Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 września 2015

Doświadczenie życia i śmierci




Doświadczenie życia i śmierci


Czas… któż mu się oprzeć zdoła […]
 Usługi pogrzebowe „Arka”,
z kuponem rabat do 10%.[1]

            Cywilizowany, współczesny świat także z najbardziej przerażającej dla człowieka sytuacji – śmierci – uczynił towar. Także, ponieważ to tylko konsekwencja postępującego na naszym globie konsumpcjonizmu i marnotrawstwa energii i wiedzy na sprawy mniej istotne dla życia jako takiego, a oczywiście dochodowe. Lecz jak z czegoś nieuchwytnego, bardzo prywatnego zrobić towar? Nie sądzę, żeby to było trudne pytanie – wszak i życie jest trudne do zdefiniowania; do zobaczenia go, jako istnienia w czystym stanie odczuwania, bycia. Problem polega właśnie na tej trudności definicji, czyli chęci przypięcia słowu, jakim jest życie, konkretnych etykietek i orzeczeń. Nikogo oszukiwać nie musimy, przecież każdy człowiek może po prostu poczuć czym jest życie i skoro żyje to i zastanawiać się dużo nie musi – wystarczy czuć. Najpierw filozofia, a za nią nieugięta nauka, próbowały jednak ukazać owe definicje – zarówno życia, jak i śmierci, w być może bardziej przystępnej ogółowi postaci. Taki już los człowieka, że jak Hilary z bajki Tuwima, nie widzi tego, co ma tuż przed nosem i chętnie opiera całą swoją egzystencję na wiedzy z drugiej ręki.

http://ayers.l.w.interiowo.pl/szablon_obrazki/kosa.JPG

            Pierwszym krokiem do uczynienia z życia i śmierci towaru, jest zatem zdefiniowanie tych stanów, uschematyzowanie ich, zbadanie. Następnie, droga wiedzie ku przemianie stanu w wydarzenie, co wynika już z samego schematu definicyjnego – wrzucenie w czasowość i określoną przestrzeń. Zobrazuję to na przykładzie społeczeństw tradycyjnych w porównaniu z cywilizacją współczesną. 

            Prymitywne w sensie technologicznym, ale nie duchowym, społeczeństwa, całe swoje życie opierały na rytualnych zabiegach, mających podtrzymywać żywotność nie tylko plemienia, ale i całej przyrody, a co za tym idzie – świata. Te rytuały, obrzędy, wszelka forma religijności, są dowodem na wielką ambicję owych ludzi, aby nieustannie podtrzymywać życie. Widzieli je jako stan, który nie tyle trzeba kontemplować (to przyszło z czasem), co ciągle aktualizować, podsycać. Nie musieli równocześnie zastanawiać się nad tym, czym właściwie to życie jest – było trwaniem, a także walką o przetrwanie, śmierć zaś zmianą stanu, którego następstwa mogły być szkodliwe lub pomocne dla innych (np. przemiana w upiora, albo pomocnego duszka…).

            Teoretycznie współczesny człowiek  nie musi walczyć o przetrwanie. W praktyce jednak poddawany jest ciągłej i męczącej walce o swoją pozycję w świecie. Wiąże się ona z materialnym aspektem naszej egzystencji, de facto na niej została oparta. Zapełniamy się wszystkim, co pochodzi z zewnątrz, bo czym innym karmić materię, jak nie inną materią? Pod pojęcie materii chciałabym podpiąć też mentalną i intelektualną sferę bytu, ponieważ duża część wiedzy, jak już wcześniej zauważyłam, zostaje po prostu zagarniana przez ludzi, bez żadnej krytyki i doświadczania, jako pewna i oczywista. 

            Materia związana jest z pewnym punktem, konkretną przestrzenią i czasem, czymś bardzo wpisanym w rzeczywistość i namacalnym. To czyni życie rzeczywistym; podtrzymywanie rzeczywistości życia w oparciu o materię. W przeciwieństwie do społeczeństw tradycyjnych, które aktualizowały ponadczasowy wymiar istnienia dzięki materii, dzięki wcieleniu – odgrywaniu mitów i spełnianiu obrzędów. 

            Co z samą definicją życia  w tak opisanej cywilizacji? Otóż, kiedy materia urzeczywistnia życie, ono jako takie – zanika, na rzecz niej samej. Jego jedynym wyznacznikiem mogą być wydarzenia, czyli to, co można wpisać w określone ramy, daty i godziny. Co za tym idzie – dodać do nich solidną porcję materii. Mamy zatem narodziny oraz śmierć – wielkie wydarzenia w życiu każdego człowieka. Celebracja tych dni wiąże się z ogromnym nakładem finansowym. Szczególnie ma się to do śmierci, skoro bowiem jest to wydarzenie jednostkowe dla danej osoby, trzeba tej materii sporo wyłożyć, aby zapisało się na stałe w egzystencji i na koncie bankowym. Narodziny są natomiast odnawiane co roku, jako huczne bardziej lub mniej, wspomnienie wydarzenia. Niewiele osób przeżywa je jako pewną aktualizację swojego życia, częściej jest to przystanek na drodze do nieuniknionej śmierci. 

            Zatem z wydarzeń o wiele łatwiej uczynić towar, niż ze stanów. W jakim stanie się znajdujemy? W niewielkim stopniu jest to czyste, odarte z kontekstów i etykiet, życie. Jeśli ono nie będzie czymś jasnym dla każdego człowieka, jak śmierć może zostać pojęta? I dlaczego przypisuję jej status stanu, w jakim wszyscy się kiedyś „znajdziemy”, a nie wydarzenia – po prostu śmierci, po której nie ma nic?

            Odpowiedzią znów jest materia. Gdy znika materia, znika życie, człowiek umiera – sposób myślenia typowy dla współczesnego mieszkańca Ziemi, choć zapewne nie zdaje sobie on z tego sprawy. Materializm jest czymś normalnym i zupełnie nieświadomym w wielu przypadkach. Utożsamiamy z ciałem cały nasz intelekt, podstawę wszelkiego bytu i „inteligencji”, nic więc dziwnego, że śmierć może być uznana za koniec istnienia człowieka. 

            Jednakże doświadczenie czystego odczuwania życia – poznanie czym ono w istocie jest – wyklucza działanie, często mylnego, lubiącego etykietki i schematy intelektu. Ujrzenie samego toru myślowego, jaki ukształtowała tak zwana cywilizacja, to swoista demaskacja owych schematów. Szczególnie tych, które bezwiednie nadajemy życiu i śmierci, przypisując im tylko materialną perspektywę. Zagubione bytowanie większości ludzi, na co wskazuje wysoka umieralność nie tylko z powodu chorób, ale i przede wszystkim z własnej ręki, jest wystarczającym dowodem na zgubność takiego paradygmatu. 

            Nie twierdzę bynajmniej, że gatunek ludzki zbłądził i słusznie doprowadza się do zagłady. Zapewne, skoro tak się stało, zyskaliśmy niebywałą szansę i możliwości, dzięki którym potrafimy przejrzeć ów system (lub systemy) zupełnie niepotrzebne do spokojnej egzystencji celebrowanej z dnia na dzień, jako stan, a nie jednostkowe wydarzenie, zwieńczone śmiercią – udekorowaną sztucznymi kwiatami i zdjęciem w trumnie.

            Powracając więc do czystego odczuwania życia – sprawia ono, że wszelkie intelektualne etykiety i zasady poznania odpadają, ustępując intuicyjnemu byciu. Kolejny przykład zderzający tradycyjne ludy z „cywilizowanymi”:

Jedna z głównych różnic, jaka oddziela człowieka kultur archaicznych od współczesności polega właśnie na tym, że człowiek nowoczesny nie potrafi przeżyć swego życia organicznego jako sakramentu (…)[2]

            Współcześni nie widzą powodu, by cokolwiek przeżywać jako prawdziwy sakrament, ale nieustannie zostają postawieni przed sytuacją, która odziera ich z człowieczeństwa. Taką sytuacją może być śmierć – punkt, z którego nie ma (teoretycznie) odwrotu, będący końcem istnienia i rzeczywistości. Jeśli jednak przyjrzymy się funkcji śmierci w społeczeństwach tradycyjnych, widać jasno, że wszelkie symboliczne umieranie miało na celu (ponownie) aktualizację życia – lecz tego wielowymiarowego, zakorzenionego w sacrum. Można powiedzieć, że otwierało to człowieka na nowe treści i formy życia duchowego. Symboliczna śmierć odziera z życia materialnego, intelektualnego, wręcz pozbawia osobowości, by taki człowiek (przechodzący inicjację) mógł odrodzić się w czystszej postaci.
            Podobne intuicje wykazują doktryny filozoficzne i religijne tak zachodnie, jak i wschodnie – w dużym uogólnieniu – co świetnie skomentowała Simone Weil:

Nie ma przymusu, który by kazał wierzyć umysłowi w istnienie czegokolwiek (subiektywizm, idealizm absolutny, solipsyzm, sceptycyzm; porównać Upaniszady, taoistów i Platona; wszyscy przyjmują tę postawę filozoficzną jako oczyszczającą). Dlatego też jedynym środkiem, jaki może nam zapewnić związek z istnieniem jest zgoda na nie […].[3]

            Motyw oczyszczenia obecny jest nie tylko w filozofii, religiach, kulturach archaicznych. Czy antyczne katharsis nie przypomina bowiem ulokowanej w sztuce możliwości śmierci naszego ego? Do dziś najróżniejsze dzieła literackie, malarskie, muzyczne, filmowe i teatralne, usiłują – jeśli tylko nie są zanurzone w materialnej kulturze zysku – pobudzić człowieka do refleksji nad własną egzystencją, a poprzez to inspirują do oczyszczenia i przekroczenia wewnętrznych granic. 

Najlepszym przykładem na taką rolę sztuki, a zarazem obrazem symbolicznej śmierci, będzie film Alejandro Jodorowsky’ego „Święta Góra”. Bohaterowie pragnący uzyskać nieśmiertelność, pod przywództwem Alchemika wybierają się na Świętą Górę, ale żeby tam wejść muszą poddać się całkowitemu oczyszczeniu. Przechodzą proces śmierci swojego ludzkiego Ja, wyzbywają się krzywdzących umysł „myślo-kształtów”, aby tuż pod masywem górskim dowiedzieć się, że wszystko jest iluzją, również ich egotyczne marzenia o nieśmiertelności. Co jest bowiem bardziej rzeczywistego, niż życie jako takie?

Uganialiśmy się za baśnią. Aż dotarliśmy do życia. […] Żegnaj, Święta Góro. Prawdziwe życie na nas czeka.[4]

http://deeperintomovies.net/journal/image08/holymountain3.jpg 

            To przekroczenie granicy własnych wyobrażeń postawiło bohaterów i wnikliwych widzów w doskonałej pozycji dystansu wobec życia i samych siebie. Można powiedzieć, że nastąpiła swoista wewnętrzna transgresja. Symboliczna śmierć, odsunięcie się od wszystkiego czym jesteśmy, dystans, przekroczenie. Gdzie znajdziemy się poza granicą? 

Tak pojmowana symbolika śmierci (póki co jako oczyszczenia, nie materialnego zniknięcia z padołu) wykracza poza ego i zbliża człowieka do sacrum. Sama chęć, otwarcie się na taką sferę jest już transgresją, jakiej człowiek może dokonać, wychodząc poza swoją strefę bezpieczeństwa (w umyśle). Dowodem na to są wszelkie doświadczenia transpersonalne odnotowane na gruncie mistyki, zmienionych stanów świadomości, nawróceń religijnych, praktyk medytacyjnych i innego rodzaju przeżyć duchowych, zmierzających do sakralizacji życia codziennego. Czyli życia w jego czystej istocie.

Nie bez przyczyny odważnie twierdzę, że to dowody na istnienie sacrum i możliwość jego doświadczenia, a raczej zbliżenia się i nieustannego odnawiania tej sfery w ziemskim życiu (czemu też służyła obrzędowość kultur tradycyjnych). Bowiem „to, co niepojęte, jest normą tego, co znane”.[5] Niestety nauka skutecznie dyskryminuje wszelkie stany wychodzące poza przeciętność, nie chcąc ich badać i zaakceptować ich istnienia, chociaż istniały i istnieją u wielu ludzi bez żadnych szkód, a nawet z wielkim pożytkiem dla owych osób i całego świata. Znakomity psycholog Stanislav Grof tak komentuje stan zjawisk transpersonalnych w oczach nauki:

[…] Każdy objaw tego typu był więc przez nich [badaczy – przyp. M.] określany jako psychotyczny, niezależnie od tego, czy występował u schizofrenicznego pacjenta, czy u osoby normalnej po zażyciu środka halucynogennego, spędzeniu kilku godzin w zbiorniku do deprywacji sensorycznej, u ucznia tradycji zen w czasie sesshin, czy u mistyków i nauczycieli duchowych tej miary co Śri Ramana Maharishi, Śri Aurobindo lub Jezus. […] Takie podejście z konieczności zakłada też sądy wartościujące – a dokładnie założenie, że zjawisk transpersonalnych nie da się pogodzić z „normalnym funkcjonowaniem umysłu” i dlatego powinno się je zwalczać”.[6]

Współczesny świat pragnie zatem, jeśli nie zwalczać to, często na siłę, przypisać wszystkiemu, co niepojęte łatki i nazwy, aby było pozornie poznane i bliskie, albo namacalne i rzeczywiste, poprzez wcielenie tego w materialną, zmysłową część egzystencji. To zrobiono ze śmiercią, odzierając ją z ponadczasowego znaczenia, a o życiu zapomniano, że istnieje. 

Ponownie odwołam się do sztuki, jako idealnego nośnika ukrytych informacji – takich, których nie doszukamy się w świecie nauki, ani materialnym paradygmacie współczesnych, konsumenckich społeczeństw. Otóż to zatopienie w świecie materialnym może być interpretowane – i widząc to, co faktycznie dzieje się obecnie – jest szaleństwem. Dla brytyjskiej dramatopisarki Sary Kane całe społeczeństwo miotało się w okowach takiego obłędu. Materializm bowiem oznacza całkowite rozdarcie duszy od ciała. Skrajny dualizm. W swoich sztukach autorka obrazuje skutki takiego oddzielenia – zgubne dla człowieka, jako indywiduum. Pełne makabry sceny są nośnikiem smutnej idei o normalności, którą osiągnąć można jedynie poprzez śmierć. Tylko ona pozwala na cielesne, emocjonalne i umysłowe połączenie z samym sobą. 

Odnosząc to ponownie do kultur archaicznych, można śmiało rzec, że śmierć sprawuje tutaj podobną funkcję – wyzwolenia, oczyszczenia, jedności z sacrum. Lecz w przeciwieństwie do owych ludów nie jest ona naturalnym połączeniem z Jednią, a rozpaczliwym wyborem jednostki, która nie dostrzega w swoim świecie żadnej duchowości, zabitej przez skrajny materializm i zewnętrzne kolekcjonerstwo – zastępujące to, co można kolekcjonować, ale jako duchowe uzupełnienia egzystencji, by harmonijnie żyć – na granicy? 

Doświadczenie harmonijnego życia rozumiem równoznacznie z jego czystym odczuwaniem. Z pewnością istnienia, zarówno rzeczywistości namacalnej, jak i tej dostępnej tylko poznaniu intuicyjnemu, albo po części rozumowemu. Wtedy także śmierć, jako zjawisko uśmiercenia tej pierwszej części naszej egzystencji, nabiera całkowicie innego wymiaru. A właściwie, jak już fizyka kwantowa udowadnia – przenosi w ów inny wymiar, być może całkowitego połączenia, jak chciała Kane. 

Naukowiec David Bohm próbował przedstawić nowy obraz świata, jaki wyłaniał się z mechaniki kwantowej – to świat holistyczny, niepodzielny i zmienny – podlega procesom zarówno w obrębie materii, jak i świadomości człowieka. Z tymże fizyk widział dychotomię umysł-materia, jako elementy identyczne w ostatecznym rozrachunku:

Świadomość w znacznie większym stopniu przynależy do ukrytego porządku rzeczy niż materia… A jednak na głębszym poziomie (materia i świadomość) są w zasadzie nierozłączne i na stałe splecione, tak jak w przypadku gry komputerowej, gdzie gracz i ekran są połączeni poprzez uczestnictwo w tych samych działaniach. Z tego punktu widzenia umysł i materia to dwa aspekty jednej całości, równie nierozdzielne jak forma i treść.[7]

            Świadomość w każdej z możliwych interpretacji fizyki kwantowej umieszczona jest w samym centrum rzeczywistości. Jakie to ma konsekwencje dla życia pojedynczego człowieka i jego postrzegania oraz poznawania świata? Pozwala na dowolną transgresję, zarówno w obrębie zmysłowości (na czym tradycyjne pojęcie transgresji się opiera), intelektu, jak i w kierunku tajemniczych sfer sacrum, ukrytych poziomów własnej osoby, która w pewnym momencie się zaciera na rzecz całościowego poziomu świadomości – i dalej rzecz można ciągnąć w nieskończoność, ale zapewne już nie za życia, a właśnie po śmierci.

            Podsumowując, współczesny świat, choć zagubiony w materii, dostarcza wielu wiadomości z dziedzin czysto fizycznych i naświetla w ten sposób problem śmierci i życia, jako nieodłącznych elementów istnienia człowieka. Elementów, które w sposób nieunikniony i ciągły wpływają na stan naszej świadomości, a ona sama na postawę wobec nich. Jeśli zatem uświadomimy sobie przytoczone w niniejszej pracy fakty, wynikające z rozumowej (a później już, transgresyjnie, intuicyjnej) obserwacji rzeczywistości i siebie samych, śmierć oraz życie być może przestaną być pustymi sloganami, towarem na sprzedaż, a staną się tym, czym w istocie są – doświadczeniem świadomości.

http://www.vismaya-maitreya.pl/gfdgrhrthrth.jpg


~~*~~




[1] Kupony rabatowe zakładu pogrzebowego, Polskie Książki Telefoniczne. Wrocław 2010.
[2] M. Eliade, Traktat o historii religii, tłum. J. Wierusz – Kowalski, Warszawa 1993, s. 437.
[3] S. Weil, Świadomość nadprzyrodzona, tłum. A. Olędzka-Frybesowa , Warszawa 1999, ss. 327–328.
[4] A. Jodorowsky, The Holy Mountain, tłum. Luna, 1973.
[5] S. Weil, Świadomość nadprzyrodzona, tłum. A. Olędzka-Frybesowa , Warszawa 1999, s. 47.
[6] S. Grof, Obszary nieświadomości, tłum. A. Szyjewski, 1999, s. 213.

[7] A. Peake, Czy istnieje życie po śmierci?, tłum. R. Waliś, Warszawa 2007, s. 42.

sobota, 15 sierpnia 2015

Filozofia indyjska. Buddyzm 1.



 ~~*~~

Buddyzm

- narodziny, hinajana (mały wóz) i najstarsze nauki

            Doktryna buddyjska, w przeciwieństwie do Wed i nauk Mahabharaty – najstarszego, indyjskiego eposu heroicznego, zawiera ściśle filozoficzne uzasadnienie nauki o wyzwoleniu. Mimo zasadniczej niechęci wobec filozoficznych rozważań, buddyści stworzyli jeden z najważniejszych systemów przed Chrystusem w dolinie Gangesu. Ze względu na swą odrębność od tradycji wedyjskiej, buddyzm i jego sekty są heterodoksyjnymi naukami indyjskimi. Ale błędem byłoby traktowanie ich, jako przeciwieństwa ortodoksji. Hindusi, jako naród szczególnie zdolny do syntez i posiadający wrodzoną niechęć do gwałtownych podziałów rzeczy i nauk, z reguły nie widzieli odłamów swojej filozofii i religii, jako herezji.
            Według świetnego badacza Ericha Frauwallnera, buddyzm zajmuje miejsce pośrednie między Upaniszadami a doktrynami eposu. Ewidentnymi źródłami i fundamentami nauk Buddy są Upaniszady i ich wizja Duszy Świata oraz roli atmana (legenda Jadżniawalkji). Należy również dodać, że buddyzm nigdy nie miał aspiracji do stania się filozofią. Skupia się tylko i wyłącznie na praktycznej drodze do osiągnięcia wyzwolenia z kręgu narodzin i śmierci. Ponadto cała doktryna, którą głosił Budda nie od razu (i nigdy) nie była całością. Rozwój nauczyciela Gautamy od jego przebudzenia pod drzewem pipal, aż do śmierci, był równoczesny z rozwojem myśli filozoficznej. Innymi słowy, rozwój duchowy Buddy stworzył ów system. Także przekształcenia i odłamy buddyzmu, powstałe po jego śmierci, mają charakter ewolucyjny dla samej nauki, co postaram się zobrazować. Chcę przez to powiedzieć, że nie powinno się patrzeć na buddyzm jako część, kawałek, a raczej ujmować go historycznie, jako pewną drogę, która również dzisiaj się rozwija (jako system) oraz drogę, która jest tylko powiększonym obrazem indywidualnej drogi duchowej każdego człowieka. Buddyzm sięga w pewnym momencie bardzo głęboko tej drogi. Opisuje procesy i światy bardzo abstrakcyjne i dlatego w swojej ostatecznej formie, można powiedzieć, że jest – przez etyczność i praktyczność - zarówno drogą dla każdego, jak i tylko dla wtajemniczonych…
           
Proces rozwoju buddyzmu jest […] podobny do ewolucji wielkiej religii Zachodu, chrześcijaństwa. Podobnie jak w buddyzmie, również w okresie pierwotnego chrześcijaństwa wyłożona w dobitnym tonie Ewangelia nie zawiera żadnej obszernej, sztywnej i dogmatycznej formuły. […] Wyłożona z płomiennym uniesieniem Dobra Nowina początkowo wywarła wpływ na najszersze kręgi. Kiedy potem rozpoczął się okres sporów ideologicznych, chrześcijaństwo, nieskrępowane skostniałymi formułami, mogło na swoim gruncie podjąć walkę z antycznym światem myśli.[1]


            Buddyzm (i podobne doktryny ortodoksyjne) powstał w ośrodkach kultury miejskiej. Elitą tamtego społeczeństwa religijnego byli wędrowni asceci, uznawani za heretyków w bardziej ortodoksyjnych kręgach. Głosili zasadę niedziałania, umartwiania ciała, surową ascezę, a także często ateizm (choć myślę, że badacz zachodni nie może być tego nigdy pewny i w ogóle takie słownictwo w odniesieniu do Indii może być nietrafione). Wierzono w istnienie bezosobowej zasady kosmicznej, utożsamionej z przeznaczeniem.


            W Indiach buddyzm nazywany był sasana (praktyka, porządek) lub dharma (to wieloznaczne pojęcie oznacza ostateczną rzeczywistość i jej prawa, zjawiska; to drugorzędna przestrzeń, ośrodek ruchu). Jego odkrywca to Budda, historyczna postać pochodząca z rodu Siakjów – Gautama Siddhartha. Historia oświecenia Buddy jest popularna i nie będę jej tu przytaczać, wspomnę tylko, że zauważyłam w niej wiele zbieżności z historią Jezusa, co potwierdza powyższe porównanie buddyzmu do chrześcijaństwa. Budda na przykład, niczym Jezus na pustyni, siedział przez 49 dni pod drzewem, gdzie kusił go Mara – duch zmysłowej rozkoszy.
            Na drodze skrajnych doświadczeń (dostatku i głodu, bogactwa i wiedzy, wyciszenia i zabawy) doszedł do ostatecznej prawdy życiowej, znanej na przykład z doktryny stoików – złoty środek we wszelkim postępowaniu jest odpowiednią postawą, zapewniającą spokój i harmonię życia, a także pozwalającą na osiągnięcie wyzwolenia.
            Po wygłoszeniu pierwszego kazania w Banaras, Budda założył zespół mnichów ubranych w żółte, zakonne szaty oraz wspólnotę mniszek. W czasie wędrownego nauczania Budda, tutaj w przeciwieństwie do Jezusa, nie dokonywał wielu cudów:

Kiedy pewna kobieta, zrozpaczona po śmierci swego syna, dowiedziała się, że Budda jest w pobliżu, przyniosła do niego zwłoki dziecka, mając nadzieję, iż mistrz przywróci mu życie. On jednak powiedział jej, by najpierw poszła do pobliskiego miasta i przyniosła garść ziarna gorczycznego z takiego domu, gdzie dotychczas nikt nie umarł. Chodziła od domu do domu, ale oczywiście nie mogła znaleźć takiej rodziny, aż wreszcie zrozumiała nieuchronność śmierci i smutku i została mniszką.

            Ten bardzo ciekawy kontrast – Jezus dokonujący cudów, udowadniający swoją moc i Budda wystrzegający się działań, aby wzbudzić poczucie akceptacji losu – polecam do kontemplacji i przemyślenia. Różnice Zachód – Wschód? Odmienne postawy nauczania odpowiednie do owych miejsc?



            Nauki Buddy przekazywane były ustnie, dopiero po jego śmierci istotne stało się ich spisanie, jednak ze względu na wielość odłamów i sekt buddyjskich, każda miała swoją wersję najważniejszych tekstów.
            Za kanon uznaje się Tripitakę (Trójkosz; teksty spisywano na liściach palmowych i przechowywano je w koszach):



            Po śmierci Buddy zaistniało osiemnaście szkół buddyjskich, różniły się pomiędzy sobą bardzo małymi szczegółami w doktrynach. Najstarszą doktrynę zachowała szkoła Theravadów i jest ona jedyną do dziś istniejącą. Przechowuje nauki pochodzące bezpośrednio od Buddy. Według Theravadów oświecenie można osiągnąć w jednym żywocie, kierując się nauką Buddy o Czterech Szlachetnych Prawdach i pracując nad swoją postawą arhanta.

Pozostałe szkoły dzieliły się na analityczne, bardziej przyrodnicze oraz głoszące panrealizm w stylu sarvastivadinów (zawsze istnieje). Doktryny wywodzące się od sarvastivadinów (mulasarvastivada, sutrantika, wajbaszika –różniły się w dyscyplinie klasztornej) to szkoły hinajany, czyli tzw. małego wozu.

            Określenie hinajana dla kilku wczesnych szkół buddyzmu oznacza, że skupiają się one na świadomości jednostkowej oraz wyzwoleniu dostępnym tylko dla mniejszości. Wiąże się z tym pojęcie arhanta, istoty oświeconej, wyzwolonej z labiryntów świadomości, dla której owe oświecenie jest celem ścieżki. Określenie hinajana pochodzi z pism oponentów ostatniej ze wczesnych szkół – Mahasamghiki („większość”), będącej postawą mahajany (wielkiego wozu).


            Podstawowe, pierwotne założenia buddyzmu:


* Buddyzm to bezpośrednie przeżycie, droga jogi, praktyka. Wymaga religijnej ufności, ponieważ niezależnie od przeszkód, niewiedzy i wątpliwości trzeba wierzyć, że praktyki przyniosą duszy wyzwolenie.
* Cały wszechświat jest cykliczny, istnieje transmigracja, sansara. Co ciekawe w buddyzmie wschodnim (chińskim i japońskim; chan i zen) interpretuje się to metaforycznie, jako stany emocjonalne i psychiczne (czyli ponownie: makrokosmos w mikrokosmosie i ich wieczny taniec).
* Karma – jest niesiona przez strumień świadomości (brak osobowego JA po śmierci!). W tradycji tantrycznej przenosi się karmę w sferę symboliczną i mikrokosmiczną zjawisk – np. śmierć symboliczna, procesy inicjacyjne.
* Szóstym zmysłem człowieka jest MYŚL.
* Życie to dukkha (smutek, cierpienie, niezadowolenie, przykrość).
* Cel à wyzwolenie, czyli wyrzeczenie się pragnienia i osiągnięcie poznania wyzwalającego (to wiedza o zaniku skaz).
* Wyzwolenie określane jest jako zgaśnięcie, nirvana (a nie unicestwienie). Stan wyzwolonego jest nieuchwytny.




·         Sposobami osiągnięcia wyzwolenia są: życie klasztorne, przestrzeganie nakazów i zakazów, ochrona zmysłów przed przywiązaniem, ćwiczenia pamiętliwości (ćwiczenia oddechowe), i świadomości (skupienie, uzyskanie poznania).
·         Czterostopniowa medytacja: samatha (pozostawanie w spokoju) i vipassana (wgląd w rzeczy takimi, jakie są).


* Nieorzekanie. Budda unikał wszelkich spekulacji filozoficznych oraz dotyczących duszy. To bowiem odwraca uwagę człowieka od celu – wyzwolenia i przywiązuje duszę do koncepcji i idei. Wymagał od uczniów ufności, ponieważ tylko na drodze własnej praktyki mogli mieć wreszcie wgląd w te prawdy, o które pytali, a o których Budda nie chciał mówić. Ta głęboka i szlachetna wiedza jest zatem możliwa do zrozumienia i odkrycia tylko dzięki swojemu rozwojowi.

Owa nauka, o Watso, jest głeboka, niełatwo jest w nią wniknąć i zrozumieć, jest dostojna, szlachetna, niedostępna dla myśli, subtelna, zrozumiała tylko dla mędrców; niełatwa do zrozumienia dla ciebie, który żywi inne poglądy, czym innym się zadowala, do czego innego jest przywiązany, w czym innym znajduje upodobanie i kroczy innymi ścieżkami.[…].[2]

Wszelkie koncepcje na temat duszy i świata Budda kwituje w taki sposób: ścieżka poglądów, gąszcz poglądów, dżungla poglądów, teatr poglądów, konwulsje poglądów i więzy poglądów, pełne cierpienia, pełne szkodliwości, pełne rozpaczy, pełne męki.


* Poznanie odbywa się poprzez zrozumienie praw rządzących światem, czyli przyczyny i skutku, dzięki wnikliwej, choć zdystansowanej obserwacji. Prawdy te Budda objawił w Czterech Szlachetnych Prawdach, których rozwinięciem i pełnią jest późniejsza Szlachetna Ośmioraka Ścieżka.


Cztery Szlachetne Prawdy przytoczone przez ks. A. Zwolińskiego w książce Wielkie religie Wschodu:
  1. istnieje powszechne, ludzkie doświadczenie cierpienia i bólu (dukkha), będące następstwem karmy;
  2. świadomość źródeł cierpienia, do których należą pragnienia niewłaściwych rzeczy lub przejawiające się w niewłaściwy sposób pragnienie właściwych rzeczy – głównym ludzkim problemem jest błędne wartościowanie;
  3. przekonanie, że cierpienie może ustać po zniszczeniu pragnień;
  4. przyjęcie drogi do zbawienia (ośmiostopniowa ścieżka).

Innymi słowy należy uświadomić sobie, że cierpimy, że co dzień doświadczamy uczucia żalu, rozgoryczenia, jesteśmy zdenerwowani i rozczarowani – nawet i szczególnie w małym stopniu, przy delikatnych, subtelnych sprawach. Często ludzie uważają swoje uczucia niezadowolenia i zdenerwowania za normalne, że to normalne być rozgoryczonym, bo np. nasze plany się nie spełniły. Jeśli jednak przyjrzymy się swoim uczuciom, nagle uświadomimy sobie, że to po prostu nasze podejście jest nieodpowiednie. I wystarczy zmienić nastawienie, a cierpienie nie będzie tak częste. Następnie dostrzegamy, że to właśnie jakiekolwiek pragnienie przynosi cierpienie i doskwiera nam brak czystości w życiu, brak bezinteresowności; wszystko polega na nieustannym przywiązywaniu się do rzeczy, uczuć, marzeń, myśli.
Do uwolnienia doprowadzić może posiadanie wartości, którymi zaczniemy kierować się w życiu – na każdej jego płaszczyźnie. Owe wartości wyrażone zostały w Szlachetnej Ośmiorakiej Ścieżce: słuszny pogląd, słuszne myślenie, słuszne słowo, słuszny czyn, słuszne zarobkowanie, słuszne dążenie, słuszne skupienie, słuszna medytacja. Ta ścieżka to po prostu wybór złotego środka, droga środkowa.



A teraz zastanówmy się jakie są w ogóle przyczyny uwięzienia duszy w kręgu narodzin i śmierci.

Wiadomo już, że to pragnienia, powodujące cierpienie. Powstają one poprzez kontakt zmysłów z przedmiotami i wywołane przez to uczucia, a te najbardziej wiążą świat zewnętrzny z naszą duszą. Zauważmy, że buddyzm uznaje myśl za szósty zmysł, a to oznacza, że wszystko, do czego się przywiązujemy myślami, intelektem, również powoduje pragnienia i niezliczone rodzaje cierpień i rozczarowań.

Albowiem to, co określa się mianem myśli lub umysłu lub też świadomości, powstaje i zanika ciągle na przemian dniem i nocą. Podobnie jak małpa, która wałęsa się po jakimś lesie, po jakimś gaju, chwytając jedną gałąź, puszczając drugą, to znów chwytając inną, tak samo ciągle na przemian w dzień i w nocy powstaje i zanika to, co określa się mianem myśli lub umysłu lub też świadomości.[3]

      Dodatkowo jednak powstawanie pragnień sprawia, że dusza błędnie mniema o sobie. Nie potrafi rozpoznać czym faktycznie jest. Wyzwolenie nie następuje w wyniku tego, że uświadamia się sobie istnienie prawdziwego „ja”, lecz wskutek tego, że wszystko to, co błędnie uważało się za „ja”, uznaje się za „nie-ja i w ten sposób uwalnia się „ja” od pragnienia.[4]

      Buddyzm wymienia pięć agregatów, które tworzą krąg wyobrażeń – to poprzez nie „ja” przywiązuje się do rzeczy. Określa się to mianem chwytania. Owe agregaty to: forma (ciało), uczucie, postrzeżenia, dyspozycje (stan umysłu) oraz świadomość.


Świadomość jest centralnym narządem psychicznym i jednym z sześciu elementów (ziemia, woda, ogień, wiatr, eter, świadomość), a zarazem jest jakby ponad nimi. Jest nosicielem koła wcieleń, jej powstanie powodują akty wolicjonalne i wejście do łona matki.


Za Frauwallnerem nasuwa się teraz pytanie: w jaki sposób poznanie mogło przynieść wyzwolenie, skoro niewiedza nie była przyczyną przywiązania? Dla wyjaśnienia wyprowadzono dwunastoczłonowy łańcuch przyczynowości, czyli powstawania zależności pomiędzy rzeczami:

Niewiedza (złudzenia indywidualności) --> dyspozycje (wyobrażenia, forma) --> świadomość à imię i forma (zespół psychiczno-materialny) --> sześć zmysłów --> kontakt --> uczucie --> pożądanie, żądza --> chwytanie, przywiązanie --> bytowanie, stawanie się --> narodziny --> śmierć, starość, dukkha.

Niewiedza, która prowadzi do mylnego przypisywania swojemu JA tych wszystkich cech i właściwości, sprawia, że człowiek zostaje uwikłany w krąg narodzin i śmierci. Poznanie i odpowiednie praktyki pozwalające na utrzymanie doskonale czystego stanu umysłu, pozbawionego przywiązania, doprowadzają zaś do rozpłynięcia w brahmanie (scalenia Ja). Tutaj pojawia się pojęcie pustki.

Oznacza ona brak własnej natury zjawisk, brak istnienia przejawień tych zjawisk wobec mnie. Bo gdy nie mamy pragnień i oczekiwań, obaw i projekcji względem danej rzeczy, zjawiska, tak też żadna rzecz i zjawisko nie mogą na nas wpłynąć. Nie mają one wtedy niczego poza tym, czym są, jako odrębne byty. 

Pustka to zarazem forma i zlepek pięciu agregatów, z których powstaje nie-ja. Jak wytłumaczyć ten paradoks? 

Otóż jeśli rzeczy, zjawiska, wszelkie zewnętrzne i wewnętrzne przejawienia nie posiadają żadnych odniesień w stosunku do mnie, tak też są jedynie formą, tworzącą przestrzeń. Wyobrazić to sobie można na przykładzie bluszczu, który nie wczepia się w drzewo, bo nie posiada włosków, które by mu to umożliwiały. Nie ma łącznika – nie ma relacji pomiędzy drzewem, a bluszczem. Są tylko formy. I przestrzeń pomiędzy nimi. Dopiero w tej przestrzeni dzieją się ważne rzeczy - od przyczyny i skutku, przez wysyłane własne myśli i słowa, aż po odwieczne prawa rządzące światem.


~~*~~
 cdn.


[1] E. Frauwallner, Historia filozofii indyjskiej, przekł. L. Żylicz, 1990, s. 248.
[2] Tamże, s. 236.
[3] Tamże, s.230
[4] Tamże, s. 206.