoją premierę i podbił on Skandynawię.7Szatan widział, że to było dobre. 

     To jest skradzione z Nonsensopedii, bo pasuje tak bardzo do piekielnego tematu, który od początku poruszam.



    Muzyka rockowa wzięła się stąd, że czarni-byli-niewolnicy sprzedali duszę diabłu, żeby móc tworzyć i żeby w wolności przemierzać doliny amerykańskich rzek i prerii. Robert Johnson miał podobno taką przygodę i nagrał o tym piosenkę.

Teraz, jeśli się śpiewa i gra o Szatanie, trzeba być bardziej wymownym, tak jak w książce Joyce'a, gdzie opis katuszy piekielnych i tego jak wielkim grzesznikiem jest człowiek, ciągnie się przez kilkanaście stron w samym środku tej niewielkiej książki. Bo jeszcze nie wspomniałam jaka to książka - Portret artysty w wieku młodzieńczym. Może to jest normalne i pewnie znalazłby się na to szereg przykładów, że los artysty jest nierozłączny z ciemną stroną mocy. Nocy. Z nocą. To konieczne doświadczenie, które ucieleśnia twórczość. Ale chwila, nie będę się tu zapędzać w takie dygresje. Nie trzeba, wszystko wynika z powyższego.

A zatem Czarodziej z Wielkiej Brytanii składa hołd tej ciemnej stronie nie tylko w samej stylistyce i formie, ale także krwistej, mięsistej treści. Utwory zabierają w gęstość piekła, albo chociaż gęstą mgłę gdzieś nad urwiskiem, albo w jaskini, albo na dnie oceanu. Inspirują się literaturą, filmem i opowieściami grozy.


Kiedyś słuchałam Cradle of Filth. Kredki to zespół zakorzeniony właśnie w tradycji grozy, nawet teksty są pisane w staroangielskim. Dani Filth nawet występował w filmie klasy Z z gatunku horror - Cradle of Fear. O seryjnym mordercy.

 Podobały mi się nawiązania do Byrona, Shelleya, Lovecrafta i może to właśnie z powodu tego zespołu poznałam takich poetów. A o nich głośno krzyczy bohater książki Joyce'a i cytuje ich w myślach błądząc po dublińskich uliczkach.

Poza tym, że sama estetyka Cradle of Filth do mnie nie przemawiała, a także wielkie show grozy na koncertach nigdy nie było przedmiotem mojego doświadczenia, nie powiem, żebym nie doceniała tego elementu grania metalu i koncertu jako widowiska, wielkiego spektaklu śmierci i oddania się ciemności. To jest jak możliwość wejścia w światy rysowane piórem przez wymienionych twórców i próba przybliżenia tej grozy zwykłym ludziom. W tym wypadku jednak mistrzowsko robi to na koncertach dronowy zespół SunO) i kiedy już nie mogłam wytrzymać pod sceną, bo dźwięki wydawane ze ściany wzmacniaczy Marshalla zginały mi nogi w kolanach, położyłam się na trawie, wtopiłam w nią swoje dłonie i czując orzeźwiającą zimną ziemię, zauważyłam, że ona drży. Że dźwięki nie idą ze sceny, a spod niej, że zespół tylko wydobywa je, odkrywa, jakby był pośrednikiem pomiędzy dźwiękami korzeni najstarszych drzew a ludzką masą niegotową na odkrycie tego majestatu samemu.

Apokalipsa niekoniecznie jest melodyjna.

Ale mówiąc szczerze ja lubię melodyjność piekła.
 Bo wiecie, że to wszystko jest piekłem wewnętrznym? Tam, a nie w świecie jest arena walki dobra ze złem!


Widział wyraźnie jałowe odosobnienie, w jakim tkwił. Ani na kok nie zbliżył się do ludzi, do których pragnął się zbliżyć, ani nie przerzucił mostu nad niepokojącym go uczuciem hańby i rozgoryczenia, które dzieliło go od matki, brata i siostry. [...] Palił się, by ukoić dzikie tęsknoty serca, wobec których wszystko inne wydawało się czcze i obce. [...] Wiersze znikały z jego wag, a niepojęte krzyki i niewypowiedziane brutalne słowa wyrywały się z jego mózgu, by przedrzeć się na zewnątrz. Burzyła się w nim krew. Wędrował tam i z powrotem po ciemnej, błotnistej uliczce, próbując przeniknąć wzrokiem ponury mrok alejek i bram, nasłuchując chciwie jakiegoś dźwięku. Z głębi piersi wyrywał mu się jęk niczym osaczonemu podczas łowów zwierzęciu...


 Rozkosz jest na granicy śmieci i życia, jest uczuciem, jakie wywołuje ostateczna pustka. Jest pragnieniem uśpionym na dnie duszy, a może w ciele, a może jest w umyśle? Rozdzielenie ciała i duszy przewija się nieustannie w tego typu motywach grozy i tajemnicy. Ale kto tak naprawdę popełnia grzech? Umysł, strażnik równowagi. Ciało jedynie może się trochę pokaleczyć, dusza trochę zakopać w głębinach swej intymności. Umysł - sędzia i sądzony. Słyszy w nieskończoność bolesne skutki swoich NAZW, swojego NAZEWNICTWA, własnych POJĘĆ i ZNACZEŃ.


Czytanie kilkunastu przesyconych piekłem, grzechem i występkiem i bolesną przepaścią pomiędzy ciałem, a duszą, skłoniło mnie do wniknięcia w ten przejmujący świat, do powrócenia tam, gdzie już kiedyś byłam, choć z mniejszą świadomością, mniejszym dystansem. Mrok odświeża, bo daje kontrast. Odbija to co nim nie jest. Zawiera w sobie wszystko, co chcielibyśmy nazwać złem. Tradycje grozy są zbiorowiskiem takiego właśnie sposobu wyrażania.


Mogę już wreszcie powrócić na ukochane cmentarzysko. Utwór zawierający w sobie wszystko, co czasem każdy chciałby powiedzieć o świecie i opluć go takimi samymi słowami, ale to jest tak dobrze zagrane, że jednak trzeba dać światu jeszcze sto szans, aby brodził w tej swojej materii i produkował odżywcze kontrasty; odnogę ewolucji, huśtającą się gdzieś na horyzoncie ze świadomością wypełnioną po brzegi energią twórczego paradoksu.



 < Cytaty pochodziły z książki Joyce'a Portret artysty w wieku młodzieńczym w drugim polskim przekładzie J. Jarniewicza, którą polecam. Bo na przykład tam nie tylko dużo o piekle można się dowiedzieć, ale też tak subtelnego i tak pięknego opisu zbliżenia seksualnego, gdzie nic nie ma, a jest wszystko, to ja nigdzie dotąd nie wyczytałam!>

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Mrugnięcia spomiędzy słów


    

Znalezione obrazy dla zapytania aboriginal art           To będzie postrefleksyjny... post refleksyjny dotyczący ostatnio przetartych przeze mnie szlaków w świecie ludzkiego wytwórstwa kulturą zwanego.
            

 Z obrazkami prezentującymi sztukę aborygeńską.













Pierwszy 

            Zacznę od tego, że jednak pisanie powieści ma wciąż sens, a szczególnie ich czytanie ma sens, bo one wciąż mogą nauczyć nas czegoś o świecie i życiu, przede wszystkim - o snuciu swojej własnej historii. Snujemy je w myślach i są to subiektywnie malowane opowieści o nas samych i paru dodatkach z zewnątrz, ale przede wszystkim jesteśmy tam my, a naprzeciw cały świat. I choć te refleksje snujemy w nieskończoność, to nie zawsze, albo nawet rzadko, uświadamiamy sobie ich jakość.
           Jakość refleksji, stopień ich świadomego wyszycia sprawia, że możemy zdystansować się do siebie i wyskoczyć dalej poza znane struktury poznania, dalej poza własne definicje (siebie i świata).
 


          Pomijając odnośniki filozoficzne - powieść zaczyna się jak filozoficzna rozprawa. To punkt wyjścia, ale nie dla nas, to początek refleksji autora, który pisze i który w swojej refleksji umieszcza bohaterów, wydarzenia. I zamiast je łączyć spójną fabularną nicią (tym co czyni powieści powieściami), on je łączy refleksjami, nawiązaniami i wtrętami tego, który pisze i który sam się zastanawia, albo nawet już wie, wie po jakim morzu dryfuje. W każdym razie łączenie fabuły refleksjami jest oryginalne i wielu pisarzy być może chciałoby to zrobić, ale nie wiem czy ktoś to zrobił z podobnym skutkiem. Bo czasem mamy jakieś rozważania, ale nie wiemy jak je poskładać, żeby dało się to czytać. Albo mamy historię ale nie wiemy jak ją skleić, żeby nadać jej jakiś sensowny ciąg. Kundera to wymyślił i zrobił to w formie bardzo przyjemnej dla czytelnika, a przynajmniej dla mnie to było przyjemne, bo te poziomy dystansu sprawiły, że i ja zdystansowałam się do siebie i do problemów poruszanych w książce.
           A wątków jest tam sporo i nawet nie o konkretne rzeczy chodzi. Największym prezentem od Kundery jest to, że sami możemy wysnuć opowieść o sobie i swoich relacjach z antynomiami, z tym wszystkim, co sprawia, że raz czujemy się lekko, a raz ciężko... A czasem ten ciężar wszechświata nie pozwala oddychać, a czasem niesiemy go na plecach z gracją i nonszalancją. Ten taniec z życiem wcale nie przypominał mi filozofii Nietzschego, ani Parmenidesa, ani tych wszelkich nawiązań do zachodniego dyskursu. Ja miałam w głowie koncepcje taoistyczne, jak choćby zdanie wyczytane w Daodejing -

Ciężar jest źródłem lekkości, stałość rządzi ruchem


            Choć muszę przyznać, że o nawiązaniach w kulturze do Nietzschego i konia w Turynie to ja jeszcze coś kiedyś napiszę...


Podobny obraz

Drugi.


         Jeśli jesteśmy przy książkach to jeszcze na chwilę muszę wylać z siebie poddenerwowanie używaniem słowa JOGA w książkach niezwiązanych z praktyką hinduskich braminów lub choćby z ćwiczeniami fizyczno-duchowymi jakichkolwiek nauczycieli opierających się na dawnych medytacjach. Bo co się nie obejrzę to na przykład widzę książkę JOGA ARCHITEKTURY. I powiedzcie mi od kiedy architektura uprawia jogę? Może architekci tak, ale budynki to z pewnością nie, nawet nazwy asan nieszczególnie nawiązują do tej tematyki... Zioła też jogi nie robią, choć pogrążone w medytacji najdoskonalszej są z całą pewnością. Zielarze to co innego, oni są blisko tych praktyk, ale mięta czy też kurkuma jogi nie robią, chyba że w Indiach, czy ktoś to widział? JOGA ZIÓŁ jest jednak trochę bliżej, no bo ayurveda ziołami się zajmuje a i do leczniczej strony jogi jest blisko. Ale kochani, nie tytułujcie swoich książek w taki sposób, bo to trochę boi i jakkolwiek pięknie nie wygląda słowo joga w połączeniu innych słów, nie dodaje im to mistycyzmu czy czego tam chcecie, to jednak lepiej nie wpowadzać czytelników w błąd. A jeśli zależy wam na pięknie słownych kombinacji to może chociaż to łapkami spiąć " " jakoś kursywą napisać...
           JOGA się nie obrazi za te połączenia, jogi to zbytnio nie obchodzi. Joga w zasadzie nawet nie istnieje. To słowo nawet nie filozoficzne, a jeśli już chcemy je widzieć filozoficznie to wciąż pozostaje to w słowniku filozoficznym więc nijak ma się do architektury i innych takich.
           To słowo abstrakcyjne, opisuje pewien poziom duchowego zaangażowania, w dodatku silnie związany z trybem życia, i świadomym wyborem. Ale nie będę się rozwodzić nad tym, joga na trawie, albo na macie wciąż jogą może nie być. I może wam tego nie powiedzieć żaden jogi nauczyciel czy mistrz.
            Joga nie istnieje, dopóki nie przestanie istnieć jako słowo i nie stanie się działaniem na poziomach ducha, w dodatku bardzo głębokich, takich gdzie to słowo jest tylko echem czegoś rozumnego.


  Znalezione obrazy dla zapytania aboriginal art

Trzeci.


             Muzycy z podnieceniem chyba czekali na nowy rok, żeby zaraz w styczniu opublikować, wydać, pokazać światu swoje nowe albumy, dumnie ukazać się na you tube z dopiskiem 2017. Mnie się to podoba, jako, że lubię znajdywać na tym portalu świeżo dodane albumy. Co urzekło mnie do tej pory? Będzie doom, stoner i psychodela.

      
KONCERTY

         Po grudniowym koncercie Obscure Sphinx, 4dots i Sounds like the end of the world, mogłam z dumą stwierdzić, że miniony rok zakończyłam z mięsistym przytupem dobrej muzyki. Ja lubię muzykę robioną na poważnie i zaangażowaniem, bo to jest coś, co dźwiękami wsysa do swego wnętrza i jest naprawdę krwista, jest cielesna, swoim ciężarem jednak przemawia do najlżejszej efemery...
        Taka była muzyka Obscure Sphinx, a koncert był majstersztykiem emocji i dźwięków, których brakowało mi od paru miesięcy na żywo. Nie jem mięsa, ale w muzyce bardzo często szukam właśnie mięsa. Żeby artysta, wiecie metaforycznie pokazał swoje flaki, swoje ciało obsadził dźwiękami i żeby to ono je wydawało. Posłuchajcie nowego albumu Oscure i idźcie na koncert bo warto to zobaczyć przede wszystkim.
       A 4dots to nowy projekt, który tak samo zasuwa w podskokach po starych grobowcach, a one drżą i pękają z siły tego skoku. Muzyka czysto dźwiękowa, w sensie - bez wokalu. Jak dobrze! Perkusista był jak wielka ośmiornica i to jest komplement. Komplementem dla muzyków był też zakup ich świetnie i oryginalnie wydanej płyty.



ROSJA nie tak "ŻADNA"***

       Z odkryć jeszcze zeszłorocznych muszę dodać genialny projekt z Rosji, łączący różne tradycje muzyczne w piękny medytacyjno-taneczny krajobraz. MAHAON
 

Jeśli lubicie takie brzmienia, z pewnością zainteresuje was projekt KYOTO, album zaczynający się nie tylko w magicznie wprowadzającym w klimat rosyjskim, ale także przenoszącym słuchacza w prawdziwą muzyczną podróż. Lubię takie przygody w wyobraźni, dzięki muzyce naprawdę można podróżować, a może planujecie podróż innego kalibru - to sądzę, że te dźwięki się zdecydowanie nadadzą.


     



       A teraz wróćmy do roku 2017.

       Co usłyszał Królik?

 Oto co polecamy na różne okazje:


GRECJA

Grecję stonerowo reprezentował Naxatras, a tymczasem mają tam też inne świetne bandy i tak to właśnie brzmi: lekko, przyjemnie i tak do poskikania, pokiwania się. ALARM. Deaf Radio i to jest ich pierwszy album. Oby nie poszli o krok dalej w te podskoki, bo stoner od mało piaszczystej pustyni dzieli bardzo niska wydma, coś jak plaża bałtycka. Ale wróżę im dobrze. Swoją drogą, czy usłyszę kiedyś grecki język w greckim stonerze? Chciałabym, niechże muzyka będzie lokalna czy coś..



Drugi grecki band podoba mi się ze względu na dwie rzeczy:
1. Okładka nawiązująca niby do tańczącego Śiwy, niby do dysku z Fajstos.
2. Przyjemna, konkretna muzyczka. Konkretna, bo odwołująca się do silnej tradycji heavy rockowej, doomowej, bez zbędnego p..................... No i wokal zasługuje na uwagę i odsłuch.
Album jest czymś, co mogłabym nazwać klasycznym graniem i dobrze by brzmiało w przestrzeni klimatycznego baru :) Aha, ta klasyczność przejawia się też w tym, że jest to brzmienie uniwersalne, więc mówiąc, że to gracki band, niewiele to robi dla słuchu.




MEKSYK

   Vinnum Sabbathi to zespół kalibru kosmicznego, bo sami swoją muzykę określają, jako instrumental sci-fi. Brzmi zachęcająco? Ja nic więcej nie dopisuję, muzyka mówi za siebie. A tu jeszcze do przesłuchania ich poprzednie albumy! Czuję się zachęcona.



AUSTRALIA

Ten kraj jest piękny i tajemniczy. Kojarzy mi się z: kangurami, Aborygenami, wyspą Tasmanią (polecam poczytać i popatrzeć) i serialem Zagubieni (bo lecieli z Sydney do Los Angeles, ale się rozbili po drodze)... Z tymi skojarzeniami najciekawiej wypadają Aborygeni, bo to lud, który spotkał bardzo przykry los, a przecież posiadają bardzo cenną dla świata kulturę, bliską ziemi i szamańskich praktyk. Ich sztuka łączy w sobie tajemnicę i pewien ciężar wiedzy albo intuicji.. łączy się z tym, co od początku pisałam - ciężar wszechświata...
I tym zgrabnym sposobem przechodzę do muzyki. Miałam przejść tak, że muzyka, którą pokażę nieszczególnie skojarzyłaby się z Australią, piękną wyspą, a jednak teraz przejście wypada inaczej. Te tajemnicze dźwięki pasują mi tu jak ulał...
Znalezione obrazy dla zapytania aboriginal art

Lizzard Wizard przypomina mi momentami Kylesę, której słuchałam NAMIĘTNIE parę lat temu w zimę, wracając ośnieżonymi wiejskimi drogami do domu. Tutaj mamy podobny uścisk mocy i oddech groźnego sekretu tego czarownika. Polecam bardzo. Nagrali jeszcze inne albumy, których nie znam, ale śmiem oceniać je po okładkach :) W przyszłości jednak na pewno przesłucham i zobaczymy co mi ukażą australijscy muzycy.



IRLANDIA

     W sumie nie wiem czemu zamieszczam kraj, z którego muzyka pochodzi - obecnie formy muzyczne są dosyć uniwersalne i pochodzenie niespecjalnie może mieć znaczenie. Ale zawsze to jakiś klucz, zawsze można poszukać inspiracji w krajobrazach i językach. Tym razem album z kanału Cosmic Soundwaves, który bardzo cenię, bo dużo dobrej muzyki za ich pośrednictwem poznałam. Poznałam też album bardzo przestrzenny i "zimowy", nawiązujący przynajmniej nazwami poszczególnych utworów muzycznego świata psychodeli, a ogółem oscylujący pomiędzy niebem, a podwodnym światem. Fajne jest tutaj spokojne rysowanie przestrzeni i podbijanie jej transgesyjną, wędrowniczą wyobraźnią. Muzyka biwaku i przygody, bym rzekła.



POLSKAAA

Świeżutki teledysk i niesamowity zespół, który zobaczyłam na koncercie granym przed Blindead. I o ile nowy Blindead nie robi na mnie wrażenia, o tyle LONKER SEE unosi mnie za uszy tam gdzie być przy słuchaniu lubię. Skład zespołu, muzyka i atmosfera, którą tworzą - zobaczcie to koniecznie na żywo, a tymczasem:


SŁOWENIA

I tu na koniec powróćmy do klimatu antynomii i zwróćmy uwagę na świetną okładkę, znaczący tytuł oraz tytuły utworów, które wyłamują się z hiperbolizującego muzyczno-psychodeliczne podróże stonera i konkretnie stawiają nas na ziemi, z uszami na karku. Zresztą, zobaczcie jaki jest ostatni kawałek..
Takie tu zabawy ze stonerowo-domoowym kanonem wyczuwam. Fajno





Uszanowanie:)
    Znalezione obrazy dla zapytania aboriginal art

wtorek, 6 grudnia 2016

Powitanie świtu w uchu


Powitanie świtu w uchu



Mówienie o muzyce (jak i wszelkiej odsłonie ludzkich1 poczynań) wyrywa ją z przestrzeni zwykłego doświadczania i stwarza pewnego rodzaju „nadprzestrzeń” – obecną w intelektualno-estetycznym percypowaniu muzyki. Ta, przestaje być tworem aktualnym, obecnym w chwili słuchania, a staje się ponadczasowym. Doświadczamy jej wtedy wielopoziomowo, poza samym momentem obcowania z dźwiękiem. Mówienie, pisanie, wejście w interakcję z nim, przypomina podróż. Każde działanie tworzy nową jakość pomiędzy obiektem odsłuchu, a naszym uchem, dając ciągle bardziej rozbudowaną nadprzestrzeń naszego percypowania muzyki. Al Cisneros2 powiedziałby – to archeologia dźwięku, odkrywanie, w dodatku niekończące się i różnorodne, na co wskazuje choćby rozwój tworzonej przez niego muzyki. To pierwszy przykład świtu, świeżości, jakich możemy doświadczyć dzięki obcowaniu z tym rodzajem sztuki – to nieustanna nowość i brak powtarzalności.

Odkrywanie dźwięku występuje jednak nie tylko w przypadku twórcy. Słuchacz w równym stopniu jest archeologiem – każda eksploracja muzyki jest dla niego powiewem czegoś innego, wcześniej nieznanego. Ale nie musimy rozdzielać ról – twórca to równocześnie słuchacz, a odbiorca również kreuje nowe jakości w swojej relacji z dźwiękiem. To my, jako indywidua stanowimy treść dla form dźwięku, choć to zawsze dźwięk będzie nadawał rytm temu doświadczeniu i to poprzez niego następuje ekspansja poznania muzycznego (jego rozumienie czy samo bezpośrednie doświadczanie). Dlatego nadprzestrzeń jest dostępnym każdemu, obiektywnym miejscem wchodzenia w interakcję, mimo tego, że zawsze wychodzimy z perspektywy jednostkowej, zatapiamy się w ciągłej ekspansji dźwięku, niekończącego się jego doświadczania. To roztopienie granic pomiędzy twórcą a słuchaczem, subiektem-obiektem, jest kolejnym obrazem „świtu w uchu”, jaki przeżywamy dzięki doznawaniu muzyki. Twórca odkrył dźwięk, zaprezentował go światu, słuchacz wchodzi z tym w interakcje i wcale nie powiela elementów danych od autora – rozwija je, przekształca (lub zniekształca), obcuje z nimi w zupełnie innych przestrzeniach, transcendując swoje poznanie, czyni je tym różnorodnym w formy. A dźwięk poprzez swoją ekspansję przybiera postać nie tylko formy, ale także treści. To sprawia, że można powiedzieć o istnieniu dźwięku poza samym jego zapisem, ale i dzięki niemu.

Advaitic songs – album z 2012 roku zespołu OM3, pokazuje niedualność właśnie na tym poziomie – czystego dźwięku, pieśni wibrującej wokół, której wszyscy jesteśmy odkrywcami. Percypując ją na różne sposoby, wkładamy w ten odbiór rozmaite treści, których transcendowanie pozwala doświadczać nowości i świeżości w obcowaniu z muzyką. W albumie zrównane zostały dwa poziomy – czynności (twórca muzyki) i bierności (słuchacz) – dźwięk jest nam dany do doświadczenia w tej samej nadprzestrzeni – zapełnianej lub oczyszczanej dowolnie. Jeśli oczywiście pozwolimy sobie na tego typu doświadczenie muzyki. Sprawa ma się tak samo z literaturą – czytając, gramy na zasadach autora, nie inaczej, jeśli chcemy naprawdę poznać i wniknąć w dzieło. Album muzyczny opiera się na podobnych zasadach. Istotne jest to, że stanowi zapis, który sam w sobie jest już przekroczeniem momentu odkrywania muzyki. Dlatego artykuł zatytułowałam „powitanie świtu”. Dźwięk już istnieje, my z nim obcujemy i to ciągle na nowo. To wszystko jest zaś wyrazem czegoś w rodzaju intuicyjnej, muzycznej filozofii twórcy wspomnianego wyżej albumu – Cisneros'a: „Pieśni istnieją od zawsze i zawsze będą; muzyk odkrywa je. Nie wytwarza. Istniały we wszechświecie wcześniej. Dlatego rezonują we wspólnocie serc.”4

Czy ostatnie zdanie nie mogłoby się kończyć słowem nadprzestrzeń?

Doświadczenie ostatniego albumu OM należy do bardzo ciekawych podróży w moim życiu słuchacza, dzięki niemu poznałam narzędzia do opisu tego, co faktycznie czuję obcując z muzyką. Prawdopodobnie też dlatego, że Advaitic songs zawierają w sobie tak wiele, będąc równocześnie czystą formą sztuki, oraz stanowią całościowe, zharmonizowane pod każdym szczegółem dzieło muzyczne, które pretenduje do miana klasyki. Lecz nie klasyki gatunku – OM wyłamuje się ze schematów gatunkowych tak samo, jak zaciera granice pomiędzy różnicą twórca-słuchacz. Zaciera i różnice i podobieństwa. Wszystko paradoksalnie nakłada się na siebie w niedualnym percypowaniu. Czy wciąż pamiętamy, że znajdujemy się w Ameryce Północnej, a zespół pochodzi w Kalifornii? 
 
Nie ulega wątpliwościom, że OM wyrósł z tradycji muzyki doomowej i stonerowej, których korzeni można szukać w twórczości Black Sabbath, a także w ogóle od powstania pierwszych zespołów rock'n'rollowych i idei, które przyświecały różnym muzycznym scenom lat 60tych i 70tych. Pierwsze płyty OM nawiązują do tej powolnej, ospałej i pełnej mocy stylistyki, zachowując przy tym niezwykły minimalizm – na początku zespół tworzyła tylko dwójka ludzi – Cisneros grający na basie i użyczający wokali oraz Hakius na perkusji. A jednak już od pierwszego albumu zespołu (Variations on a Theme, 2005) wyczuwalna jest zapowiedź czegoś większego, bardziej wyzywającego muzycznie oraz nowatorskiego. Sama nazwa – OM – to zapewne wyraz wspomnianej koncepcji Cisneros'a o archeologii dźwięku. 
 
Zaczerpnięta z filozoficzno-religijnej doktryny starożytnych Indii, święta sylaba om, będąca wiecznie istniejącą udgithą (pieśnią i oddechem równocześnie), a także symbolicznym dźwiękiem wszechświata, była trafnie wybranym motywem. I, o ile na początku obcowania z zespołem, odwoływałam się do transcendentalnego znaczenia tych kategorii, do – nawet nie filozofii, a mistyki hinduskiej – o tyle kilka słów przeczytanych w wywiadzie z zespołem wystarczyło, abym zrozumiała znacznie głębszą ideę przyświecającą Cisneros'owi. Głębszą, a zarazem prostszą i bardziej świeżą – chodzi o sam dźwięk. O doskonałą formę, która przybiera niezliczoną ilość oblicz poprzez swoją ekspansję w każdym jego wybrzmieniu, odkryciu. I na niezliczone sposoby może zostać doświadczony oraz opisany. Jedyna transcendencja należy do wykraczania poza treści wprowadzane przez nas w nadprzestrzeń obcowania z muzyką.

OM zatem w kolejnych albumach odkrywa coraz ciekawsze brzmienia, powoli wyłamując się spod ram gatunkowych. Na płycie God is good, nagranej już perkusistą Emilem Amosem (którego gra nadaje ciekawy wymiar tej muzyce5) oraz z dodanym instrumentarium, takim jak flet, tambura, wiolonczela – OM osiąga niebywałą jakość, również pod względem tematycznym i całościowym (używanie na okładkach bizantyjskich ikon zaczęło się już od płyty Pilgrimage w 2007). Nikt nie spodziewał się, co zespól zaprezentuje kolejnym razem, a wszyscy czekali na to z napięciem.

Na Advaitic songs nie da się patrzeć przez pryzmat gatunkowy, ani nawet stylistyczny. Zespół wykorzystał cała masę motywów dźwiękowych, odwołujących do Bliskiego i Dalekiego Wschodu, ale jak podkreśla Cisneros, nie było tak, że usłyszeli jakąś bizantyjską podniosłą muzykę i stwierdzili, że zrobią o tym utwór.6 Był to, jak można się domyślić – proces odkrywania dźwięku, intuicyjna (tudzież instynktowna) praca utalentowanych muzyków, którzy w swojej pielgrzymce ku wiecznemu dźwiękowi, odkryli i zapisali go właśnie w takiej formie. Elementy bogatych treści spuścizny duchowej całej ludzkości, zostały dobrane jednak z przemyślaną precyzją. 
 
Zanim napiszę więcej o samym dźwięku, który po namyśle i odsłuchiwaniu albumu, stał się w końcu najważniejszy, należy wspomnieć o treściach tematycznych albumu. To nimi zachłysnęłam się, zamykając chwilowo oczy na „nadprzestrzeń” pozbawioną granic, w której wibruje ta wspaniała niedualność. Zacznijmy więc właśnie od niej – advaitic songs to niedualne pieśni. Słowo advaitic odnosi się do adwajty wedanty, najważniejszego systemu filozoficznego Indii, podstawy współczesnej filozofii hinduskiej i syntezy jej osiągnięć od starożytności. Adwajta, niedwoistość, oznajmia jedność Atmana i Brahmana (ogólnie mówiąc: Jaźni i Absolutu). To przede wszystkim stan umysłu, świadomego bycia w świecie, którego różnorodność jest cechą i warunkiem jedności. Wiemy już czym jest ten niekończący się dźwięk Cisneros'a – jest jednością różnic. Być może właśnie ta nowa jakość została nazwana w pierwszym utworze – Addis. Po wielu poszukiwaniach, jednym ze znaczeń tego słowa jest nowy i obok słowników mówiących, że to imię oznaczające „syna Adama, syna czerwonej ziemi”7, myślę, że nic lepiej nie oddaje zamysłu płyty, jak przymiotnik nowy. Jakość nadprzestrzeni Advaitic songs jest bowiem nieskazitelna i świeża. Może nie przypomina świtu – swoją patetycznością (bardziej zmierzch), ale zawiera w tej podniosłości dużą dozę tajemnicy i grozy, zupełnie jak o zamglonym poranku, kiedy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co spotka nas danego dnia. 
 
W obliczu archeologii dźwięku nie dziwi tak odważny dobór motywów muzycznych i kategorii pochodzących kolejno: z Indii (Addis to jedna z najpopularniejszych mantr hinduskich Om trayambakam), przez Bliski Wschód zaczynając od biblijnego Raju (State of Non-return, gdzie niemożliwość powrotu tożsama jest z mitem o zerwaniu jabłka z drzewa poznania dobra i zła), później zjawiając się w Getsemani (nawiązania do chrześcijaństwa, a dokładniej rozmowy Jezusa z Bogiem), na górze Synaj (utwór z islamską modlitwą Labbaika Allahumma, to wyraz wprowadzenia się w stan uświęcony), kończąc na najbardziej mistycznym doświadczeniu (haqq al-yagin) w sufizmie. To z kolei odpowiada za użycie ikony Jana Chrzciciela na okładce albumu – uważany on jest za wzór ascety, z powodu stroju z wielbłądziej skóry, tak samo jak derwiszowie – czyli biedacy/żebracy w świecie arabskim. Album jest wypełniony tą ascetyczną manierą uniżenia i pokory. 
 
Ten przekrój przez treści8 Advaitic songs wyraźnie pokazuje, że jest to projekt sięgający najgłębszych pokładów mistyki bizantyjskiej i indyjskiej. To połączenie, wraz z zapisem dźwięku, dało zupełnie nową jakość. Nie ma co bowiem udawać: te mistyczne i religijne koncepcje są bardzo stare, a w dodatku różnią się – choć to pozór wytworzony przez granice ustawione przez kraje zachodnioeuropejskie. Po raz kolejny OM je zaciera. Różnica pomiędzy światem arabskim, a indyjskim, dwiema skrajnymi postawami wobec boskości (pierwsza pełna pokory i uniżenia, z wyraźną granicą pomiędzy Ja, a Stwórcą; druga ekspansywna, stawiająca pomiędzy nimi znak równości), w ostateczności owe postawy to tylko nazwy. Przestrzeń, którą ukazują jest jedna, to czysta forma doświadczania. W Gethsemane Cisneros wyśpiewuje swym monotonnym, mantrowym głosem, że tej niedualności doznajemy w sanktuarium serca, co jest wyraźną metaforą nadprzestrzeni w percypowaniu muzyki, choć odnosi się do indywidualnego otwarcia na bezpośrednie poznanie, którego nie osiągniemy za pomocą umysłu. Advaitic songs zabierają słuchacza poza czas linearny, tworzą przy użyciu wspomnianych treści zupełnie nową jakość: misterną, piękną, a zarazem budzącą grozę i niemy zachwyt.

Taki efekt, czyli pokorny i zunifikowany mistycyzm, mógł zostać osiągnięty tylko dzięki połączeniu kultur i ich wieczystej esencji oraz podporządkowaniu tego wszystkiego muzyce (jakby nie było) ciężkiej, doomowej. Już na przykładzie pierwszego utworu z płyty, Addis, ukazuje się świeża jakość. Otóż mantra indyjska, pomijając jej znaczenie w kulturze (jako mantry uzdrawiającej i otwierającej „trzecie oko”; tryambakam to dosłownie (mantra) trójoka), jest przede wszystkim pełną radości i wdzięczności pieśnią, harmonizującą człowieka ze światem, samym sobą i uniwersum. Najpełniejszy wyraz w formie muzycznej tej mantry stanowi wykonanie Dalai Lamy.9 Różnica pomiędzy jego wykonaniem, a utworem Addis „rzuca się w uszy”. Wersja OM jest przepełniona mistyczną pokorą i grozą płynącą z nieuchwytnej tajemnicy. Powiedziałabym nawet, że to bardzo patetyczny mistycyzm. To właśnie połączenie indyjskiej radości ze wzniosłością religii islamu oraz przyjętym instrumentarium go takim stworzyły. 
 
Wracając zatem do dźwięku – tutaj również połączeniu uległy narzędzia muzyczne. Stanowi to także przykład ciekawego przekształcenia wewnątrz form przyjętych przez OM. Początkowe albumy były minimalistyczne w doborze środków (bas, perkusja i wokal), ale nie stanowiły spójnej całości (aż tak, jak ostatnia płyta). Natomiast w Advaitic songs, czego zapowiedzią była LP God is good, nastąpiło przesunięcie w kierunku maksymalizmu (w formie i treści). OM stworzył wielowymiarową przestrzeń dźwiękową przy użyciu zarówno tradycyjnych instrumentów, jak i syntezatorów. Dzięki współpracy z niesamowitym twórcą muzyki elektronicznej, występującym jako Lichens (Robert Aiki Aubrey Lowe), ostatnia płyta OM zdobyła znacznie wyższy kunszt artystyczny niż poprzednie albumy.

Lowe w swojej twórczości używa syntezatorów i własnego głosu, na Advaitic songs i w God is good grał także na tamburze. Jest multiinstrumentalistą. Bije od niego niezwykła wrażliwość muzyczna, a sam stosunek do technicznych tworów wydobywających dźwięki jest wręcz wzruszający. W wywiadzie dla Exploratorium10 mówi o syntezatorach z uczuciem, przypominając słuchaczom jakiejkolwiek muzyki, że są to urządzenia wymagające takiej samej delikatności, jak gra na tradycyjnym instrumencie. Jego dołączenie do zespołu nie tyle urozmaiciło Advaitic songs, co stanowi o ostatecznej harmonizacji wszystkich elementów albumu. 
 
Zastanawiające jest, jak z tak potężnej maksymalizacji można osiągnąć naprawdę przejrzystą, czystą formę, w której treści, ukazujące się w nadprzestrzeni, nie są rozczłonkowane i nie toną w chaosie, ale są po prostu niedualne. Myślę, że jedyną odpowiedzią jest tu umiejętność, a także muzyczna intuicja twórców. Advaitic songs z pewnością można potraktować, jako eksperyment, nie tylko w obrębie muzyki – samo połączenie tak różnych doktryn duchowych jest wyzwaniem. Lecz ów eksperyment nie polegał na wybieraniu środków, a – ponownie do tego wracamy – na odkrywaniu jak najbardziej uniwersalnych, prostych elementów dźwięku, na podążaniu za intuicją i odwadze, żeby za nią podążać.

W tym miejscu chciałabym stwierdzić, że i tutaj granice pomiędzy tym, co maksymalistyczne, a minimalistyczne już nie istnieją, ponieważ forma została doskonale domknięta. Odbiór albumu jest odbiorem czystej muzyki, emocji z niej płynących i ewentualnie, w toku zainteresowania zespołem – semantyki i intertekstualności. Wreszcie, jest indywidualnym obcowaniem z dźwiękiem oraz z uniwersalną przestrzenią (nadprzestrzenią). Najciekawsze w tym doświadczeniu jest to, że następuje ono nie tylko w bezpośredniej styczności z muzyką, ale też później. Tak jak rejestracja albumu, była krokiem dalej w archeologii dźwięku, będąc równocześnie zupełnie nowym jej odkryciem; tak samo słuchacz wchodząc w interakcje z muzyką w owej nadprzestrzeni, odkrywa ją (w zupełnie nowy sposób). I właśnie ta styczność z dźwiękiem, pozbawiona wyraźnych granic, rozmazująca także czasowość i aktualność, jest według mnie najważniejszą nauką płynącą z Advaitic songs. Niedualność możliwa jest tu do przeżycia dzięki roli dźwięku. To on jest najważniejszy – stały i wieczny, forma i fundament, równocześnie zmienny i ekspansywny, jak treści nieustannie kreujące się w doświadczeniach. To estetyka świeżości. 
 
Kiedy przeniesiemy tę przestrzeń w wymiar realnego zetknięcia z muzyką – na koncercie – motywy wprawdzie odtwarzane, ale jednak wciąż jakby nowe, nieznane i z każdą nutą bardziej wyjątkowe – otrzymujemy kolejny rodzaj niedualności. Uczestnicząc w wyjątkowym koncercie OM w Pradze (14.11.2015r.), poczułam niedwoistość znacznie silniej niż podczas obcowania z albumem, już stworzonym. Advaitic songs w praskim klubie brzmiało mistycznie, ponieważ granice twórca-odbiorca nie istniały, zostały zatarte przez obcowanie z dźwiękami: przez zespół, który je wytwarzał na żywo i słuchaczy, którzy je chłonęli. Wszyscy obcowali z dźwiękiem. Historia została opowiedziana w zamkniętej formie (zespół nie zareagował na prośby z publiki o bis, co uważam za szlachetne posunięcie) – nie znaleźliście w niej to czego szukaliście? Trzeba było nie szukać, tylko być! 
 
Lowe czynił prawdziwą magię na syntezatorach, a jego wokale obejmowały zespół delikatnym welonem czegoś efemerycznego i tajemniczego. Być może to był on - dźwięk, który wibrował w przestrzeni. Tak bliskie obcowanie z muzykami nie wytworzyło żadnej granicy. Relacja (w moim odbiorze) twórca-odbiorca nie istniała. Jak to wytłumaczyć? Doświadczenie tego albumu odbywało się w nadprzestrzeni. Tam gdzie spotykają się czyste postacie naszego poznania, gdzie dźwięk wiedzie nas w przeżywanie. Relacja formy dźwiękowej wytworzonej przez zespół, z przestrzenią otaczającą słuchacza. To niewielka transgresja, dopasowywanie owej formy do treści z nas wynikających, ale i pozwolenie na prowadzenie formie, na jej ekspansję. Samoistną, bo wynikającą z prostego faktu każdorazowego doświadczenia dźwięku.

Nadprzestrzeń na płycie Advaitic songs to realizacja – także na poziomie dźwiękowym (połączenie raczej monotonnych, podniosłych rytmów z bogatymi treściami utworów) - duchowości takich jak adwaita wedanta i sufizm. Realizacja mogła zostać ujęta jedynie poprzez dźwięk, jako najczystszą z form, pozostawiającą przestrzeń, która pozwala na interakcję ze słuchaczem, a raczej sama nawiązuje taką relację. Chociaż mówienie o słuchaczu nie jest tu adekwatne, granice zlewają się w jeden oddech, którym jest doświadczenie. Zbieżność w mówieniu o odbiorze dźwięku i oddechu nie jest bezzasadna. Wspominana już hinduska udgitha jest realizowana właśnie w oddechu – w jednostkowym życiu, w doświadczaniu.

Tym również jest nadprzestrzeń – indywidualnym doświadczeniem tego, co obiektywne. To zapomnienie o podziałach subiekt – obiekt. Odkrywana przez Cisneros'a pieśń, podążanie za pasją i wyczuciem muzycznym, dokonuje się właśnie w nadprzestrzeni. Wokale muzyka, które lekko wsuwają się w utwory, podążają za nimi w mantrowym tempie, to prawdziwa harmonia kreacji. Często słyszałam, że ów wokal jest zbyt monotonny, że w zasadzie ta monotonia nudzi, mimo zrozumienia celu takiej stylizacji – Cisneros śpiewa, wydobywa słowa, pieśń istniejącą od zawsze. Jej pojawianie się w muzyce następuje w delikatny sposób, będąc też w każdym z utworów nieznacznie inna, ponieważ autor z wyczuciem modeluje swój głos. To tak drobna, misterna praca, że zasługuje na wnikliwsze wysłuchanie. Prześledzenie słów, które nuci Cisneros, sposobu w jaki wplątują się one w dźwięki. To archeologia, ale tworząca zupełnie nową jakość. Dźwięk jest jeden, będąc tak różnorodnym i tak ekspansywnym sprawia, że każde jego odkrycie to powitanie świtu w uszach.






~~*~~*~~*~*~*~*~*~*~~*~~*~~*~*~*~~*~~


Bibliografia



1I nie tylko ludzkich – nie zapominajmy o naturze i jej bardziej makro części – kosmosie.
2Kalifornijski basista i wokalista, zespoły Sleep,i Om, od niedawna występuje również solo.
3OM jest zespołem założonym przez sekcję rytmiczną (Al'a Cisneros'a oraz Chris'a Hakius'a) sztandarowego stoner-doomowego zespołu Sleep.
4Ch. O'Connel, Om's Al Cisneros blazes his way through sonic archaeology, tłum. własne,
5Zob. zespóły Amosa Grails i Holy Sons

6Zcamp, Om – interview, http://www.tinymixtapes.com/features/om, dn. 21.02.2016r.

7B. Betty, Urban dictionary [hasło: addis], http://pl.urbandictionary.com/define.php?term=Addis, dn. 21.02.2016r.
8Nawiązania do poszczególnych kategorii szerzej rozwijam w artykule na swoim blogu: http://pustynnezapiski.blogspot.com/2016/01/om-advaitic-songs-1.html.

9 Sita, The Dalai Lama Chants the Om Trayambakam, https://sitayoga.wordpress.com/2010/06/26/the-dalai-lama-chants-the-om-trayambakam/, dn. 20.02.2016r.

10 Exploratorium, Interview with Robert Aiki Aubrey Lowe. Resonance, https://www.youtube.com/watch?v=4Yvrr5-PtGI, 2014r.