Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2016

Hotel (lub Urzeczywistnienie)








 

          Napisałam kiedyś - bo nie pamiętam kiedy, pewnie ze 4 lata temu - opowiadanie. Było ono chyba pierwszym pisadłem, w którym inspirowałam się tak wieloma wewnętrznymi przytrafieniami: jak sny, przemyślenia, wizje, odczucia. Namalowałam to słowem i powstała bardzo subtelna historia chyba o miłości, która scala nasze życie na Ziemi. Lecz nie tyle miłości dwojga ludzi do siebie, ale szukanej miłości własnej. Bohaterowie, którymi są kobieta i mężczyzna to, jak mam wrażenie po przeczytaniu tekstu teraz, to dwie wersje jednej wewnętrzności, która poszukuje zrozumienia siebie. On, jako aspekt ego, ona jako dusza czysta, choć wystraszona swoją samotnością i obecnością w ciele. W opowiadaniu pojawia się też Śmierć, jako stała zmian, w które wpada ciało. Lecz śmierć z tej perspektywy posiada znacznie głębszy kontekst dla całości ludzkiego poznania i ludzkiej materialności. Jednak ten wątek rozwijam dopiero teraz - w najnowszej książce, którą piszę właśnie materialność naszej planety w aspekcie kosmicznym i duchowym jest przedstawiana, jako część ważnej drogi rozwoju. Nie będę więc tu kontynuować wątku, bo sama nie znam go w stu procentach. W opowiadaniu, które dziś Wam przedstawiam jest ten temat wyraźnie zaznaczony. Wiele rzeczy, które wtedy napisałam odkryłam przez te cztery lata. Może trzy. Nie pamiętam bowiem czy jak pisałam, to byłam już w związku z moim (obecnie) Narzeczonym. Podejrzewam, że nie, choć coś zaczynało się dziać i miało to wpływ na pewne elementy opowiadania.

                    Mimo tego fala przemyśleń i spostrzeżeń była czysta, a samo jej zapisanie było dla mnie formą terapii, którą w taki sposób kontynuowałam w późniejszych pracach. Zaczęłam bowiem pisać bardziej plastycznie i bardziej nawiązywać do umysłowych fantazmatów i spirytualnych otoczek istnienia. To był mój pierwszy pejzaż. Nawet początek z motywem Pustyni - kto by pomyślał, że ten teren stanie się moją szczerą fascynacją na kolejne lata? Nie wiedziałam - ale wszystko, co napisałam w Hotelu jest zalążkiem zrozumienia, które teraz do mnie dotarło. Wszystko jest zawarte w tych 30stu stronach. Niezwykłe?

          Tak, to jest niezwykłe, dlatego zachęcam do pisania każdego, kto czuje lub czuł kiedyś w tym kierunku spełnienie. Nic tak nie pozwala poznać siebie, jak przegląd tego, co się napisało w odniesieniu do całości życia i własnych struktur umysłowych. Tym bardziej, że często to, co piszemy pochodzi z przeczuć, nad i pod-świadomości, więc nie wiem w trakcie pisania o strukturach, które ujawniamy. Moja książka o Słowach i Pustyni (a która ma już tytuł, lecz jeszcze go nie zdradzę!:)) była bardziej przemyślana i utwierdzona w aktualnych wówczas doświadczeniach. Hotel jest wysnuty poza czas i przestrzeń. W tym tkwi siła tego opowiadania.

           Siła tkwi w tym, co byłam w stanie "przewidzieć" odnośnie pewnych rzeczy, które dopiero teraz w moim życiu się skrystalizowały, abym je zrozumiała.
         A zatem jest to opowiadanie o Powrotach. O ostatecznie odnalezionych ścieżkach siebie. Tam, gdzie stajemy się całością. Ostatnie słowa opowiadania kończyły się: A ciało? Ciało zatopione w niekończącej się otchłani miękkich liści przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
       Lecz po czasie wiem, że przestaje mieć znaczenie, by je odzyskać w pełni, którą wyrażają tajemnicze i enigmatyczne symbole w Opowiadaniu. Że drogi wewnętrzne pozostają często osamotnione, nasze skrawki siebie wędrują, poznają, błąkają się po świecie i myślach, aby wreszcie scalić się w tym niebycie i odzyskać prawidłowy - pełen wizerunek siebie.
        Także poprzez miłość, która jest przyczyną powrotów. Miłość do siebie i innych. To doniosłe, jak wiele potrafi zmienić Miłość. A ona mnie zmieniła, bo ma siłę transformującą. To piękne uczucie, jeśli mamy szansę doświadczać go w czystości. Nie umiałam go na początku właściwie przyjąć. Teraz wiem. Dlatego opowiadanie jest dla mnie znacznie głębsze niż kilka lat temu. Wyraża ostateczny powrót do Domu Duszy. Do ciepłego kąta Pełni księżyca.
           Wątki i obrazy w bardzo etnicznym stylu trochę przemykają przez opowiadanie - i to jest dla mnie niepodważalnym dowodem na to, że moje zrozumienie Powrotów i Miłości zostało dokonane. Wątki etniczne w stylu Mezoameryki są bowiem moją najgłębszą duchową ścieżynką, przez lasy i dżungle, bo tam jest On. Tam jest spełnienie z Naturą. Scalenie z nią i pokochanie siebie w niej i jej w sobie.

         Co jeszcze mogłabym powiedzieć o opowiadaniu Hotel? Muzyka! Muzyka była mi inspiracją. Odczytując sobie dziś o świcie ów tekst odtworzyłam intuicyjnie melodie dopełniające historii (Global Communication) oraz takie, które bardzo towarzyszyły mi przy pisaniu, a była to muzyka Electric Moon, szczególnie utwór Moon Love oraz Hotel Hell.


           To najdłuższe opowiadanie, jakie publikuję :) I bardzo się cieszę, że wreszcie wyłaniam je z ukrycia. Nie jest idealne, bo wiele wątków już później przewijało się w mojej wyobraźni, a więc i na blogu. Jednak to tutaj są pierwociny tego wszystkiego. W miłości! Dedykuję to opowiadanie Ukochanemu Mężczyźnie, bo gdyby nie on, cóż ja czystego mogłabym o Miłości powiedzieć? 

         Jednak nie łudźcie się - nie jest to tekst o różowych serduszkach, tylko o cierpieniu w samotności. Dlatego miłość jest czymś ważnym i czystym, bo prowadzi do niej bolesne samopoznanie. Droga niczym Motyli, przeobrażających się w piękne stworzenia po czasie spędzonym w kokonie i jako gąsienice. Właśnie tak. Motyl byłby najlepszym symbolem dla owego tekstu.
http://orig07.deviantart.net/8cc7/f/2011/361/0/a/the_butterfly_effect_by_artfactotum-d4kffb5.jpg

     Poniżej link do pliku pdf opowiadania. Jego pierwotny tytuł Hotel jest mi bliski. Później pojawił się drugi tytuł Urzeczywistnienie, ale wydawał mi się zbyt pompatyczny i za długi. Moim planem, może na kiedyś - jest przetłumaczenie tego tekstu na język angielski. Nie wiem czemu, ale tak mi się w głowie zrodziło :) Mam wrażenie, że by to nieźle mogło zabrzmieć. Póki co nasz wspaniały ojczysty język ofiaruje bardzo plastyczną podróż przez krainy umysłu, gdzie ciało jest naprawdę mało ważne, ale w jakim kontekście jest mało ważne? O tym się przekonacie, bo prawda leży w każdej cząstce, a nie w całościach monumentalnie tworzonych przez umysł. Zapraszam do lektury i życzę spokojnej niedzieli, może przy tym tekście, a może przy muzyce, którą z całego serca polecam.

Hotel

 

 


piątek, 25 września 2015

Doświadczenie życia i śmierci




Doświadczenie życia i śmierci


Czas… któż mu się oprzeć zdoła […]
 Usługi pogrzebowe „Arka”,
z kuponem rabat do 10%.[1]

            Cywilizowany, współczesny świat także z najbardziej przerażającej dla człowieka sytuacji – śmierci – uczynił towar. Także, ponieważ to tylko konsekwencja postępującego na naszym globie konsumpcjonizmu i marnotrawstwa energii i wiedzy na sprawy mniej istotne dla życia jako takiego, a oczywiście dochodowe. Lecz jak z czegoś nieuchwytnego, bardzo prywatnego zrobić towar? Nie sądzę, żeby to było trudne pytanie – wszak i życie jest trudne do zdefiniowania; do zobaczenia go, jako istnienia w czystym stanie odczuwania, bycia. Problem polega właśnie na tej trudności definicji, czyli chęci przypięcia słowu, jakim jest życie, konkretnych etykietek i orzeczeń. Nikogo oszukiwać nie musimy, przecież każdy człowiek może po prostu poczuć czym jest życie i skoro żyje to i zastanawiać się dużo nie musi – wystarczy czuć. Najpierw filozofia, a za nią nieugięta nauka, próbowały jednak ukazać owe definicje – zarówno życia, jak i śmierci, w być może bardziej przystępnej ogółowi postaci. Taki już los człowieka, że jak Hilary z bajki Tuwima, nie widzi tego, co ma tuż przed nosem i chętnie opiera całą swoją egzystencję na wiedzy z drugiej ręki.

http://ayers.l.w.interiowo.pl/szablon_obrazki/kosa.JPG

            Pierwszym krokiem do uczynienia z życia i śmierci towaru, jest zatem zdefiniowanie tych stanów, uschematyzowanie ich, zbadanie. Następnie, droga wiedzie ku przemianie stanu w wydarzenie, co wynika już z samego schematu definicyjnego – wrzucenie w czasowość i określoną przestrzeń. Zobrazuję to na przykładzie społeczeństw tradycyjnych w porównaniu z cywilizacją współczesną. 

            Prymitywne w sensie technologicznym, ale nie duchowym, społeczeństwa, całe swoje życie opierały na rytualnych zabiegach, mających podtrzymywać żywotność nie tylko plemienia, ale i całej przyrody, a co za tym idzie – świata. Te rytuały, obrzędy, wszelka forma religijności, są dowodem na wielką ambicję owych ludzi, aby nieustannie podtrzymywać życie. Widzieli je jako stan, który nie tyle trzeba kontemplować (to przyszło z czasem), co ciągle aktualizować, podsycać. Nie musieli równocześnie zastanawiać się nad tym, czym właściwie to życie jest – było trwaniem, a także walką o przetrwanie, śmierć zaś zmianą stanu, którego następstwa mogły być szkodliwe lub pomocne dla innych (np. przemiana w upiora, albo pomocnego duszka…).

            Teoretycznie współczesny człowiek  nie musi walczyć o przetrwanie. W praktyce jednak poddawany jest ciągłej i męczącej walce o swoją pozycję w świecie. Wiąże się ona z materialnym aspektem naszej egzystencji, de facto na niej została oparta. Zapełniamy się wszystkim, co pochodzi z zewnątrz, bo czym innym karmić materię, jak nie inną materią? Pod pojęcie materii chciałabym podpiąć też mentalną i intelektualną sferę bytu, ponieważ duża część wiedzy, jak już wcześniej zauważyłam, zostaje po prostu zagarniana przez ludzi, bez żadnej krytyki i doświadczania, jako pewna i oczywista. 

            Materia związana jest z pewnym punktem, konkretną przestrzenią i czasem, czymś bardzo wpisanym w rzeczywistość i namacalnym. To czyni życie rzeczywistym; podtrzymywanie rzeczywistości życia w oparciu o materię. W przeciwieństwie do społeczeństw tradycyjnych, które aktualizowały ponadczasowy wymiar istnienia dzięki materii, dzięki wcieleniu – odgrywaniu mitów i spełnianiu obrzędów. 

            Co z samą definicją życia  w tak opisanej cywilizacji? Otóż, kiedy materia urzeczywistnia życie, ono jako takie – zanika, na rzecz niej samej. Jego jedynym wyznacznikiem mogą być wydarzenia, czyli to, co można wpisać w określone ramy, daty i godziny. Co za tym idzie – dodać do nich solidną porcję materii. Mamy zatem narodziny oraz śmierć – wielkie wydarzenia w życiu każdego człowieka. Celebracja tych dni wiąże się z ogromnym nakładem finansowym. Szczególnie ma się to do śmierci, skoro bowiem jest to wydarzenie jednostkowe dla danej osoby, trzeba tej materii sporo wyłożyć, aby zapisało się na stałe w egzystencji i na koncie bankowym. Narodziny są natomiast odnawiane co roku, jako huczne bardziej lub mniej, wspomnienie wydarzenia. Niewiele osób przeżywa je jako pewną aktualizację swojego życia, częściej jest to przystanek na drodze do nieuniknionej śmierci. 

            Zatem z wydarzeń o wiele łatwiej uczynić towar, niż ze stanów. W jakim stanie się znajdujemy? W niewielkim stopniu jest to czyste, odarte z kontekstów i etykiet, życie. Jeśli ono nie będzie czymś jasnym dla każdego człowieka, jak śmierć może zostać pojęta? I dlaczego przypisuję jej status stanu, w jakim wszyscy się kiedyś „znajdziemy”, a nie wydarzenia – po prostu śmierci, po której nie ma nic?

            Odpowiedzią znów jest materia. Gdy znika materia, znika życie, człowiek umiera – sposób myślenia typowy dla współczesnego mieszkańca Ziemi, choć zapewne nie zdaje sobie on z tego sprawy. Materializm jest czymś normalnym i zupełnie nieświadomym w wielu przypadkach. Utożsamiamy z ciałem cały nasz intelekt, podstawę wszelkiego bytu i „inteligencji”, nic więc dziwnego, że śmierć może być uznana za koniec istnienia człowieka. 

            Jednakże doświadczenie czystego odczuwania życia – poznanie czym ono w istocie jest – wyklucza działanie, często mylnego, lubiącego etykietki i schematy intelektu. Ujrzenie samego toru myślowego, jaki ukształtowała tak zwana cywilizacja, to swoista demaskacja owych schematów. Szczególnie tych, które bezwiednie nadajemy życiu i śmierci, przypisując im tylko materialną perspektywę. Zagubione bytowanie większości ludzi, na co wskazuje wysoka umieralność nie tylko z powodu chorób, ale i przede wszystkim z własnej ręki, jest wystarczającym dowodem na zgubność takiego paradygmatu. 

            Nie twierdzę bynajmniej, że gatunek ludzki zbłądził i słusznie doprowadza się do zagłady. Zapewne, skoro tak się stało, zyskaliśmy niebywałą szansę i możliwości, dzięki którym potrafimy przejrzeć ów system (lub systemy) zupełnie niepotrzebne do spokojnej egzystencji celebrowanej z dnia na dzień, jako stan, a nie jednostkowe wydarzenie, zwieńczone śmiercią – udekorowaną sztucznymi kwiatami i zdjęciem w trumnie.

            Powracając więc do czystego odczuwania życia – sprawia ono, że wszelkie intelektualne etykiety i zasady poznania odpadają, ustępując intuicyjnemu byciu. Kolejny przykład zderzający tradycyjne ludy z „cywilizowanymi”:

Jedna z głównych różnic, jaka oddziela człowieka kultur archaicznych od współczesności polega właśnie na tym, że człowiek nowoczesny nie potrafi przeżyć swego życia organicznego jako sakramentu (…)[2]

            Współcześni nie widzą powodu, by cokolwiek przeżywać jako prawdziwy sakrament, ale nieustannie zostają postawieni przed sytuacją, która odziera ich z człowieczeństwa. Taką sytuacją może być śmierć – punkt, z którego nie ma (teoretycznie) odwrotu, będący końcem istnienia i rzeczywistości. Jeśli jednak przyjrzymy się funkcji śmierci w społeczeństwach tradycyjnych, widać jasno, że wszelkie symboliczne umieranie miało na celu (ponownie) aktualizację życia – lecz tego wielowymiarowego, zakorzenionego w sacrum. Można powiedzieć, że otwierało to człowieka na nowe treści i formy życia duchowego. Symboliczna śmierć odziera z życia materialnego, intelektualnego, wręcz pozbawia osobowości, by taki człowiek (przechodzący inicjację) mógł odrodzić się w czystszej postaci.
            Podobne intuicje wykazują doktryny filozoficzne i religijne tak zachodnie, jak i wschodnie – w dużym uogólnieniu – co świetnie skomentowała Simone Weil:

Nie ma przymusu, który by kazał wierzyć umysłowi w istnienie czegokolwiek (subiektywizm, idealizm absolutny, solipsyzm, sceptycyzm; porównać Upaniszady, taoistów i Platona; wszyscy przyjmują tę postawę filozoficzną jako oczyszczającą). Dlatego też jedynym środkiem, jaki może nam zapewnić związek z istnieniem jest zgoda na nie […].[3]

            Motyw oczyszczenia obecny jest nie tylko w filozofii, religiach, kulturach archaicznych. Czy antyczne katharsis nie przypomina bowiem ulokowanej w sztuce możliwości śmierci naszego ego? Do dziś najróżniejsze dzieła literackie, malarskie, muzyczne, filmowe i teatralne, usiłują – jeśli tylko nie są zanurzone w materialnej kulturze zysku – pobudzić człowieka do refleksji nad własną egzystencją, a poprzez to inspirują do oczyszczenia i przekroczenia wewnętrznych granic. 

Najlepszym przykładem na taką rolę sztuki, a zarazem obrazem symbolicznej śmierci, będzie film Alejandro Jodorowsky’ego „Święta Góra”. Bohaterowie pragnący uzyskać nieśmiertelność, pod przywództwem Alchemika wybierają się na Świętą Górę, ale żeby tam wejść muszą poddać się całkowitemu oczyszczeniu. Przechodzą proces śmierci swojego ludzkiego Ja, wyzbywają się krzywdzących umysł „myślo-kształtów”, aby tuż pod masywem górskim dowiedzieć się, że wszystko jest iluzją, również ich egotyczne marzenia o nieśmiertelności. Co jest bowiem bardziej rzeczywistego, niż życie jako takie?

Uganialiśmy się za baśnią. Aż dotarliśmy do życia. […] Żegnaj, Święta Góro. Prawdziwe życie na nas czeka.[4]

http://deeperintomovies.net/journal/image08/holymountain3.jpg 

            To przekroczenie granicy własnych wyobrażeń postawiło bohaterów i wnikliwych widzów w doskonałej pozycji dystansu wobec życia i samych siebie. Można powiedzieć, że nastąpiła swoista wewnętrzna transgresja. Symboliczna śmierć, odsunięcie się od wszystkiego czym jesteśmy, dystans, przekroczenie. Gdzie znajdziemy się poza granicą? 

Tak pojmowana symbolika śmierci (póki co jako oczyszczenia, nie materialnego zniknięcia z padołu) wykracza poza ego i zbliża człowieka do sacrum. Sama chęć, otwarcie się na taką sferę jest już transgresją, jakiej człowiek może dokonać, wychodząc poza swoją strefę bezpieczeństwa (w umyśle). Dowodem na to są wszelkie doświadczenia transpersonalne odnotowane na gruncie mistyki, zmienionych stanów świadomości, nawróceń religijnych, praktyk medytacyjnych i innego rodzaju przeżyć duchowych, zmierzających do sakralizacji życia codziennego. Czyli życia w jego czystej istocie.

Nie bez przyczyny odważnie twierdzę, że to dowody na istnienie sacrum i możliwość jego doświadczenia, a raczej zbliżenia się i nieustannego odnawiania tej sfery w ziemskim życiu (czemu też służyła obrzędowość kultur tradycyjnych). Bowiem „to, co niepojęte, jest normą tego, co znane”.[5] Niestety nauka skutecznie dyskryminuje wszelkie stany wychodzące poza przeciętność, nie chcąc ich badać i zaakceptować ich istnienia, chociaż istniały i istnieją u wielu ludzi bez żadnych szkód, a nawet z wielkim pożytkiem dla owych osób i całego świata. Znakomity psycholog Stanislav Grof tak komentuje stan zjawisk transpersonalnych w oczach nauki:

[…] Każdy objaw tego typu był więc przez nich [badaczy – przyp. M.] określany jako psychotyczny, niezależnie od tego, czy występował u schizofrenicznego pacjenta, czy u osoby normalnej po zażyciu środka halucynogennego, spędzeniu kilku godzin w zbiorniku do deprywacji sensorycznej, u ucznia tradycji zen w czasie sesshin, czy u mistyków i nauczycieli duchowych tej miary co Śri Ramana Maharishi, Śri Aurobindo lub Jezus. […] Takie podejście z konieczności zakłada też sądy wartościujące – a dokładnie założenie, że zjawisk transpersonalnych nie da się pogodzić z „normalnym funkcjonowaniem umysłu” i dlatego powinno się je zwalczać”.[6]

Współczesny świat pragnie zatem, jeśli nie zwalczać to, często na siłę, przypisać wszystkiemu, co niepojęte łatki i nazwy, aby było pozornie poznane i bliskie, albo namacalne i rzeczywiste, poprzez wcielenie tego w materialną, zmysłową część egzystencji. To zrobiono ze śmiercią, odzierając ją z ponadczasowego znaczenia, a o życiu zapomniano, że istnieje. 

Ponownie odwołam się do sztuki, jako idealnego nośnika ukrytych informacji – takich, których nie doszukamy się w świecie nauki, ani materialnym paradygmacie współczesnych, konsumenckich społeczeństw. Otóż to zatopienie w świecie materialnym może być interpretowane – i widząc to, co faktycznie dzieje się obecnie – jest szaleństwem. Dla brytyjskiej dramatopisarki Sary Kane całe społeczeństwo miotało się w okowach takiego obłędu. Materializm bowiem oznacza całkowite rozdarcie duszy od ciała. Skrajny dualizm. W swoich sztukach autorka obrazuje skutki takiego oddzielenia – zgubne dla człowieka, jako indywiduum. Pełne makabry sceny są nośnikiem smutnej idei o normalności, którą osiągnąć można jedynie poprzez śmierć. Tylko ona pozwala na cielesne, emocjonalne i umysłowe połączenie z samym sobą. 

Odnosząc to ponownie do kultur archaicznych, można śmiało rzec, że śmierć sprawuje tutaj podobną funkcję – wyzwolenia, oczyszczenia, jedności z sacrum. Lecz w przeciwieństwie do owych ludów nie jest ona naturalnym połączeniem z Jednią, a rozpaczliwym wyborem jednostki, która nie dostrzega w swoim świecie żadnej duchowości, zabitej przez skrajny materializm i zewnętrzne kolekcjonerstwo – zastępujące to, co można kolekcjonować, ale jako duchowe uzupełnienia egzystencji, by harmonijnie żyć – na granicy? 

Doświadczenie harmonijnego życia rozumiem równoznacznie z jego czystym odczuwaniem. Z pewnością istnienia, zarówno rzeczywistości namacalnej, jak i tej dostępnej tylko poznaniu intuicyjnemu, albo po części rozumowemu. Wtedy także śmierć, jako zjawisko uśmiercenia tej pierwszej części naszej egzystencji, nabiera całkowicie innego wymiaru. A właściwie, jak już fizyka kwantowa udowadnia – przenosi w ów inny wymiar, być może całkowitego połączenia, jak chciała Kane. 

Naukowiec David Bohm próbował przedstawić nowy obraz świata, jaki wyłaniał się z mechaniki kwantowej – to świat holistyczny, niepodzielny i zmienny – podlega procesom zarówno w obrębie materii, jak i świadomości człowieka. Z tymże fizyk widział dychotomię umysł-materia, jako elementy identyczne w ostatecznym rozrachunku:

Świadomość w znacznie większym stopniu przynależy do ukrytego porządku rzeczy niż materia… A jednak na głębszym poziomie (materia i świadomość) są w zasadzie nierozłączne i na stałe splecione, tak jak w przypadku gry komputerowej, gdzie gracz i ekran są połączeni poprzez uczestnictwo w tych samych działaniach. Z tego punktu widzenia umysł i materia to dwa aspekty jednej całości, równie nierozdzielne jak forma i treść.[7]

            Świadomość w każdej z możliwych interpretacji fizyki kwantowej umieszczona jest w samym centrum rzeczywistości. Jakie to ma konsekwencje dla życia pojedynczego człowieka i jego postrzegania oraz poznawania świata? Pozwala na dowolną transgresję, zarówno w obrębie zmysłowości (na czym tradycyjne pojęcie transgresji się opiera), intelektu, jak i w kierunku tajemniczych sfer sacrum, ukrytych poziomów własnej osoby, która w pewnym momencie się zaciera na rzecz całościowego poziomu świadomości – i dalej rzecz można ciągnąć w nieskończoność, ale zapewne już nie za życia, a właśnie po śmierci.

            Podsumowując, współczesny świat, choć zagubiony w materii, dostarcza wielu wiadomości z dziedzin czysto fizycznych i naświetla w ten sposób problem śmierci i życia, jako nieodłącznych elementów istnienia człowieka. Elementów, które w sposób nieunikniony i ciągły wpływają na stan naszej świadomości, a ona sama na postawę wobec nich. Jeśli zatem uświadomimy sobie przytoczone w niniejszej pracy fakty, wynikające z rozumowej (a później już, transgresyjnie, intuicyjnej) obserwacji rzeczywistości i siebie samych, śmierć oraz życie być może przestaną być pustymi sloganami, towarem na sprzedaż, a staną się tym, czym w istocie są – doświadczeniem świadomości.

http://www.vismaya-maitreya.pl/gfdgrhrthrth.jpg


~~*~~




[1] Kupony rabatowe zakładu pogrzebowego, Polskie Książki Telefoniczne. Wrocław 2010.
[2] M. Eliade, Traktat o historii religii, tłum. J. Wierusz – Kowalski, Warszawa 1993, s. 437.
[3] S. Weil, Świadomość nadprzyrodzona, tłum. A. Olędzka-Frybesowa , Warszawa 1999, ss. 327–328.
[4] A. Jodorowsky, The Holy Mountain, tłum. Luna, 1973.
[5] S. Weil, Świadomość nadprzyrodzona, tłum. A. Olędzka-Frybesowa , Warszawa 1999, s. 47.
[6] S. Grof, Obszary nieświadomości, tłum. A. Szyjewski, 1999, s. 213.

[7] A. Peake, Czy istnieje życie po śmierci?, tłum. R. Waliś, Warszawa 2007, s. 42.

wtorek, 12 maja 2015

{SŚ2} Barwny krajobraz iluzji braku świadomych potrzeb.



       
 {SŚ2}



         Zachłanność spożycia życia. 

         By budzić się każdego dnia i biec, a w tym biegu łapać konsekwencje swoich wyborów. Robić z nich samoloty i puszczać z wiatrem. Co jeśli powrócą? Bo żaden lot nie jest przesądzony i w każdej chwili możemy spaść, albo coś może spaść na nas. niektóre dźwięki z zamysłem przygniatają do ziemi, inne unoszą, a jeszcze inne – zwiększają liczbę myśli nakierowanych na konsumpcję. Jak oddzielić ziarno od plew? Jeśli wystarczy zobaczyć własny umysł i skrupulatnie opisać każde jego działanie, relację i emocję, to konsumpcja uczyni z tego grę. Kolekcjonerstwo wspomnień i wyobrażeń, bo po co puścić je z wiatrem, by w przestrzeni niepoznanego rozwijały swoje skrzydła i nic nie warte dla siebie samych zniknęły? 

Sarkofag to z greckiego pożeracz zwłok. Jest coś fascynującego zatem w samej konstrukcji słownej i architektonicznej. Zwłoki, czyli martwe ciała otaczają nas na co dzień i też są znakiem spożywania życia. bo ileż to w sklepach i na targach ładnie opakowanych cielsk,; chronionych przed rozkładem w lodówkach naszych domów? Za oknem na cmentarzach już bardziej kości, ale wzdłuż nowszych cmentarnych alejek – świeże i pół-świeże podarunki dla Ziemi. I robaki. Co człowiek czuje na myśl o tym, że spożyją go robaki? Że chce być spalony, to znaczy skremowany – to ładniej brzmi, ale w wielu przypadkach to wymysł nie na te rejony. Rodzina czy ktoś, komu przyjdzie decydować o naszym losie pośmiertnym i tak machnie swą konsumpcyjną ręką, a równie żarłoczne zakłady pogrzebowe zatrą dłonie, aż pójdą iskry. 

Co w ogóle jest z tymi rękami, że ludzie już w jaskiniach odciskali je, czasem bez jakiegoś palca na przykład, albo w odcieniach bieli czy czerni… Ręka, jako dowód obecności, czyjegoś jestestwa. Bo głowy nie odciśniesz. Co trwalsze – zęby, przecież nie montowaliby ich w ścianach. Więc dłonie. Na powitanie, na pożegnanie, na znak pokoju, na znak pokory, do modlitwy, otwarte, zamknięte, rozłożone i złożone. Mudry. Ręce wytyczają granice naszego pola energetycznego. Człowiek wpisany w koło. Człowiek na krzyżu. Stygmaty. I wreszcie – chciwa łapa, symbol żarłoczności i możliwości podjęcia działań ku temu. 

Jałowe pola fantazji piśmienniczej. Ręka, dzięki której piszę, zachłannie bazgroląc po kartce. Bo opis też tym jest – żarłocznością – choćby nie wiem jak pozbawiony ram… sama kartka jest granicą. Spożywamy namiętnie namiętność czynności rozrywkowych. W wirze postępującej manipulacji zapominamy o jej wirowym, czyli spiralnym charakterze. Zagarnia i wtapia w swój barwny krajobraz iluzji braku świadomych potrzeb. I wreszcie – ręka zamieniona w pięść, która uderza w stół i mówi dość tego. Lecz co potem już nie wie, więc siedzi za stołem, nie ręka rzecz jasna, a człowiek wciąż żywy. I stół ów dla niego miejscem świętym się stanie.

Są inne możliwości myślenia o rękach – do obrony i ataku. A ptaki mają skrzydła i to jest forma ich istnienia. By lecieć i z góry widzieć to, co dla nich ważne – pokarm i miejsca na gniazdo. Ptak może widzi więcej drzew i przejawów natury, ale nie musi roztaczać nad nimi refleksji. A jeśli człowiek nie roztoczy refleksji, umrze za swoim stołem i pięść nic mu nie da, bo by musiał wstać i udać się w dzikość świata. Wyłamać ramy. Zniszczyć płótno. Spalić je i patrzeć jak płonie. I gdy już dzikość tajemnicza żadnej odpowiedzi mu nie udzieli, powróci skruszony na pustkowie starych wcieleń, by pieczołowicie odbudowywać swój dom. Dom? Egipcjanie domem zwali miejsca pochówku, a to co dla nas domem dla nich było gospodą. Jeśli więc w ostateczności właśnie pożeracze zwłok są naszymi największymi przyjaciółmi, po co biec? W biegu zatracić tożsamość, samemu stać się pożeraczem. 

Zjedzmy siebie i to dokładnie przeżuwając każdy kęs naszej osobowości i wszystkiego, co nas definiuje. Pochłonięci do cna nie będziemy mieć w sobie miejsca na nic innego, a gdy przetrawimy okaże się, że wcale nie chcemy. To cała tajemnica. Możesz, ale nie chcesz. Im bardziej nie możesz, tym bardziej chcesz. Pustka okaże się może całkiem przyjemna, ale zmieni się w wewnętrzne skrzydła, które sprawią, że odechce nam się biegu.

Brak tematu też może być tematem dla nadgryzionej tożsamości, szukającej ostatniej deski ratunku w starych przyzwyczajeniach. Pędząca ku nowoczesności, ale zakochana w starociach, a starociem jest nieograniczona konsumpcja życia, która wnet okazuje się samym jego celem.

Co do kwestii rodzaju tej konsumpcji niech nikt o to nie pyta, a nauczy się latać i zobaczy. Granice płótna wskażą odpowiedź i z ironicznym, ale jednak przyjaznym uśmieszkiem dodadzą, że są wszędzie. Coś jakby obraz w obrazie, sen we śnie. Odgrywany i zjadany w nieskończoność. Uśmiechnięta ręka machająca na pożegnanie i witająca w nowym, żeby potem znów pożegnać… I napisać ręką trzymającą długopis, piszącą o Dłoni Powitań i Pożegnań. W tych samych kołach zapętlony umysł kwili i płacze, prosząc niemo o ugłaskanie, ale kojące jest tylko takie bez rąk. Bezdotykowe ugłaskanie Śmierci. Wyzwalającej niewyzwolonych, lękających się najbardziej momentu wyrwania siebie z kontekstu, bo nigdy lub niekonsekwentnie spożywali własne życie. 

A do konsekwencji potrzebna jest Ręka – pięść uderzająca w stół, by samego siebie umysłowo nie zwodzić i w nietrwałych zwłokach nie widzieć ostateczności losu.