Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadomość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadomość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 grudnia 2017

Fragment powieści "Kajwalia"



Pomyślałam, że podzielę się fragmentem ostatniej powieści, jeszcze nie zredagowanej, to mały przedsmak, trochę w hołdzie różnym przemianom w świecie i życiu, różnej plątaninie zdarzeń i zabawie wśród tworów kultury, które cenię. 
Poniższy fragment pochodzi z "rozdziału" drugiego, powieści Kajwalia i są to dwie jego ostatnie części.





I
Słowa! Uratujcie świadomość
w niej wydziobcie
przejrzyste ścieżki


A nie w wytworach świata!

             Takie było hasło, któremu syn państwa Góra zaczął hołdować. Zajmowanie się technologią bez zbędnego spięcia, że cokolwiek musi zostać wyjaśnione, już dawno minęło. Teraz naukowcy w metodycznym szale podważali, co tylko możliwe, bawiąc się wręcz osiągnięciami poprzednich lat. Nie rezygnowali z nich jednak, po prostu zaczęli doceniać zmienność rzeczywistości i perspektyw. W centrum zainteresowania młodego Góry było odkrywanie, cóż takiego człowiek może przekroczyć względem własnej natury. Pojęcie natury przestało wszakże obowiązywać. Człowiek dla naukowców nowej generacji był ciągle przekształcającym się organizmem i umysłem, który tym organizmem mógł swobodnie „sterować”. Tego określenia Marta nie lubiła najbardziej, lecz syn zawsze powtarzał, że do słów się już nikt tak nie przywiązuje. Sterowanie znaczy dla nich tyle, co wpływ.  Tak też świadomy wewnętrznie człowiek mógł (a nawet musiał, była to nieunikniona konsekwencja rozbudzenia się globalnej świadomości) przekraczać samego siebie, czym kształtował swoje ja, jako niezniszczalną konstrukcję, a może i nieśmiertelną?
         Z pewnością byli i tacy – szaleńcy dążący do nadprzyrodzonych umiejętności, którzy postrzegali ja czysto materialnie i stawiając pomniki nowym technologiom, upatrywali we wszystkim możliwości przedłużania swojej egzystencji na planecie. Ludzkość jednak w większości wyrosła z tego typu pragnień, bardziej interesowała ją możliwość odkrycia swoich prawdziwych potrzeb i realizację ich, aby spełnić swe, choćby najbardziej wyimaginowane cele życiowe.
          Świadomość taka była, jak dobry dźwięk, subtelnie wydobyty przez kolumny, jakby właśnie się przed nami w ukryciu tworzył, migrując przez kolejne odczucia, aż do całościowego odpuszczenia uczuć i bycia w tym dźwięku, tworzenia go równocześnie.
           Syn Marty Góry zajmował się badaniem dźwięku. Wszak słowo w pierwotnym kształcie miało być dźwiękiem, dopiero później czymś widocznym dla oka. Dlatego tak ważne było według niego wyrażanie słów w odpowiedni sposób – by, choć zapisane, były tak bezpośrednie jak dźwięki. Warto bowiem wspomnieć, że i literatów powstawało w owym czasie wielu, literatów pomrukujących coś w przestworza, a jednak zrozumiale dla wszystkich ludzi. Ich odwieczny problem to przecież bycie czytanym. Obecnie, wyrwani ze swych wszelkich konceptów i uwikłań czasoprzestrzennych, mogli albo odejść w milczące czuwanie, albo nadążyć za ewolucyjną i rewolucyjną mocą słowa. A ono, rozrywane w środku przez miliardy generacji, rwało się ku harmonii dźwięków i opowieści czułych na świadomość odbiorcy.
      Zatem badanie dźwięku młody Góra uważał za ostateczny kres wszelkich dociekań i filozoficznych dywagacji. Być może odziedziczył dryg do muzyki po ojcu, jednak w znacznie większym stopniu nakierowany był na sferę nawet i pojedynczych dźwięków, niż tego, jaką całość one tworzyły w odbiorze. Podążał za każdą strukturą, ich prostotą lub wykwintnością, za pojedynczym uderzeniem, które w transowym rytmie prowadziło do najgłębszych czeluści kosmosu. Góra po prostu pozwalał sobie doświadczać.




J
Śmierć na pewno
obejmie
obejmie
obejmie to*

        Nie pierwszy raz go to spotkało, kiedy po długim wyciszeniu się nad zapiskami komputerowymi i wykresami na temat fal mózgowych oraz oddziaływań na nie muzyki, młody Góra odpłynął w głęboki sen. Tym razem jednak płynął gdzieś poza sam fakt śnienia, widząc po drodze postacie znane z życia codziennego, jak i te odległe o całe kontynenty, różne rasy i nacje. Twarze przelewały się jedna przez drugą – nieme lub rozbawione, świadome i nieświadome. Te, które wykazywały jakiś stopień świadomości, przyglądały się uważnie śniącemu mężczyźnie. Czuł, jakby szedł przez tunel pełen postaci, aż wreszcie rozpadł się on w jednej sekundzie, by z rozszczepionych elementów ukształtować krajobrazy każdego zakątka świata. W tej wszystkości Góra, czuł się niczym zalewana ciepłą wodą herbata, która przed chwilą jeszcze miała swój kształt i twardość, a teraz namiękała, rozpadała się w pewien sposób, ale także... wydobyła z siebie ukryte aromaty i smaki. Mężczyzna poczuł się jeszcze pewniej i gdy tak sunął wzrokiem po otoczeniu, natrafiał na równie rozumne spojrzenia wielkich futurystów, symbolistów, artystów z każdego zakątka globu, ale i mnichów, joginów, wszelkiej maści duchownych. Im bardziej ocuceni byli ludzie, tym bliżej Góry się znajdowali. Całkowicie śpiący niknęli za horyzontem, zamknięci we własnym świecie.
           Mężczyzna poczuł pokusę, by i tam się wybrać. Pociągała go ciekawość i podniecenie czymś zupełnie nieznanym. Lecz czuł także, że tam właśnie znajduje się brak kontroli, a zapewne i zapomnienie. Płynął więc dalej, nawet nie wiedział czy mógłby przeskoczyć do nieznanego, czy faktycznie w obecnym stanie ma tak wielką kontrolę nad swoim losem. Czy mógłby na przykład udać się do matki, zakładając, że by spała? Odwiedzić ją, zobaczyć jak się czuje, może porozmawiać?
         To silne pragnienie poprowadziło go dalej wśród rozłożystych drzew i pustyń zalanych słońcem, poprzez wysokie trawy i skaliste góry. Mógł tak płynąć przez wiele godzin i wcale nie odczuć upływu czasu. A co z przestrzenią? Czy i ona nie jest skończona? Granatowe niebo i jego otchłanie majaczyły nieustannie nad głową Góry. A gdyby tak właśnie tam wznieść się, zobaczyć... To nie w miejscu ani czasie powinien szukać matki, a właśnie w nieograniczonej przestrzeni. I wtedy wzniósł się jeszcze wyżej, tracąc z pola widzenia ludzi i rośliny, przepływając obok mężczyzny w czarnym stroju, który mówił, wyraźnie akcentując słowa:
- Si no conseguiremos la inmortalidad, al menos la realidad.1
          Góra otworzył szerzej oczy, ale przecież spał, więc nie wiedział czy zrobił to naprawdę czy tylko w wyobraźni wyostrzył sobie obraz i mógł dostrzec w dłoniach alchemika gałki oczne, idealnie okrągłe. Patrzyły w górę.
        Wtedy mężczyzna zauważył swoją matkę, kucającą przy starej, zarośniętej tablicy kamiennej, albo grobie. Wokół było wiele czegoś w rodzaju nagrobków, a za jej plecami średniej wielkości, porośnięta góra. Zejście z niej było dosyć strome i pełne plątanin korzeni i spływającej wody, która szumiała pięknie. Marta kucała i przyglądała się cmentarzysku u swych stóp, lecz na twarzy matki syn nie dostrzegł żadnej emocji. Była bardziej zapatrzona w estetyczną stronę obrazu. Oczy lekko rozmarzone, ciało w gotowości, by iść dalej, ale nie pędem, a spokojnym krokiem, medytacyjnym krokiem.
         Powiew natury uderzył młodego Górę z taką siłą, że nie wiedział czy przypadkiem nie obudził się w tym lesie, obok matki i czy to nie oznacza kresu wszystkiego, czym się zajmował. Skoro rzeczywistość jest tak bardzo ruchliwa, tak nieprzewidywalna...
      Marta była przewidywalna. Wstała i klucząc pomiędzy kamiennymi tablicami, pięknie zarośniętymi soczyście zielonym mchem, przyglądała się grzybkom wyrastającym z ziemi obficie. Była ich tak wielka różnorodność, że nawet syn zapragnął dotykać kolorowych kapeluszy i wąchać, a może nazbierać do koszyka, by później... No właśnie, co? I po co?
        Marta zatrzymała się przed dużym siedliskiem białych grzybów, które wyglądały niczym złożone parasolki o różnej wysokości, dosyć grube i pękate. Jednak kawałek dalej, jakby już podstarzałe, otwierały się ich kapelusze i rozpływały, skapywał z nich czarny atrament, wydawały się brudne od sadzy, jakby w tym miejscu odbyła się mała nuklearna katastrofa. Łodygi okazywały się znacznie dłuższe i chudsze, zanikały całymi grupami w nienaturalnym tempie. Syn stanął obok matki i wiedział, że go zauważyła. Jak mogła spojrzeć na kogoś, kogo tu przecież fizycznie nie było? Nie spojrzała, a jednak wzięła go za rękę.
- Czy rozbrzmiały już sitary w miastach? - zapytała rzeczowo. Syn zupełnie zaskoczony i nieprzygotowany na takie pytanie, nic nie odpowiedział. Nie pamiętał nawet czego słuchał przed zaśnięciem. Całe jego życie rozmazało się zupełnie, jak te grzyby przed nimi.
- Jeśli nie, to niedługo je usłyszysz. Utworzą się nowe historie i opowieści będą tryskały spokojem akceptacji. Wszystko się odplącze i ułagodzi.
     Młody Góra znał dźwięk sitary, to jak roznosiła ona muzyczne historie, dwoiła je i troiła, przemykała pomiędzy nutami, skracając je i wydłużając.
- Jeszcze nie zabrzmiały. - odpowiedział wreszcie syn.
       Ale zaraz po chwili wiedział, że skłamał, bo przecież je słyszał wokół siebie. Melodia nasilała się, będąc prawie na skraju własnej brzmieniowej ekstazy, by zaraz przetworzyć się w inne emocje, inne zarysy słów i tanecznie zmierzać w dalsze odsłony tego dźwiękowego transu.
       Mężczyzna obudził się całkowicie i jedyne, co pamiętał to topniejące czernią białe grzybki, jakby abstrakcyjny sen, bo z roztopionych kapeluszy pozostawały gałki oczne, mówiące w różnych językach: przynajmniej rzeczywistość... przynajmniej rzeczywistość... przynajmniej rzeczywistość.


1 "Święta Góra", Alejandro Jodorowsky. „Jeśli nie osiągnęliśmy nieśmiertelności, to przynajmniej rzeczywistość."
* inspirowane:"Śmieć w czerwcu", zespołu Diuna.







~~~~~~~~~~~~



czwartek, 11 maja 2017

Garść poezji z czasu milczenia


 

Cztery garście poezji z czasu milczenia





Błahe powody
porody wielości
doniosłych stwierdzeń
o duszy.
A ona nawet się nie poruszy,
nie czuje pustynnej suszy,
ani wilgoci tropików.
Jej zwykły las się śni,
a może i góry, jeziora
- ach nie, 
to są marzenia,
by tam jej schronienie 
do życia powołać.






Pierwsza Garść





Ginę
świata osnuta niemową
w popiołach z piór,
palonych w brzasku słońca.



=><=



Słodkie płótno świadomości
rozerwane jednym ruchem,
posypało się
jak liście z drzew jesienią.
I spomiędzy nic przestrzeni
rozkołysana wolnością wyjrzała,
by zaśpiewać historie 
nieobarczone
rzeczywistością


=><=


Spod myśli wyślizgnął się wąż
i gadów lśniące skorupy błysnęły,
ostrząc umysł na subtelności
kwiatów i roślin.
Chciałoby się, by już zakwitły
na gadzich grzbietach
fantazyjne sukulenty.















Druga Garść




 Podróże na murze - 
farbą malunki, i trunki
wypite, ukryte pod strzechą
dymiącą kadzidłem,
kolorem...




=><=


 W restauracji w operze
wisiało mięso w gablocie,
zgrabnie 
dyndając na hakach.
A wielkie szyby odbiły
niebo i przechodniów.
Za oknem jedli ludzie,
i dzwonili sztućcami,
mlaskając, łykając,
sięgając dokładki
Mięso wisiało
za szybą na hakach
kołysząc się w rytmie
twych kroków,
w muzyce milczenia
błyszczało czerwienią
i lśniło za życia
zebranym tłuszczem


 =><=



Gimnastyka rozkaźnika



Ja i świat
na arenie myśli
topią się w kształtnym mózgu

Formy jak ubranka
dla rozmaitych treści,
jak twoje oczy
patrzące na coś
osobliwego

No ubierz się
















Trzecia Garść (Hinduska)




"A teraz twoja kolej"
we śnie powiedziała
więc kradnę te słowa,
by pisać o śmierci.
To kiedy? Jak sny
wyrwane są z czasu,
pływają po smutnej 
rzece sumienia.
Może to już się stało,
tam, już stoję
u jej brzegu,
i mylę mosty w wyobraźni,
albo byłam tam 
i każdy robak był człowiekiem,
bo miał karę,
za życie.
Jak uwierzę Śiwie
to zatańczę z nim
na zgliszczach świata,
już to robię przecież
w jednym momencie,
co zniszczył - tworzy.

A teraz twoj kolej,
przecież w tej przestrzeni 
poezja się rodzi



=><=



Gwar deszczu zajrzał przez słońca promienie,
zatopił się w ciszy poranka.
Na niebie dziwaczne kolory wykwitły
i duszność zapadła nad budzącym się
w pastelach miastem.
Niewiara w chodnikach wykuła znamiona,
(sprzed wieków kultur zmieszanie)
i nadal tak różne stopy bose
dreptają po spękanej ziemi,
a w tych melodiach szukam 
zapomnianej, dawnej nocy
tonu
niskiego, lecz nieziemskiego



=><=


Zważyłam słów cienie
było ich więcej
i były cięższe
niż same słowa

Zlepiały oczy, nozdrza
czerniały w uszach,
musiałam łowić je,
latające bez końca 
w przestrzeni.

Odbijały się od mów,
dialogów, myśli, obietnic,

Zebrane uciszyły świat 
na moment
zanikł w milczącym kosmosie,
dryfując wśród spokojnych 
galaktyk

gdzie mieszały się sitary
z ptasim śpiewem












Czwarta Garść (Pocztówki)






Pocztówka ze snu

Biegną skoczne,
z wdziękiem w nów
senne me obrazy
Nakładają się na światy
i wszywają 
w myśli zwady 



=><=


Pocztówka z jawy

Zapłakana
lub obmyta deszczem,
kołysze się nad ziemią
twarz.
Szuka w słońcach
nowych nazw
i dotykiem
brodzi w źdźbłach
(pożółkłej trawy)




 =><=

 


Pocztówka z Planety Eram


Krystaliczne formy światła
przenikają swoje cienie
nie ma świtów,
mrok w nich jeden - 
nutą myśli z innych planet.
Nie czuwają,
tylko w ciszy
kreślą dzieje wyobraźni
(dla artystów 
przeciążonych materią),
wciąż do przodu,
osądzane przez czujne 
oczy galaktyk



Znalezione obrazy dla zapytania chiriko malarz
G. Chiriko







poniedziałek, 16 stycznia 2017

Mrugnięcia spomiędzy słów


    

Znalezione obrazy dla zapytania aboriginal art           To będzie postrefleksyjny... post refleksyjny dotyczący ostatnio przetartych przeze mnie szlaków w świecie ludzkiego wytwórstwa kulturą zwanego.
            

 Z obrazkami prezentującymi sztukę aborygeńską.













Pierwszy 

            Zacznę od tego, że jednak pisanie powieści ma wciąż sens, a szczególnie ich czytanie ma sens, bo one wciąż mogą nauczyć nas czegoś o świecie i życiu, przede wszystkim - o snuciu swojej własnej historii. Snujemy je w myślach i są to subiektywnie malowane opowieści o nas samych i paru dodatkach z zewnątrz, ale przede wszystkim jesteśmy tam my, a naprzeciw cały świat. I choć te refleksje snujemy w nieskończoność, to nie zawsze, albo nawet rzadko, uświadamiamy sobie ich jakość.
           Jakość refleksji, stopień ich świadomego wyszycia sprawia, że możemy zdystansować się do siebie i wyskoczyć dalej poza znane struktury poznania, dalej poza własne definicje (siebie i świata).
 


          Pomijając odnośniki filozoficzne - powieść zaczyna się jak filozoficzna rozprawa. To punkt wyjścia, ale nie dla nas, to początek refleksji autora, który pisze i który w swojej refleksji umieszcza bohaterów, wydarzenia. I zamiast je łączyć spójną fabularną nicią (tym co czyni powieści powieściami), on je łączy refleksjami, nawiązaniami i wtrętami tego, który pisze i który sam się zastanawia, albo nawet już wie, wie po jakim morzu dryfuje. W każdym razie łączenie fabuły refleksjami jest oryginalne i wielu pisarzy być może chciałoby to zrobić, ale nie wiem czy ktoś to zrobił z podobnym skutkiem. Bo czasem mamy jakieś rozważania, ale nie wiemy jak je poskładać, żeby dało się to czytać. Albo mamy historię ale nie wiemy jak ją skleić, żeby nadać jej jakiś sensowny ciąg. Kundera to wymyślił i zrobił to w formie bardzo przyjemnej dla czytelnika, a przynajmniej dla mnie to było przyjemne, bo te poziomy dystansu sprawiły, że i ja zdystansowałam się do siebie i do problemów poruszanych w książce.
           A wątków jest tam sporo i nawet nie o konkretne rzeczy chodzi. Największym prezentem od Kundery jest to, że sami możemy wysnuć opowieść o sobie i swoich relacjach z antynomiami, z tym wszystkim, co sprawia, że raz czujemy się lekko, a raz ciężko... A czasem ten ciężar wszechświata nie pozwala oddychać, a czasem niesiemy go na plecach z gracją i nonszalancją. Ten taniec z życiem wcale nie przypominał mi filozofii Nietzschego, ani Parmenidesa, ani tych wszelkich nawiązań do zachodniego dyskursu. Ja miałam w głowie koncepcje taoistyczne, jak choćby zdanie wyczytane w Daodejing -

Ciężar jest źródłem lekkości, stałość rządzi ruchem


            Choć muszę przyznać, że o nawiązaniach w kulturze do Nietzschego i konia w Turynie to ja jeszcze coś kiedyś napiszę...


Podobny obraz

Drugi.


         Jeśli jesteśmy przy książkach to jeszcze na chwilę muszę wylać z siebie poddenerwowanie używaniem słowa JOGA w książkach niezwiązanych z praktyką hinduskich braminów lub choćby z ćwiczeniami fizyczno-duchowymi jakichkolwiek nauczycieli opierających się na dawnych medytacjach. Bo co się nie obejrzę to na przykład widzę książkę JOGA ARCHITEKTURY. I powiedzcie mi od kiedy architektura uprawia jogę? Może architekci tak, ale budynki to z pewnością nie, nawet nazwy asan nieszczególnie nawiązują do tej tematyki... Zioła też jogi nie robią, choć pogrążone w medytacji najdoskonalszej są z całą pewnością. Zielarze to co innego, oni są blisko tych praktyk, ale mięta czy też kurkuma jogi nie robią, chyba że w Indiach, czy ktoś to widział? JOGA ZIÓŁ jest jednak trochę bliżej, no bo ayurveda ziołami się zajmuje a i do leczniczej strony jogi jest blisko. Ale kochani, nie tytułujcie swoich książek w taki sposób, bo to trochę boi i jakkolwiek pięknie nie wygląda słowo joga w połączeniu innych słów, nie dodaje im to mistycyzmu czy czego tam chcecie, to jednak lepiej nie wpowadzać czytelników w błąd. A jeśli zależy wam na pięknie słownych kombinacji to może chociaż to łapkami spiąć " " jakoś kursywą napisać...
           JOGA się nie obrazi za te połączenia, jogi to zbytnio nie obchodzi. Joga w zasadzie nawet nie istnieje. To słowo nawet nie filozoficzne, a jeśli już chcemy je widzieć filozoficznie to wciąż pozostaje to w słowniku filozoficznym więc nijak ma się do architektury i innych takich.
           To słowo abstrakcyjne, opisuje pewien poziom duchowego zaangażowania, w dodatku silnie związany z trybem życia, i świadomym wyborem. Ale nie będę się rozwodzić nad tym, joga na trawie, albo na macie wciąż jogą może nie być. I może wam tego nie powiedzieć żaden jogi nauczyciel czy mistrz.
            Joga nie istnieje, dopóki nie przestanie istnieć jako słowo i nie stanie się działaniem na poziomach ducha, w dodatku bardzo głębokich, takich gdzie to słowo jest tylko echem czegoś rozumnego.


  Znalezione obrazy dla zapytania aboriginal art

Trzeci.


             Muzycy z podnieceniem chyba czekali na nowy rok, żeby zaraz w styczniu opublikować, wydać, pokazać światu swoje nowe albumy, dumnie ukazać się na you tube z dopiskiem 2017. Mnie się to podoba, jako, że lubię znajdywać na tym portalu świeżo dodane albumy. Co urzekło mnie do tej pory? Będzie doom, stoner i psychodela.

      
KONCERTY

         Po grudniowym koncercie Obscure Sphinx, 4dots i Sounds like the end of the world, mogłam z dumą stwierdzić, że miniony rok zakończyłam z mięsistym przytupem dobrej muzyki. Ja lubię muzykę robioną na poważnie i zaangażowaniem, bo to jest coś, co dźwiękami wsysa do swego wnętrza i jest naprawdę krwista, jest cielesna, swoim ciężarem jednak przemawia do najlżejszej efemery...
        Taka była muzyka Obscure Sphinx, a koncert był majstersztykiem emocji i dźwięków, których brakowało mi od paru miesięcy na żywo. Nie jem mięsa, ale w muzyce bardzo często szukam właśnie mięsa. Żeby artysta, wiecie metaforycznie pokazał swoje flaki, swoje ciało obsadził dźwiękami i żeby to ono je wydawało. Posłuchajcie nowego albumu Oscure i idźcie na koncert bo warto to zobaczyć przede wszystkim.
       A 4dots to nowy projekt, który tak samo zasuwa w podskokach po starych grobowcach, a one drżą i pękają z siły tego skoku. Muzyka czysto dźwiękowa, w sensie - bez wokalu. Jak dobrze! Perkusista był jak wielka ośmiornica i to jest komplement. Komplementem dla muzyków był też zakup ich świetnie i oryginalnie wydanej płyty.



ROSJA nie tak "ŻADNA"***

       Z odkryć jeszcze zeszłorocznych muszę dodać genialny projekt z Rosji, łączący różne tradycje muzyczne w piękny medytacyjno-taneczny krajobraz. MAHAON
 

Jeśli lubicie takie brzmienia, z pewnością zainteresuje was projekt KYOTO, album zaczynający się nie tylko w magicznie wprowadzającym w klimat rosyjskim, ale także przenoszącym słuchacza w prawdziwą muzyczną podróż. Lubię takie przygody w wyobraźni, dzięki muzyce naprawdę można podróżować, a może planujecie podróż innego kalibru - to sądzę, że te dźwięki się zdecydowanie nadadzą.


     



       A teraz wróćmy do roku 2017.

       Co usłyszał Królik?

 Oto co polecamy na różne okazje:


GRECJA

Grecję stonerowo reprezentował Naxatras, a tymczasem mają tam też inne świetne bandy i tak to właśnie brzmi: lekko, przyjemnie i tak do poskikania, pokiwania się. ALARM. Deaf Radio i to jest ich pierwszy album. Oby nie poszli o krok dalej w te podskoki, bo stoner od mało piaszczystej pustyni dzieli bardzo niska wydma, coś jak plaża bałtycka. Ale wróżę im dobrze. Swoją drogą, czy usłyszę kiedyś grecki język w greckim stonerze? Chciałabym, niechże muzyka będzie lokalna czy coś..



Drugi grecki band podoba mi się ze względu na dwie rzeczy:
1. Okładka nawiązująca niby do tańczącego Śiwy, niby do dysku z Fajstos.
2. Przyjemna, konkretna muzyczka. Konkretna, bo odwołująca się do silnej tradycji heavy rockowej, doomowej, bez zbędnego p..................... No i wokal zasługuje na uwagę i odsłuch.
Album jest czymś, co mogłabym nazwać klasycznym graniem i dobrze by brzmiało w przestrzeni klimatycznego baru :) Aha, ta klasyczność przejawia się też w tym, że jest to brzmienie uniwersalne, więc mówiąc, że to gracki band, niewiele to robi dla słuchu.




MEKSYK

   Vinnum Sabbathi to zespół kalibru kosmicznego, bo sami swoją muzykę określają, jako instrumental sci-fi. Brzmi zachęcająco? Ja nic więcej nie dopisuję, muzyka mówi za siebie. A tu jeszcze do przesłuchania ich poprzednie albumy! Czuję się zachęcona.



AUSTRALIA

Ten kraj jest piękny i tajemniczy. Kojarzy mi się z: kangurami, Aborygenami, wyspą Tasmanią (polecam poczytać i popatrzeć) i serialem Zagubieni (bo lecieli z Sydney do Los Angeles, ale się rozbili po drodze)... Z tymi skojarzeniami najciekawiej wypadają Aborygeni, bo to lud, który spotkał bardzo przykry los, a przecież posiadają bardzo cenną dla świata kulturę, bliską ziemi i szamańskich praktyk. Ich sztuka łączy w sobie tajemnicę i pewien ciężar wiedzy albo intuicji.. łączy się z tym, co od początku pisałam - ciężar wszechświata...
I tym zgrabnym sposobem przechodzę do muzyki. Miałam przejść tak, że muzyka, którą pokażę nieszczególnie skojarzyłaby się z Australią, piękną wyspą, a jednak teraz przejście wypada inaczej. Te tajemnicze dźwięki pasują mi tu jak ulał...
Znalezione obrazy dla zapytania aboriginal art

Lizzard Wizard przypomina mi momentami Kylesę, której słuchałam NAMIĘTNIE parę lat temu w zimę, wracając ośnieżonymi wiejskimi drogami do domu. Tutaj mamy podobny uścisk mocy i oddech groźnego sekretu tego czarownika. Polecam bardzo. Nagrali jeszcze inne albumy, których nie znam, ale śmiem oceniać je po okładkach :) W przyszłości jednak na pewno przesłucham i zobaczymy co mi ukażą australijscy muzycy.



IRLANDIA

     W sumie nie wiem czemu zamieszczam kraj, z którego muzyka pochodzi - obecnie formy muzyczne są dosyć uniwersalne i pochodzenie niespecjalnie może mieć znaczenie. Ale zawsze to jakiś klucz, zawsze można poszukać inspiracji w krajobrazach i językach. Tym razem album z kanału Cosmic Soundwaves, który bardzo cenię, bo dużo dobrej muzyki za ich pośrednictwem poznałam. Poznałam też album bardzo przestrzenny i "zimowy", nawiązujący przynajmniej nazwami poszczególnych utworów muzycznego świata psychodeli, a ogółem oscylujący pomiędzy niebem, a podwodnym światem. Fajne jest tutaj spokojne rysowanie przestrzeni i podbijanie jej transgesyjną, wędrowniczą wyobraźnią. Muzyka biwaku i przygody, bym rzekła.



POLSKAAA

Świeżutki teledysk i niesamowity zespół, który zobaczyłam na koncercie granym przed Blindead. I o ile nowy Blindead nie robi na mnie wrażenia, o tyle LONKER SEE unosi mnie za uszy tam gdzie być przy słuchaniu lubię. Skład zespołu, muzyka i atmosfera, którą tworzą - zobaczcie to koniecznie na żywo, a tymczasem:


SŁOWENIA

I tu na koniec powróćmy do klimatu antynomii i zwróćmy uwagę na świetną okładkę, znaczący tytuł oraz tytuły utworów, które wyłamują się z hiperbolizującego muzyczno-psychodeliczne podróże stonera i konkretnie stawiają nas na ziemi, z uszami na karku. Zresztą, zobaczcie jaki jest ostatni kawałek..
Takie tu zabawy ze stonerowo-domoowym kanonem wyczuwam. Fajno





Uszanowanie:)
    Znalezione obrazy dla zapytania aboriginal art

środa, 28 września 2016

Chińska tradycja








Znalezione obrazy dla zapytania chińska rzeźbA starożytna

Niewiele wiedziałam o Chinach, zanim nie przystąpiłam do poznawania chińskiej filozofii. Sama historia cywilizacji, znana każdemu ze szkół i książek, jest całkiem fascynująca, jednak równocześnie trochę mało porywająca. Ot, jakieś królestwa które nieustannie ze sobą walczą, aby znaleźć wreszcie najlepszy sposób na sprawowanie władzy. Centrum i peryferie, hierarchie, dokładność i skrupulatność. A szczególnie te dwie ostatnie cechy widoczne są w kulturze chińskiej czasów starożytnych. Przyglądając się chińskim rzeźbom i przedmiotom codziennego użytku, chcę śmiało powiedzieć, że te dzieła sztuki to ukojenie dla oka. To, co Chińczycy wyrażali poprzez każdy wytworzony przez siebie przedmiot, to całkowita, niezaprzeczalna, i zupełnie naturalna Harmonia całego wszechświata.

Bo w takiej odczuwalnej Harmonia mieści się nie tylko dzieło materialne, nasz doczesny świat (którego takie dzieło dotyczy, będąc choćby kielichem, podgłówkiem itp), ale owa Harmonia dotyka sfer znacznie "wyższych", dalszych - sfer całego Kosmosu i świata Przodków. Ta potrójność jest widoczna w archaicznym światopoglądzie Chińczyków. Materia, z której my wyrastamy, będąca dla nas czasem rzeczywistym i aktywnym, pochodzi od znacznie starszych ludzi i istot niż my - im należy się szacunek. Taki sam szacunek należy się Niebu, jako "instancji" ponad nami, wpływającej na nasze życie. Szacunek i akceptacja takiego stanu rzeczy to właśnie główne cechy tej głęboko odczuwanej Harmonii. Zgoda Chińczyków na to, jak po prostu jest w świecie, wpłynęła na ich pragnienie określenia najdoskonalszej relacji jednostki do całości. Można nawet powiedzieć relacji mikro z makrokosmosem (i na odwrót). Ta rozległa sieć przemyśleń skupiła się zatem na temacie natury, energii, prawa. Sama myśl polityczna Chin opiera się właśnie na ustanowieniu najlepszej z możliwych relacji, jakie władca może przyjąć wobec swojej posady i ludu, a także relacji pojedynczego człowieka z władcą, społeczeństwem i rodziną.

Harmonia wpisana w życie przeciętnego człowieka skupiała się na utrzymaniu tego zrównoważonego stanu poprzez wypełnianie swoich obowiązków, życie w zgodzie ze swoim losem, drogą, przeznaczeniem. Te tajemnicze słowa nie mogą być oczywiście interpretowane ezoterycznie. Chińczycy opisywali harmonijne życie, jako takie, w którym człowiek pokornie wypełnia takie zadania, do jakich jest predysponowany. Składa się na to głębokie poznanie samego siebie, ale też duża akceptacja miejsca urodzenia, kultury wychowania, rodziny i wszelkich bodźców wśród których egzystujemy.

W tym wszystkim zaś najważniejsze wydaje się to, aby - kiedy już poznamy swoją naturę - działać tak, żeby przynosić tylko dobro i równowagę dla makrokosmosu (poprzez pielęgnację mikrokosmosu). Niezależnie czy ta natura okaże się dobra czy zła, ugodowa czy uparta - mamy podejmować takie decyzje i działania, aby wpłynęły one korzystnie na ogólne dobro, aby podtrzymywały harmonię pomiędzy Niebem, a Ziemią. Bo oczywiście jeśli na Ziemi coś się nie skleja, to i Niebo nie będzie zbyt spójne i kto wie - może nastąpi jakaś klęska żywiołowa, albo po prostu ktoś umrze...?

Co było ważne dla chińskich myślicieli? Ustalenie wyjściowej sytuacji człowieka, dokopanie się do jego naturalnej warstwy. Mamy więc dosyć typową debatę natura-kultura. Lecz głębokie poznawanie tematu w końcu doprowadziło ich do spraw Umysłu i tego, że to przecież z niego wypływa najwięcej. Pojęć, nazw, które.. no przecież mogą nie znaczyć nic w innych kontekstach. Szukanie podstawowej człowieczej natury może się więc odbywać w obrębie umysłu, ale czy nie będzie to tylko nieustannym lawirowaniem wśród pojęć? Musi być coś jeszcze - coś bardziej pierwotnego dla nas wszystkich, ale co nie jest ani naturą, ani umysłem, ani niepoznaną kosmiczną jaźnią (a może nawet Bogiem).

Cóż to może być?

Świadomość.


sobota, 11 czerwca 2016

Pochwała niewiedzy


Pochwała niewiedzy


Za pośrednictwem rozumu wiemy, że to,
czego rozum nie ogarnia, jest bardziej rzeczywiste niż to, co może ogarnąć.

~ Simone Weil – Świadomość nadprzyrodzona


Polowanie. Właśnie w tym jest problem. Wydaje nam się, że wszystko możemy upolować, posiąść, zagarnąć, odkryć, opisać i zbadać. Wymieniać można w nieskończoność. Czy to nie przypomina nam czegoś? Czy nie jest to przypadkiem typowe dla naszego świata w obecnym stadium rozwoju, na takim etapie technologicznym i cywilizacyjnym, kiedy wszystko chcielibyśmy uczynić sobie poddanym? Wiele osób teraz powie, że taka jest przecież rola człowieka. To on ma dokonywać badań, przełomowych odkryć. Opiszmy świat, obliczmy go skrupulatnie, włóżmy w opasłe księgi, jako spadek dla potomnych, żeby nie musieli się już niczym przejmować. By mogli zająć się… no właśnie, czym w takim razie?
Rozejrzyjmy się. Zajmujemy się podtrzymywaniem tego obłędu opisywania. Wszelkie czynności, drogi życiowe większości ludzi, polegają na kontynuacji jakiejś pokręconej idei o tym, że możemy posiąść każdy rodzaj wiedzy, a potem go wykorzystać do polepszania świata i samych siebie. Uczymy się i pracujemy mechanicznie, zbyt rzadko zdając sobie sprawę, że wszelka wiedza, którą zdobywamy jest zapośredniczona przez kulturę, społeczeństwo, nasze własne doświadczenia (bądź ich brak). Efektem tego jest brak szczerego odczuwania życia i otwartości na poglądy i idee zupełnie odmienne od tych, do jakich zostaliśmy przyzwyczajeni. Jak wiele typowych zachowań, cech, frustracji z tego wynika… chciałabym wręcz dodać – paranoi!
Lecz nawet to są zbyt refleksyjne rozważania. Nie zastanawiamy się z reguły nad tym „po co” i „dlaczego”, bo takie pytania są nie tylko problematyczne, ale i rodzą w człowieku niepokój.
Dziecko zadaje tego typu pytania, jest bowiem ciekawe i się nie boi. Po prostu otrzymuje informacje – nie musi ich z niczym porównywać, ani w niczym wybierać. Potem, gdy dowiaduje się więcej, zaczyna się prawdziwe życie. Wtedy samodzielne myślenie, którego ważną cechą jest zadawanie pytań, zanika na rzecz wertowania i systematyzowania zdobytej wiedzy. Pojawia się również w umyśle działanie, polegające na obsesyjnym pragnieniu wybrania czegoś pasującego do nas samych, jakby był jakikolwiek system, choćby nie wiadomo jak obcy, który jest w stanie dopasować się do takiego człowieka. Tu już nie ma miejsca na pytania. Tu, pan i władca wszelkiej wiedzy, wybiera oraz porównuje, co jest warte zastanowienia, a co nie.
Niemożliwość dokonania konkretnego wyboru tego, co nigdy nie zostanie podważone i czego nie będzie z czym porównać, budzi w nas lęk. Bo gdyby taka możliwość zaistniała powszechnie, świat z pewnością wyglądałby inaczej, albo nie byłoby go wcale. Z dzisiejszej perspektywy można śmiało stwierdzić, że musieliśmy znaleźć się w takim miejscu i takim czasie, aby móc spojrzeć z dystansu na dokonania człowieka i nie tyle ocenić je, co pozwolić im być tłem przyszłości. Mimo tego dziś walczymy z wewnętrznym niepokojem, który wynika z odczuwalnej, nawet nieświadomie (bo przecież nie musimy znać przyczyny, by dostrzec skutki), niemożliwości dokonania syntezy i pełnego zrozumienia zdobytej wiedzy. Wszechobecne wątpliwości, stylowy background współczesnego człowieka, staje się powoli nudny i już wkrótce trzeba będzie go na nowo przemyśleć.

Bez owych wątpliwości nie rozwijałaby się w ludziach naturalna potrzeba oglądu rzeczywistości. Zostają one jednak odsuwane od myśli na przeróżne sposoby (chyba nie trzeba wymieniać słabości człowieka do różnego rodzaju skrajnych uciech i obsesyjnych zachowań). Mimo tego wątpliwości są ważnym budulcem naszego istnienia. To moment refleksji, w którym stajemy z boku i patrzymy na wszystko z dystansu, na cały dualizm świata, niezliczoną ilość konceptów, schematów, kontekstów, na niesamowitą różnorodność, mnogość wyborów. Wydaje się szaleństwem znalezienie w tym jakiejś konkretnej metody poznania i zagłębianie w tego typu dywagacje może przypominać jakiś duchowy obłęd.
No właśnie, duchowy. Mam tu na myśli – wewnętrzny, nienamacalny. Bo to z tego miejsca obserwujemy przedmioty i podmioty naszych wątpliwości. Wątpliwości same w sobie wypływają z rozumu, ale gdyby rozum wiedział wszystko, nie byłoby w nas tej niepewności. Dostajemy od niego automatyczne odpowiedzi, wyliczone i skatalogowane – są to jednak pojęcia oparte na wcześniejszych doświadczeniach naszych bądź naszych nauczycieli i wychowawców. Albo po prostu wywnioskowane z książek, które czytaliśmy. Refleksyjność nie może być przez to tylko rozumowa, ponieważ w rozumie wytwarzana jest wiedza i przyswajane koncepty. Wątpliwości muszą wykluć się w znacznie szerszym pojęciu rozumu, niż znamy je na co dzień, bo zmuszają człowieka do uczuć i zachowań – gwałtownych, emocjonalnych. Do niepokoju, wewnętrznego rozdygotania, które może istnieć na równi ze sprawnie i (pozornie) jasno funkcjonującym rozumem, w którym wszystko jest przecież poukładane.
Być może dlatego wolimy nie poświęcać refleksji wiele czasu. Na jej poziomie rodzi się bowiem wspomniany niepokój, a nikt nie lubi go odczuwać. Jesteśmy świadomi – choć i z tym słowem może okazać się wiele problemów – posiadania wyborów. Wybieramy zatem najbardziej odpowiadający nam koncept, albo jesteśmy do niego automatycznie przydzielani. Częściej zdarza się, że większość przylepionych do nas idei i myśli pochodzi z miejsca urodzenia, kultury wychowania, środowiska, rodziców, religii. Nikt się z tym nie sprzecza.
Z czasem jednak podążanie wytartym szlakiem i czerpanie wiedzy z pięknie oprawionych książek, w których ktoś wiele lat przed nami opisał to, co opisać należało, nam nie wystarcza. W momentach refleksji, gdy odsuwamy się nawet od samych siebie i jesteśmy w stanie spojrzeć na to z dystansu, następuje ważne zjawisko, zwane wyborem. Możemy tworzyć i kreować swój świat i własną osobę nie tylko mając za podstawę kulturę i tradycję, w jakiej dorastaliśmy, ale czerpiąc także inspirację z całej gamy różnorodności dostępnych na świecie.
Przede wszystkim jednak znów pojawiają się wątpliwości, które sprawiają, że nie idziemy dalej, a wracamy do punktu wyjścia i wolimy nie zadawać pytań. Bo przecież wszystko jest względne i odpowiedź albo nie będzie pasowała do kontekstu, albo okaże się zupełnie niezrozumiała. O ile w ogóle nadejdzie.

Mamy zatem z jednej strony przeświadczenie, że wszystko może zostać zbadane i opisane – i takie jawi się w naszym umyśle, a zarazem odczuwamy powracający niepokój wewnętrzny, wątpliwości, które na gruncie bardzo płynnej i zmieniającej się rzeczywistości wydają się nie do pogodzenia. I jedynym na nie sposobem jest odsunięcie ich w nieświadomość.

Jest to koło. Nie błędne jednakże, bo dzięki niemu można zyskać jeszcze szerszy ogląd rzeczywistości. W pewnym momencie trzeba będzie przyznać się do niewiedzy i usilnego pragnienia zdobycia jej. Już nie mowa o wiedzy książkowej i zbadanych, wyliczonych danych o świecie, a o tej szczególnej chwili zwątpienia, kiedy powinno się wybrać czy chcę czuć niepewność poznawczą, czy może chcę nazwać ją otwarcie i szczerze słowami, których wcale nie trzeba kojarzyć z Sokratesem, a z człowiekiem w ogóle: nic nie wiem. Ale pragniemy ukryć ten fakt tkwieniem w wątpliwościach i niezdecydowaniu. A wszystko jest właśnie niewiedzą. Nawet to, co przeczytasz w jakiejkolwiek książce, nawet to, co czytasz teraz – to z szerszego punktu widzenia niewiedza, bo jest jedynie próbą pozszywania kilku myśli o świecie, mogących być niezrozumiałymi, dla co trzeciego człowieka.

Spychamy to, co niezbadane w sferę magii i zabobonów. Nie uznajemy istnienia części w nas, która chciałaby wiedzieć coś sama z siebie. Wydaje nam się, że jeśli czegoś nie zbadamy i nie posiądziemy poprzez nazwanie, to nie będzie miało racji bytu. Nie mówiąc już o tym, że nie przychodzi nikomu do głowy możliwość innej metody, innego podejścia do całej sprawy.
Skoro więc przyznajemy się do niewiedzy, to akceptujemy jej istnienie. Różnorodności panującej na świecie, nie tylko na tle kulturowym, społecznym czy filozoficznym, ale i zupełnie najogólniej – w kwestiach osobistych odbiorów i preferencji, nie jesteśmy w stanie pojąć jako całości. W dodatku jak można w tym odnaleźć siebie samego? Czy w ogóle jestem indywiduum, czy jest we mnie coś czystego i niezapisanego? Ogołoconego z tych wszelkich etykietek, sądów, nazw i opisów? Tego też nie wiemy.
Ale co oznacza faktycznie przyznanie się do niewiedzy i zrobienie tego w sposób odpowiedzialny i świadomy? To oznacza tworzenie. Bo człowiek nie tylko odkrywa i bada to, co już jest, ale także dba o to, co będzie. Człowiek jest tym spoiwem, w którym dokonać się może swobodny przepływ wiedzy i idei bez równoczesnego przypisywania im jakichkolwiek łatek. Cała tradycja nauki, filozofii, wszelkich dyscyplin, kultury, religii – to wciśnięcie wiedzy w schemat, który daje wspaniałe tło dla rzeczywistości. Ale czy jest nią faktycznie?

Czy to jest życie?

To tak banalne pytanie, wypowiedziane wręcz z dziecięcą fascynacją, każe nie tyle rozumować, co poczuć. Gdzie jest żywotność? Czy w miejscu dokładnie zbadanym i opisanym czy tam, gdzie jest wszystko i nic – gdzie jest przestrzeń niewiedzy?
Gdzie skierujemy naszą świadomość? W świecie badań nie ma na nią zbyt wiele miejsca, bo nawet jeśli przyjmiemy jakiś koncept, religię, system – to wciąż będziemy gośćmi czegoś znacznie starszego od nas i… zawsze niepoznanego do końca. Tu pojawia się taki mały chochlik, można też powiedzieć – niemy król sceny zwanej życiem – paradoks.
Choćbyśmy czuli całym sobą pewne zagadnienie, to dopóki nie połączymy go z przestrzenią, jaką daje niewiedza wyrwana z wątpliwości, nie stworzymy czegoś prawdziwie nam bliskiego. Każdy coś tworzy, mamy do tego niesamowite predyspozycje. Co do jakości owych tworów nie trzeba dużo mówić – są po prostu albo mechaniczne, albo świadome.
Mechaniczne, bo przyjmując jakąś opisaną i poznaną na wszelkie sposoby doktrynę, wybierając utorowaną kulturowo drogę życiową, nie wkładamy w to siebie. Dopiero z uświadomieniem sobie, że tak właściwie nic nie przeżywamy prawdziwie, potęgujące się wątpliwości i niepokój muszą ustąpić przyznaniu sobie przestrzeni do niewiedzy. A co daje ta przestrzeń? Możliwość odkrywania własnej drogi. Możliwość tworzenia. To jest właśnie zupełnie czyste – indywiduum. To, co stworzymy. To, gdzie ulokujemy naszą świadomość. Musimy równocześnie pogodzić się z myślą, że nie tylko niewiele o niej wiemy, ale że ona po prostu jest i zupełnie nic od nas nie oczekuje – jesteśmy wolni i wybieramy.
W tym momencie to, co na początku wydawało się odległe i sprzeczne – wiedza i niewiedza, z oczywistym wskazaniem na niewiedzę, jako stan znacznie bardziej wartościowy – łączy się i pozwala poczuć, nie zrozumieć, sens zadawania pytań i poszukiwania.

Bo polować, cóż to znaczy? Czy jesteśmy w stanie zdobyć coś, co trzeba tylko odczuć, przeżyć i rozwijać? Bo tworzenie jest właśnie rozwojem, jest zaglądaniem w coraz to nowsze zakamarki nas samych właśnie za sprawą przyznania sobie prawa do niewiedzy. Czerpanie radości z tego faktu i zabawa z nim jest właśnie treścią życia. Jego żywotnością. Okazuje się, że stworzyć możemy dosłownie wszystko.
Jeśli tak, pomyślisz, to może samo pojęcie duszy jest stworzone, jest konceptem i dopóki nie poczujemy jego żywotności, nie stanie się prawdziwe, zrozumiane – istniejące?
To pytanie płynne i odpowiedź na nie nigdy nie powinna padać. No i nie padła – przez tak wiele lat rozwoju cywilizacji i kultury – wciąż nie wiemy czym jest dusza. Bo oczywiście pytając o to czym jest, zastanawiając się nad tym, mając jakieś wątpliwości, albo zaprzeczenia, polemizując z tym – przyznajemy jej prawo do istnienia. Prawo prawem, ale prawda jest taka, że gdybyśmy mieli władzę nad tym, co nieuchwytne, przestałoby to być nieuchwytne.
A zatem nie ma granicy poznania, nie ma metody? Sam ją możesz odnaleźć. Najpierw trzeba nauczyć się czuć i nazywać rzeczy po imieniu. Jeśli mam wątpliwości to znaczy, że nic nie wiem, a bardzo bym chciał. Dobrze! Wkrocz w tę przestrzeń i zacznij tworzyć. Nie musisz być myśliwym, zgarniającym wszystko do jednego worka, a wędrowcem, który z zachwytem, ale też pewną dozą krytyki i dystansu, przemierza zupełnie nowe lądy. Dotychczas je albo pomijał, albo uważał za mało istotne, choć były zawsze tym, co ściągało na niego wątpliwości i niepewność.

Nie polujmy więc na duszę, bo nigdzie jej nie znajdziemy, a wszelki opis i tak nie sprawi, że będziemy coś o niej wiedzieć. Raczej uwolnijmy ją. Pozwólmy oddychać, pozwólmy realizować jej się w przestrzeni niezapisanej i twórzmy. I niech te prostolinijne zdania nigdy nie staną się pożywką dla chłonnego konceptów i schematów rozumu, a zachętą do stworzenia świeżości we własnym życiu.





_________
Jest to z konkursu "Polowanie na duszę" organizowanym przez fundację Pionowy Wymiar Kultury działającą w Toruniu.

piątek, 25 września 2015

Doświadczenie życia i śmierci




Doświadczenie życia i śmierci


Czas… któż mu się oprzeć zdoła […]
 Usługi pogrzebowe „Arka”,
z kuponem rabat do 10%.[1]

            Cywilizowany, współczesny świat także z najbardziej przerażającej dla człowieka sytuacji – śmierci – uczynił towar. Także, ponieważ to tylko konsekwencja postępującego na naszym globie konsumpcjonizmu i marnotrawstwa energii i wiedzy na sprawy mniej istotne dla życia jako takiego, a oczywiście dochodowe. Lecz jak z czegoś nieuchwytnego, bardzo prywatnego zrobić towar? Nie sądzę, żeby to było trudne pytanie – wszak i życie jest trudne do zdefiniowania; do zobaczenia go, jako istnienia w czystym stanie odczuwania, bycia. Problem polega właśnie na tej trudności definicji, czyli chęci przypięcia słowu, jakim jest życie, konkretnych etykietek i orzeczeń. Nikogo oszukiwać nie musimy, przecież każdy człowiek może po prostu poczuć czym jest życie i skoro żyje to i zastanawiać się dużo nie musi – wystarczy czuć. Najpierw filozofia, a za nią nieugięta nauka, próbowały jednak ukazać owe definicje – zarówno życia, jak i śmierci, w być może bardziej przystępnej ogółowi postaci. Taki już los człowieka, że jak Hilary z bajki Tuwima, nie widzi tego, co ma tuż przed nosem i chętnie opiera całą swoją egzystencję na wiedzy z drugiej ręki.

http://ayers.l.w.interiowo.pl/szablon_obrazki/kosa.JPG

            Pierwszym krokiem do uczynienia z życia i śmierci towaru, jest zatem zdefiniowanie tych stanów, uschematyzowanie ich, zbadanie. Następnie, droga wiedzie ku przemianie stanu w wydarzenie, co wynika już z samego schematu definicyjnego – wrzucenie w czasowość i określoną przestrzeń. Zobrazuję to na przykładzie społeczeństw tradycyjnych w porównaniu z cywilizacją współczesną. 

            Prymitywne w sensie technologicznym, ale nie duchowym, społeczeństwa, całe swoje życie opierały na rytualnych zabiegach, mających podtrzymywać żywotność nie tylko plemienia, ale i całej przyrody, a co za tym idzie – świata. Te rytuały, obrzędy, wszelka forma religijności, są dowodem na wielką ambicję owych ludzi, aby nieustannie podtrzymywać życie. Widzieli je jako stan, który nie tyle trzeba kontemplować (to przyszło z czasem), co ciągle aktualizować, podsycać. Nie musieli równocześnie zastanawiać się nad tym, czym właściwie to życie jest – było trwaniem, a także walką o przetrwanie, śmierć zaś zmianą stanu, którego następstwa mogły być szkodliwe lub pomocne dla innych (np. przemiana w upiora, albo pomocnego duszka…).

            Teoretycznie współczesny człowiek  nie musi walczyć o przetrwanie. W praktyce jednak poddawany jest ciągłej i męczącej walce o swoją pozycję w świecie. Wiąże się ona z materialnym aspektem naszej egzystencji, de facto na niej została oparta. Zapełniamy się wszystkim, co pochodzi z zewnątrz, bo czym innym karmić materię, jak nie inną materią? Pod pojęcie materii chciałabym podpiąć też mentalną i intelektualną sferę bytu, ponieważ duża część wiedzy, jak już wcześniej zauważyłam, zostaje po prostu zagarniana przez ludzi, bez żadnej krytyki i doświadczania, jako pewna i oczywista. 

            Materia związana jest z pewnym punktem, konkretną przestrzenią i czasem, czymś bardzo wpisanym w rzeczywistość i namacalnym. To czyni życie rzeczywistym; podtrzymywanie rzeczywistości życia w oparciu o materię. W przeciwieństwie do społeczeństw tradycyjnych, które aktualizowały ponadczasowy wymiar istnienia dzięki materii, dzięki wcieleniu – odgrywaniu mitów i spełnianiu obrzędów. 

            Co z samą definicją życia  w tak opisanej cywilizacji? Otóż, kiedy materia urzeczywistnia życie, ono jako takie – zanika, na rzecz niej samej. Jego jedynym wyznacznikiem mogą być wydarzenia, czyli to, co można wpisać w określone ramy, daty i godziny. Co za tym idzie – dodać do nich solidną porcję materii. Mamy zatem narodziny oraz śmierć – wielkie wydarzenia w życiu każdego człowieka. Celebracja tych dni wiąże się z ogromnym nakładem finansowym. Szczególnie ma się to do śmierci, skoro bowiem jest to wydarzenie jednostkowe dla danej osoby, trzeba tej materii sporo wyłożyć, aby zapisało się na stałe w egzystencji i na koncie bankowym. Narodziny są natomiast odnawiane co roku, jako huczne bardziej lub mniej, wspomnienie wydarzenia. Niewiele osób przeżywa je jako pewną aktualizację swojego życia, częściej jest to przystanek na drodze do nieuniknionej śmierci. 

            Zatem z wydarzeń o wiele łatwiej uczynić towar, niż ze stanów. W jakim stanie się znajdujemy? W niewielkim stopniu jest to czyste, odarte z kontekstów i etykiet, życie. Jeśli ono nie będzie czymś jasnym dla każdego człowieka, jak śmierć może zostać pojęta? I dlaczego przypisuję jej status stanu, w jakim wszyscy się kiedyś „znajdziemy”, a nie wydarzenia – po prostu śmierci, po której nie ma nic?

            Odpowiedzią znów jest materia. Gdy znika materia, znika życie, człowiek umiera – sposób myślenia typowy dla współczesnego mieszkańca Ziemi, choć zapewne nie zdaje sobie on z tego sprawy. Materializm jest czymś normalnym i zupełnie nieświadomym w wielu przypadkach. Utożsamiamy z ciałem cały nasz intelekt, podstawę wszelkiego bytu i „inteligencji”, nic więc dziwnego, że śmierć może być uznana za koniec istnienia człowieka. 

            Jednakże doświadczenie czystego odczuwania życia – poznanie czym ono w istocie jest – wyklucza działanie, często mylnego, lubiącego etykietki i schematy intelektu. Ujrzenie samego toru myślowego, jaki ukształtowała tak zwana cywilizacja, to swoista demaskacja owych schematów. Szczególnie tych, które bezwiednie nadajemy życiu i śmierci, przypisując im tylko materialną perspektywę. Zagubione bytowanie większości ludzi, na co wskazuje wysoka umieralność nie tylko z powodu chorób, ale i przede wszystkim z własnej ręki, jest wystarczającym dowodem na zgubność takiego paradygmatu. 

            Nie twierdzę bynajmniej, że gatunek ludzki zbłądził i słusznie doprowadza się do zagłady. Zapewne, skoro tak się stało, zyskaliśmy niebywałą szansę i możliwości, dzięki którym potrafimy przejrzeć ów system (lub systemy) zupełnie niepotrzebne do spokojnej egzystencji celebrowanej z dnia na dzień, jako stan, a nie jednostkowe wydarzenie, zwieńczone śmiercią – udekorowaną sztucznymi kwiatami i zdjęciem w trumnie.

            Powracając więc do czystego odczuwania życia – sprawia ono, że wszelkie intelektualne etykiety i zasady poznania odpadają, ustępując intuicyjnemu byciu. Kolejny przykład zderzający tradycyjne ludy z „cywilizowanymi”:

Jedna z głównych różnic, jaka oddziela człowieka kultur archaicznych od współczesności polega właśnie na tym, że człowiek nowoczesny nie potrafi przeżyć swego życia organicznego jako sakramentu (…)[2]

            Współcześni nie widzą powodu, by cokolwiek przeżywać jako prawdziwy sakrament, ale nieustannie zostają postawieni przed sytuacją, która odziera ich z człowieczeństwa. Taką sytuacją może być śmierć – punkt, z którego nie ma (teoretycznie) odwrotu, będący końcem istnienia i rzeczywistości. Jeśli jednak przyjrzymy się funkcji śmierci w społeczeństwach tradycyjnych, widać jasno, że wszelkie symboliczne umieranie miało na celu (ponownie) aktualizację życia – lecz tego wielowymiarowego, zakorzenionego w sacrum. Można powiedzieć, że otwierało to człowieka na nowe treści i formy życia duchowego. Symboliczna śmierć odziera z życia materialnego, intelektualnego, wręcz pozbawia osobowości, by taki człowiek (przechodzący inicjację) mógł odrodzić się w czystszej postaci.
            Podobne intuicje wykazują doktryny filozoficzne i religijne tak zachodnie, jak i wschodnie – w dużym uogólnieniu – co świetnie skomentowała Simone Weil:

Nie ma przymusu, który by kazał wierzyć umysłowi w istnienie czegokolwiek (subiektywizm, idealizm absolutny, solipsyzm, sceptycyzm; porównać Upaniszady, taoistów i Platona; wszyscy przyjmują tę postawę filozoficzną jako oczyszczającą). Dlatego też jedynym środkiem, jaki może nam zapewnić związek z istnieniem jest zgoda na nie […].[3]

            Motyw oczyszczenia obecny jest nie tylko w filozofii, religiach, kulturach archaicznych. Czy antyczne katharsis nie przypomina bowiem ulokowanej w sztuce możliwości śmierci naszego ego? Do dziś najróżniejsze dzieła literackie, malarskie, muzyczne, filmowe i teatralne, usiłują – jeśli tylko nie są zanurzone w materialnej kulturze zysku – pobudzić człowieka do refleksji nad własną egzystencją, a poprzez to inspirują do oczyszczenia i przekroczenia wewnętrznych granic. 

Najlepszym przykładem na taką rolę sztuki, a zarazem obrazem symbolicznej śmierci, będzie film Alejandro Jodorowsky’ego „Święta Góra”. Bohaterowie pragnący uzyskać nieśmiertelność, pod przywództwem Alchemika wybierają się na Świętą Górę, ale żeby tam wejść muszą poddać się całkowitemu oczyszczeniu. Przechodzą proces śmierci swojego ludzkiego Ja, wyzbywają się krzywdzących umysł „myślo-kształtów”, aby tuż pod masywem górskim dowiedzieć się, że wszystko jest iluzją, również ich egotyczne marzenia o nieśmiertelności. Co jest bowiem bardziej rzeczywistego, niż życie jako takie?

Uganialiśmy się za baśnią. Aż dotarliśmy do życia. […] Żegnaj, Święta Góro. Prawdziwe życie na nas czeka.[4]

http://deeperintomovies.net/journal/image08/holymountain3.jpg 

            To przekroczenie granicy własnych wyobrażeń postawiło bohaterów i wnikliwych widzów w doskonałej pozycji dystansu wobec życia i samych siebie. Można powiedzieć, że nastąpiła swoista wewnętrzna transgresja. Symboliczna śmierć, odsunięcie się od wszystkiego czym jesteśmy, dystans, przekroczenie. Gdzie znajdziemy się poza granicą? 

Tak pojmowana symbolika śmierci (póki co jako oczyszczenia, nie materialnego zniknięcia z padołu) wykracza poza ego i zbliża człowieka do sacrum. Sama chęć, otwarcie się na taką sferę jest już transgresją, jakiej człowiek może dokonać, wychodząc poza swoją strefę bezpieczeństwa (w umyśle). Dowodem na to są wszelkie doświadczenia transpersonalne odnotowane na gruncie mistyki, zmienionych stanów świadomości, nawróceń religijnych, praktyk medytacyjnych i innego rodzaju przeżyć duchowych, zmierzających do sakralizacji życia codziennego. Czyli życia w jego czystej istocie.

Nie bez przyczyny odważnie twierdzę, że to dowody na istnienie sacrum i możliwość jego doświadczenia, a raczej zbliżenia się i nieustannego odnawiania tej sfery w ziemskim życiu (czemu też służyła obrzędowość kultur tradycyjnych). Bowiem „to, co niepojęte, jest normą tego, co znane”.[5] Niestety nauka skutecznie dyskryminuje wszelkie stany wychodzące poza przeciętność, nie chcąc ich badać i zaakceptować ich istnienia, chociaż istniały i istnieją u wielu ludzi bez żadnych szkód, a nawet z wielkim pożytkiem dla owych osób i całego świata. Znakomity psycholog Stanislav Grof tak komentuje stan zjawisk transpersonalnych w oczach nauki:

[…] Każdy objaw tego typu był więc przez nich [badaczy – przyp. M.] określany jako psychotyczny, niezależnie od tego, czy występował u schizofrenicznego pacjenta, czy u osoby normalnej po zażyciu środka halucynogennego, spędzeniu kilku godzin w zbiorniku do deprywacji sensorycznej, u ucznia tradycji zen w czasie sesshin, czy u mistyków i nauczycieli duchowych tej miary co Śri Ramana Maharishi, Śri Aurobindo lub Jezus. […] Takie podejście z konieczności zakłada też sądy wartościujące – a dokładnie założenie, że zjawisk transpersonalnych nie da się pogodzić z „normalnym funkcjonowaniem umysłu” i dlatego powinno się je zwalczać”.[6]

Współczesny świat pragnie zatem, jeśli nie zwalczać to, często na siłę, przypisać wszystkiemu, co niepojęte łatki i nazwy, aby było pozornie poznane i bliskie, albo namacalne i rzeczywiste, poprzez wcielenie tego w materialną, zmysłową część egzystencji. To zrobiono ze śmiercią, odzierając ją z ponadczasowego znaczenia, a o życiu zapomniano, że istnieje. 

Ponownie odwołam się do sztuki, jako idealnego nośnika ukrytych informacji – takich, których nie doszukamy się w świecie nauki, ani materialnym paradygmacie współczesnych, konsumenckich społeczeństw. Otóż to zatopienie w świecie materialnym może być interpretowane – i widząc to, co faktycznie dzieje się obecnie – jest szaleństwem. Dla brytyjskiej dramatopisarki Sary Kane całe społeczeństwo miotało się w okowach takiego obłędu. Materializm bowiem oznacza całkowite rozdarcie duszy od ciała. Skrajny dualizm. W swoich sztukach autorka obrazuje skutki takiego oddzielenia – zgubne dla człowieka, jako indywiduum. Pełne makabry sceny są nośnikiem smutnej idei o normalności, którą osiągnąć można jedynie poprzez śmierć. Tylko ona pozwala na cielesne, emocjonalne i umysłowe połączenie z samym sobą. 

Odnosząc to ponownie do kultur archaicznych, można śmiało rzec, że śmierć sprawuje tutaj podobną funkcję – wyzwolenia, oczyszczenia, jedności z sacrum. Lecz w przeciwieństwie do owych ludów nie jest ona naturalnym połączeniem z Jednią, a rozpaczliwym wyborem jednostki, która nie dostrzega w swoim świecie żadnej duchowości, zabitej przez skrajny materializm i zewnętrzne kolekcjonerstwo – zastępujące to, co można kolekcjonować, ale jako duchowe uzupełnienia egzystencji, by harmonijnie żyć – na granicy? 

Doświadczenie harmonijnego życia rozumiem równoznacznie z jego czystym odczuwaniem. Z pewnością istnienia, zarówno rzeczywistości namacalnej, jak i tej dostępnej tylko poznaniu intuicyjnemu, albo po części rozumowemu. Wtedy także śmierć, jako zjawisko uśmiercenia tej pierwszej części naszej egzystencji, nabiera całkowicie innego wymiaru. A właściwie, jak już fizyka kwantowa udowadnia – przenosi w ów inny wymiar, być może całkowitego połączenia, jak chciała Kane. 

Naukowiec David Bohm próbował przedstawić nowy obraz świata, jaki wyłaniał się z mechaniki kwantowej – to świat holistyczny, niepodzielny i zmienny – podlega procesom zarówno w obrębie materii, jak i świadomości człowieka. Z tymże fizyk widział dychotomię umysł-materia, jako elementy identyczne w ostatecznym rozrachunku:

Świadomość w znacznie większym stopniu przynależy do ukrytego porządku rzeczy niż materia… A jednak na głębszym poziomie (materia i świadomość) są w zasadzie nierozłączne i na stałe splecione, tak jak w przypadku gry komputerowej, gdzie gracz i ekran są połączeni poprzez uczestnictwo w tych samych działaniach. Z tego punktu widzenia umysł i materia to dwa aspekty jednej całości, równie nierozdzielne jak forma i treść.[7]

            Świadomość w każdej z możliwych interpretacji fizyki kwantowej umieszczona jest w samym centrum rzeczywistości. Jakie to ma konsekwencje dla życia pojedynczego człowieka i jego postrzegania oraz poznawania świata? Pozwala na dowolną transgresję, zarówno w obrębie zmysłowości (na czym tradycyjne pojęcie transgresji się opiera), intelektu, jak i w kierunku tajemniczych sfer sacrum, ukrytych poziomów własnej osoby, która w pewnym momencie się zaciera na rzecz całościowego poziomu świadomości – i dalej rzecz można ciągnąć w nieskończoność, ale zapewne już nie za życia, a właśnie po śmierci.

            Podsumowując, współczesny świat, choć zagubiony w materii, dostarcza wielu wiadomości z dziedzin czysto fizycznych i naświetla w ten sposób problem śmierci i życia, jako nieodłącznych elementów istnienia człowieka. Elementów, które w sposób nieunikniony i ciągły wpływają na stan naszej świadomości, a ona sama na postawę wobec nich. Jeśli zatem uświadomimy sobie przytoczone w niniejszej pracy fakty, wynikające z rozumowej (a później już, transgresyjnie, intuicyjnej) obserwacji rzeczywistości i siebie samych, śmierć oraz życie być może przestaną być pustymi sloganami, towarem na sprzedaż, a staną się tym, czym w istocie są – doświadczeniem świadomości.

http://www.vismaya-maitreya.pl/gfdgrhrthrth.jpg


~~*~~




[1] Kupony rabatowe zakładu pogrzebowego, Polskie Książki Telefoniczne. Wrocław 2010.
[2] M. Eliade, Traktat o historii religii, tłum. J. Wierusz – Kowalski, Warszawa 1993, s. 437.
[3] S. Weil, Świadomość nadprzyrodzona, tłum. A. Olędzka-Frybesowa , Warszawa 1999, ss. 327–328.
[4] A. Jodorowsky, The Holy Mountain, tłum. Luna, 1973.
[5] S. Weil, Świadomość nadprzyrodzona, tłum. A. Olędzka-Frybesowa , Warszawa 1999, s. 47.
[6] S. Grof, Obszary nieświadomości, tłum. A. Szyjewski, 1999, s. 213.

[7] A. Peake, Czy istnieje życie po śmierci?, tłum. R. Waliś, Warszawa 2007, s. 42.