Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 lutego 2018

O tym, jak duchowość przenika muzykę - scena psytrance




O tym, jak duchowość przenika muzykę




Znalezione obrazy dla zapytania goa india psychedelic
Goa, Indie

         Siła dźwięku tkwi nie tylko w tym, że możemy się dzięki niemu komunikować oraz tworzyć (a więc wyrażać siebie i różne idee). Dźwięk umożliwia także bezpośrednie odczucie, przeżycie, wyłączone spod panowania słów, nieporozumień, przemyśleń. Można powiedzieć, że jest językiem kreacji, najbardziej podstawowym, bliskim naturze. A ta z kolei jest bliska rytmowi. Idea podążania za naturalnym rytmem świata (i wszechświata) znana jest nie tylko w najstarszych filozofiach „Wschodu” - azjatyckiej i hinduskiej – to też właściwość będąca częścią samego istnienia muzyki. Pozawala ona odczuć rozmaite stany owego naturalnego rytmu. Niejednokrotnie bawi się nim, szuka własnego, przekracza granice i je wyłamuje. Rdzeń pozostanie jednak ten sam i jest nim dźwięk, który zaprasza do eksploracji siebie, a poprzez to – eksploracji tego, co sobą niesie.

         Muzyka prezentujące stare wzorce, najbardziej pierwotne dla całej ludzkości, nigdy nie zaginie. Być może to właśnie wokół niej i dla niej powstają nowe gatunki. Owe stare wzorce to elementy dźwiękowe oparte na podstawowej duchowości człowieka. Osoby żyjącej blisko natury, w zgodzie z jej rytmem, a także ciekawą tego, co nad jej głową – ogromu kosmosu i jego nieprzewidywalnych wpływów na nasze życie. Archaiczne społeczności, religijność i filozofie oparte na takich wzorcach do dziś mocno grają w sercach wielu ludzi, nieustannie przechodzą ewolucje i do ewolucji zmierzają. Pulsują też (a może przede wszystkim) pod skórą młodych ludzi odkrywających muzykę i rezonują w ich głośnikach lub na słuchawkach. Nie są oparte na słownych etykietkach, filozoficznych broszurach, ani nawet fizycznych wyliczeniach, choć i w kontekście nauki można to opisywać. Te idee są jak dźwięk – do odczucia, do odebrania zmysłami. Są znacznie bardziej życiowe, bo jak dźwięk, celują prosto w życie – bez pośredników w postaci naukowych zwrotów.

       Ludzie na przestrzeni wieków w różny sposób poznawali te wewnętrzne odgłosy, które jak w starym amerindiańskim przysłowiu mówiły: „Kiedy słyszysz Głos, rozbierz się z całej swojej światowości i idź na szczyt Góry”. Taki Głos odkrywali choćby afroamerykanie i brzmiał on jak ich etniczne bębny, szamańskie, rytmiczne uderzenia wprowadzające w trans; co ewoluowało jako afrofuturyzm nie tylko w muzyce, ale i całej kulturze. Być może podobny Głos słyszeli pisarze Ameryki Południowej, buntując się przeciwko europejskim wzorcom literatury i doprowadzając do powstania gatunku nazwanego magicznym realizmem. Nie inaczej się dzieje w Polsce, która po wojnach i komunistycznej okupacji, skutecznie odcinających ją od wzorców znanych przez pradziadów, właśnie teraz przypomina sobie o prawdziwych słowiańskich korzeniach. Zaczynając od gruntu lingwistycznego, po prawdziwie rodzime symbole oraz światopogląd, który można nawet nazwać filozofią, ponieważ mieści się w nim ontologiczny status świata.

        Idąc tym tropem, powstanie w latach 60tych ruchu hipisowskiego również jest odezwą na pragnienie człowieka bycia bliżej naturalnego stanu. O ile w latach 60. i 70. ruch oddziaływał na wielką skalę, o tyle później zmienił nieco swój kierunek, także jeśli chodzi o kwestie muzyczne. Oczywiście najważniejszym elementem muzyki pozostał tu psychodeliczny styl bazujący na doświadczeniach z popularnym wówczas LSD. To substancja umożliwiła ludziom komunikację ze swoją świadomością i jej odkrywanie, a najbliżej tego kosmicznego rozmachu, ze wszystkich światowych filozofii, była filozofia hinduska. Jej metafizyczne poszukiwania, bogata kosmogonia i nadrzędny cel, jakim jest wyzwolenie ducha, idealnie wpasowały się w klimat wielkiego przebudzenia świadomości. Pielgrzymki do Goa w Indiach zaowocowały oryginalnym odrodzeniem kultury w latach 90tych, kiedy już wielkie bum psychodeliczne w USA zaniknęło, a niszowa muzyka pielęgnowała tam czuprynę Buzza z The Melvins i robił to też sam Kurt Cobain przed i po swoim komercyjnym sukcesie i w swoim narkotycznym kresie. 

        W Goa zaś powstała w tym czasie muzyka nazwana psytrance – z jednej strony korzystała z dawnego misterium estetyki psychodelicznej i orientalnej, z drugiej opierała się na nowej technologii, oferującej interesujące elektroniczne brzmienia. Twórcy owej muzyki, rozwijający kulturę DJ, inspirowali się także kosmosem – jego nieograniczoną i nieprzewidywalną siłą oraz dźwiękami, które wciąż można było odkryć i nadać im smakowitą otoczkę.

        Głównym celem powstania sceny psytrance był powrót do naturalnej jedności ludzi, która swoje odzwierciedlenie znajdowała w ideach ruchu/rytmu, ewolucji umysłu (tutaj wpływ miała technologia), spontanicznemu odczuwaniu życia poprzez dźwięki. Czucie muzyki odbywało się oczywiście w dużych skupiskach ludzi, społecznościach o podobnych światopoglądach. Dążyli, wzorem hinduskich nauczycieli duchowych, do opanowania myśli, oczyszczenia umysłu, a dzięki temu bezpośredniemu „dobraniu się” do swojej (i światowej, nieograniczonej) świadomości. To odbywało się bezpośrednio poprzez czucie w ciele i dostosowanie do rytmu wszechświata. Rytmu wygrywanemu oczywiście przez ambitnego Dj-a. Jego zadaniem była wartościowa wymiana energii z publiką, poderwanie jej do tańca i wyczucie momentów, w których należało zwolnić, przyspieszyć, wprowadzić słuchaczy w trans.

       Wszystko odbywało się w atmosferze święta, jedności, świątynnej atmosferze. Wśród hinduskich świętych symboli, wizerunków bóstw, jak choćby tańczący Śiwa, ćwiczeniu jogi na plażach Goa i innych uduchowionych czynności. Kiedy psytrance przeniósł się do Europy przeszedł jednakże stopniową ewolucję. Zacznijmy od tego, że to właśnie w Anglii pojawili się pierwsi przedstawiciele tej sceny. A to przecież Wielka Brytania okupowała przez wiele lat Indie – teraz sami zaczęli odkrywać indyjską duchowość, dopasowując ją do europejskich standardów i słów.

      Psytrance powędrował do Niemiec, Hiszpanii, Francji. Zaczęto tworzyć ogromne festiwale muzyczne, powstało pismo Mushroom oraz film Liquid Crystal Vision, który w ciekawy sposób obrazuje sposób myślenia o muzyce twórców sceny psytrance. Dla nich, jak i dla odbiorców, muzyka była najczystszym sposobem na przekaz idei o jedności ludzi ze sobą nawzajem, z całym kosmosem i ziemią. Poprzez muzykę uczestniczyli w wielkim święcie ludzkości, święcie tego, że... narodzili się na Ziemi. Propagowali globalną świadomość i czystość bezpośredniego obcowania z życiem. W słowach ludzi wypowiadających się w filmie słuchać wielki zachwyt nad całym ruchem, bezkrytyczną miłość do bycia w muzyce i szerzenia tej wizji na cały świat.
      
    Jednak jak to bywa ze wszystkim, co przekształca się masowo, również psytrance przeszedł przez sitko komercji. Scena stała się mniej ambitna – dj-e nie wykazują już takiej inwencji twórczej jak na początku, ich praca jest typową pracą dla zarobienia pieniędzy. Poza tym Internet skutecznie umożliwia każdemu ściągnięcie za darmo setów i składanek muzycznych. Klasyczne zespoły takie jak Infected Mushroom przeszły na stronę komercyjnej muzyki. A psytrance, który jakoś się zachował, żyje sobie w Internecie, tworzony przez bardziej ambitnych twórców, w mniejszych społecznościach i na indywidualną skalę. To można uznać za drugą falę sceny, choć jest to fala skierowana na całkowitą wolność – także od obcych symboli i wzorców, a więc siłą rzeczy scena stała się bardziej kameralna. Twórcy mogą czerpać inspirację z własnego doświadczania duchowości.

       Można to zaobserwować choćby w Polsce, gdzie pojawiły się małe festiwale proponujące nie tyle muzykę psytrance, ale wszystkie gatunki, które wyewoluowały na jej gruncie i z jej pomocą - full-on, psybient, psydubient, czy mroczny dark trance. Te gatunki skupione są na opowiedzeniu jakiejś historii, zabranie słuchacza w świat odpoczynku i relaksu, krainy fantastycznych wizji, albo tajemniczą podróż przez mrożące krew w żyłach historie. Najciekawszym z tych nowych gatunków jest według mnie psybient. Czerpie on bowiem muzyczną energię z dwóch pojemnych dźwiękowych stylistyk – psychodelicznej oraz ambientowej. A ambient jest muzyką w pewnym sensie... inteligentną. Zabierając nas na wycieczkę w psychodeliczne podróże pozwala umysłowi na tyle zrelaksować się, aby mógł on w indywidualny sposób odnaleźć siebie w globalnej świadomości i symbolach z każdego zakątka Ziemi.


      Wracając jednak do festiwali, które na małą lecz ambitną skalę, pozwalają tęskniącym za wolną wspólnotą ludziom oddać się kilku dniom świątecznej, leśnej zabawy. W Polsce w tym roku po raz pierwszy miał miejsce mały Festiwal L.A.S, a także GoaDupa – w Bieszczadach. Nie wolno zapominać też o organizowanych co jakiś czas koncertach w lokalach, choćby w Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku. Obserwując trzymającą się na uboczu nową scenę psytrance, można odnieść przyjemne wrażenie, że wreszcie znalazła ona swoje miejsce w nie tylko muzycznym świecie – ale też w świecie doświadczeń poza-muzycznych. Na własnej ziemi mamy możliwość uczestniczenia w kulturze w sposób bezpieczny i kameralny. I w taki chyba sposób obecnie pragniemy rozwijać się wewnętrznie – muzyka jest z nami w tym na każdym kroku i ewoluuje wraz ze świadomością ludzi.





Inne podobne posty:

piątek, 25 września 2015

Doświadczenie życia i śmierci




Doświadczenie życia i śmierci


Czas… któż mu się oprzeć zdoła […]
 Usługi pogrzebowe „Arka”,
z kuponem rabat do 10%.[1]

            Cywilizowany, współczesny świat także z najbardziej przerażającej dla człowieka sytuacji – śmierci – uczynił towar. Także, ponieważ to tylko konsekwencja postępującego na naszym globie konsumpcjonizmu i marnotrawstwa energii i wiedzy na sprawy mniej istotne dla życia jako takiego, a oczywiście dochodowe. Lecz jak z czegoś nieuchwytnego, bardzo prywatnego zrobić towar? Nie sądzę, żeby to było trudne pytanie – wszak i życie jest trudne do zdefiniowania; do zobaczenia go, jako istnienia w czystym stanie odczuwania, bycia. Problem polega właśnie na tej trudności definicji, czyli chęci przypięcia słowu, jakim jest życie, konkretnych etykietek i orzeczeń. Nikogo oszukiwać nie musimy, przecież każdy człowiek może po prostu poczuć czym jest życie i skoro żyje to i zastanawiać się dużo nie musi – wystarczy czuć. Najpierw filozofia, a za nią nieugięta nauka, próbowały jednak ukazać owe definicje – zarówno życia, jak i śmierci, w być może bardziej przystępnej ogółowi postaci. Taki już los człowieka, że jak Hilary z bajki Tuwima, nie widzi tego, co ma tuż przed nosem i chętnie opiera całą swoją egzystencję na wiedzy z drugiej ręki.

http://ayers.l.w.interiowo.pl/szablon_obrazki/kosa.JPG

            Pierwszym krokiem do uczynienia z życia i śmierci towaru, jest zatem zdefiniowanie tych stanów, uschematyzowanie ich, zbadanie. Następnie, droga wiedzie ku przemianie stanu w wydarzenie, co wynika już z samego schematu definicyjnego – wrzucenie w czasowość i określoną przestrzeń. Zobrazuję to na przykładzie społeczeństw tradycyjnych w porównaniu z cywilizacją współczesną. 

            Prymitywne w sensie technologicznym, ale nie duchowym, społeczeństwa, całe swoje życie opierały na rytualnych zabiegach, mających podtrzymywać żywotność nie tylko plemienia, ale i całej przyrody, a co za tym idzie – świata. Te rytuały, obrzędy, wszelka forma religijności, są dowodem na wielką ambicję owych ludzi, aby nieustannie podtrzymywać życie. Widzieli je jako stan, który nie tyle trzeba kontemplować (to przyszło z czasem), co ciągle aktualizować, podsycać. Nie musieli równocześnie zastanawiać się nad tym, czym właściwie to życie jest – było trwaniem, a także walką o przetrwanie, śmierć zaś zmianą stanu, którego następstwa mogły być szkodliwe lub pomocne dla innych (np. przemiana w upiora, albo pomocnego duszka…).

            Teoretycznie współczesny człowiek  nie musi walczyć o przetrwanie. W praktyce jednak poddawany jest ciągłej i męczącej walce o swoją pozycję w świecie. Wiąże się ona z materialnym aspektem naszej egzystencji, de facto na niej została oparta. Zapełniamy się wszystkim, co pochodzi z zewnątrz, bo czym innym karmić materię, jak nie inną materią? Pod pojęcie materii chciałabym podpiąć też mentalną i intelektualną sferę bytu, ponieważ duża część wiedzy, jak już wcześniej zauważyłam, zostaje po prostu zagarniana przez ludzi, bez żadnej krytyki i doświadczania, jako pewna i oczywista. 

            Materia związana jest z pewnym punktem, konkretną przestrzenią i czasem, czymś bardzo wpisanym w rzeczywistość i namacalnym. To czyni życie rzeczywistym; podtrzymywanie rzeczywistości życia w oparciu o materię. W przeciwieństwie do społeczeństw tradycyjnych, które aktualizowały ponadczasowy wymiar istnienia dzięki materii, dzięki wcieleniu – odgrywaniu mitów i spełnianiu obrzędów. 

            Co z samą definicją życia  w tak opisanej cywilizacji? Otóż, kiedy materia urzeczywistnia życie, ono jako takie – zanika, na rzecz niej samej. Jego jedynym wyznacznikiem mogą być wydarzenia, czyli to, co można wpisać w określone ramy, daty i godziny. Co za tym idzie – dodać do nich solidną porcję materii. Mamy zatem narodziny oraz śmierć – wielkie wydarzenia w życiu każdego człowieka. Celebracja tych dni wiąże się z ogromnym nakładem finansowym. Szczególnie ma się to do śmierci, skoro bowiem jest to wydarzenie jednostkowe dla danej osoby, trzeba tej materii sporo wyłożyć, aby zapisało się na stałe w egzystencji i na koncie bankowym. Narodziny są natomiast odnawiane co roku, jako huczne bardziej lub mniej, wspomnienie wydarzenia. Niewiele osób przeżywa je jako pewną aktualizację swojego życia, częściej jest to przystanek na drodze do nieuniknionej śmierci. 

            Zatem z wydarzeń o wiele łatwiej uczynić towar, niż ze stanów. W jakim stanie się znajdujemy? W niewielkim stopniu jest to czyste, odarte z kontekstów i etykiet, życie. Jeśli ono nie będzie czymś jasnym dla każdego człowieka, jak śmierć może zostać pojęta? I dlaczego przypisuję jej status stanu, w jakim wszyscy się kiedyś „znajdziemy”, a nie wydarzenia – po prostu śmierci, po której nie ma nic?

            Odpowiedzią znów jest materia. Gdy znika materia, znika życie, człowiek umiera – sposób myślenia typowy dla współczesnego mieszkańca Ziemi, choć zapewne nie zdaje sobie on z tego sprawy. Materializm jest czymś normalnym i zupełnie nieświadomym w wielu przypadkach. Utożsamiamy z ciałem cały nasz intelekt, podstawę wszelkiego bytu i „inteligencji”, nic więc dziwnego, że śmierć może być uznana za koniec istnienia człowieka. 

            Jednakże doświadczenie czystego odczuwania życia – poznanie czym ono w istocie jest – wyklucza działanie, często mylnego, lubiącego etykietki i schematy intelektu. Ujrzenie samego toru myślowego, jaki ukształtowała tak zwana cywilizacja, to swoista demaskacja owych schematów. Szczególnie tych, które bezwiednie nadajemy życiu i śmierci, przypisując im tylko materialną perspektywę. Zagubione bytowanie większości ludzi, na co wskazuje wysoka umieralność nie tylko z powodu chorób, ale i przede wszystkim z własnej ręki, jest wystarczającym dowodem na zgubność takiego paradygmatu. 

            Nie twierdzę bynajmniej, że gatunek ludzki zbłądził i słusznie doprowadza się do zagłady. Zapewne, skoro tak się stało, zyskaliśmy niebywałą szansę i możliwości, dzięki którym potrafimy przejrzeć ów system (lub systemy) zupełnie niepotrzebne do spokojnej egzystencji celebrowanej z dnia na dzień, jako stan, a nie jednostkowe wydarzenie, zwieńczone śmiercią – udekorowaną sztucznymi kwiatami i zdjęciem w trumnie.

            Powracając więc do czystego odczuwania życia – sprawia ono, że wszelkie intelektualne etykiety i zasady poznania odpadają, ustępując intuicyjnemu byciu. Kolejny przykład zderzający tradycyjne ludy z „cywilizowanymi”:

Jedna z głównych różnic, jaka oddziela człowieka kultur archaicznych od współczesności polega właśnie na tym, że człowiek nowoczesny nie potrafi przeżyć swego życia organicznego jako sakramentu (…)[2]

            Współcześni nie widzą powodu, by cokolwiek przeżywać jako prawdziwy sakrament, ale nieustannie zostają postawieni przed sytuacją, która odziera ich z człowieczeństwa. Taką sytuacją może być śmierć – punkt, z którego nie ma (teoretycznie) odwrotu, będący końcem istnienia i rzeczywistości. Jeśli jednak przyjrzymy się funkcji śmierci w społeczeństwach tradycyjnych, widać jasno, że wszelkie symboliczne umieranie miało na celu (ponownie) aktualizację życia – lecz tego wielowymiarowego, zakorzenionego w sacrum. Można powiedzieć, że otwierało to człowieka na nowe treści i formy życia duchowego. Symboliczna śmierć odziera z życia materialnego, intelektualnego, wręcz pozbawia osobowości, by taki człowiek (przechodzący inicjację) mógł odrodzić się w czystszej postaci.
            Podobne intuicje wykazują doktryny filozoficzne i religijne tak zachodnie, jak i wschodnie – w dużym uogólnieniu – co świetnie skomentowała Simone Weil:

Nie ma przymusu, który by kazał wierzyć umysłowi w istnienie czegokolwiek (subiektywizm, idealizm absolutny, solipsyzm, sceptycyzm; porównać Upaniszady, taoistów i Platona; wszyscy przyjmują tę postawę filozoficzną jako oczyszczającą). Dlatego też jedynym środkiem, jaki może nam zapewnić związek z istnieniem jest zgoda na nie […].[3]

            Motyw oczyszczenia obecny jest nie tylko w filozofii, religiach, kulturach archaicznych. Czy antyczne katharsis nie przypomina bowiem ulokowanej w sztuce możliwości śmierci naszego ego? Do dziś najróżniejsze dzieła literackie, malarskie, muzyczne, filmowe i teatralne, usiłują – jeśli tylko nie są zanurzone w materialnej kulturze zysku – pobudzić człowieka do refleksji nad własną egzystencją, a poprzez to inspirują do oczyszczenia i przekroczenia wewnętrznych granic. 

Najlepszym przykładem na taką rolę sztuki, a zarazem obrazem symbolicznej śmierci, będzie film Alejandro Jodorowsky’ego „Święta Góra”. Bohaterowie pragnący uzyskać nieśmiertelność, pod przywództwem Alchemika wybierają się na Świętą Górę, ale żeby tam wejść muszą poddać się całkowitemu oczyszczeniu. Przechodzą proces śmierci swojego ludzkiego Ja, wyzbywają się krzywdzących umysł „myślo-kształtów”, aby tuż pod masywem górskim dowiedzieć się, że wszystko jest iluzją, również ich egotyczne marzenia o nieśmiertelności. Co jest bowiem bardziej rzeczywistego, niż życie jako takie?

Uganialiśmy się za baśnią. Aż dotarliśmy do życia. […] Żegnaj, Święta Góro. Prawdziwe życie na nas czeka.[4]

http://deeperintomovies.net/journal/image08/holymountain3.jpg 

            To przekroczenie granicy własnych wyobrażeń postawiło bohaterów i wnikliwych widzów w doskonałej pozycji dystansu wobec życia i samych siebie. Można powiedzieć, że nastąpiła swoista wewnętrzna transgresja. Symboliczna śmierć, odsunięcie się od wszystkiego czym jesteśmy, dystans, przekroczenie. Gdzie znajdziemy się poza granicą? 

Tak pojmowana symbolika śmierci (póki co jako oczyszczenia, nie materialnego zniknięcia z padołu) wykracza poza ego i zbliża człowieka do sacrum. Sama chęć, otwarcie się na taką sferę jest już transgresją, jakiej człowiek może dokonać, wychodząc poza swoją strefę bezpieczeństwa (w umyśle). Dowodem na to są wszelkie doświadczenia transpersonalne odnotowane na gruncie mistyki, zmienionych stanów świadomości, nawróceń religijnych, praktyk medytacyjnych i innego rodzaju przeżyć duchowych, zmierzających do sakralizacji życia codziennego. Czyli życia w jego czystej istocie.

Nie bez przyczyny odważnie twierdzę, że to dowody na istnienie sacrum i możliwość jego doświadczenia, a raczej zbliżenia się i nieustannego odnawiania tej sfery w ziemskim życiu (czemu też służyła obrzędowość kultur tradycyjnych). Bowiem „to, co niepojęte, jest normą tego, co znane”.[5] Niestety nauka skutecznie dyskryminuje wszelkie stany wychodzące poza przeciętność, nie chcąc ich badać i zaakceptować ich istnienia, chociaż istniały i istnieją u wielu ludzi bez żadnych szkód, a nawet z wielkim pożytkiem dla owych osób i całego świata. Znakomity psycholog Stanislav Grof tak komentuje stan zjawisk transpersonalnych w oczach nauki:

[…] Każdy objaw tego typu był więc przez nich [badaczy – przyp. M.] określany jako psychotyczny, niezależnie od tego, czy występował u schizofrenicznego pacjenta, czy u osoby normalnej po zażyciu środka halucynogennego, spędzeniu kilku godzin w zbiorniku do deprywacji sensorycznej, u ucznia tradycji zen w czasie sesshin, czy u mistyków i nauczycieli duchowych tej miary co Śri Ramana Maharishi, Śri Aurobindo lub Jezus. […] Takie podejście z konieczności zakłada też sądy wartościujące – a dokładnie założenie, że zjawisk transpersonalnych nie da się pogodzić z „normalnym funkcjonowaniem umysłu” i dlatego powinno się je zwalczać”.[6]

Współczesny świat pragnie zatem, jeśli nie zwalczać to, często na siłę, przypisać wszystkiemu, co niepojęte łatki i nazwy, aby było pozornie poznane i bliskie, albo namacalne i rzeczywiste, poprzez wcielenie tego w materialną, zmysłową część egzystencji. To zrobiono ze śmiercią, odzierając ją z ponadczasowego znaczenia, a o życiu zapomniano, że istnieje. 

Ponownie odwołam się do sztuki, jako idealnego nośnika ukrytych informacji – takich, których nie doszukamy się w świecie nauki, ani materialnym paradygmacie współczesnych, konsumenckich społeczeństw. Otóż to zatopienie w świecie materialnym może być interpretowane – i widząc to, co faktycznie dzieje się obecnie – jest szaleństwem. Dla brytyjskiej dramatopisarki Sary Kane całe społeczeństwo miotało się w okowach takiego obłędu. Materializm bowiem oznacza całkowite rozdarcie duszy od ciała. Skrajny dualizm. W swoich sztukach autorka obrazuje skutki takiego oddzielenia – zgubne dla człowieka, jako indywiduum. Pełne makabry sceny są nośnikiem smutnej idei o normalności, którą osiągnąć można jedynie poprzez śmierć. Tylko ona pozwala na cielesne, emocjonalne i umysłowe połączenie z samym sobą. 

Odnosząc to ponownie do kultur archaicznych, można śmiało rzec, że śmierć sprawuje tutaj podobną funkcję – wyzwolenia, oczyszczenia, jedności z sacrum. Lecz w przeciwieństwie do owych ludów nie jest ona naturalnym połączeniem z Jednią, a rozpaczliwym wyborem jednostki, która nie dostrzega w swoim świecie żadnej duchowości, zabitej przez skrajny materializm i zewnętrzne kolekcjonerstwo – zastępujące to, co można kolekcjonować, ale jako duchowe uzupełnienia egzystencji, by harmonijnie żyć – na granicy? 

Doświadczenie harmonijnego życia rozumiem równoznacznie z jego czystym odczuwaniem. Z pewnością istnienia, zarówno rzeczywistości namacalnej, jak i tej dostępnej tylko poznaniu intuicyjnemu, albo po części rozumowemu. Wtedy także śmierć, jako zjawisko uśmiercenia tej pierwszej części naszej egzystencji, nabiera całkowicie innego wymiaru. A właściwie, jak już fizyka kwantowa udowadnia – przenosi w ów inny wymiar, być może całkowitego połączenia, jak chciała Kane. 

Naukowiec David Bohm próbował przedstawić nowy obraz świata, jaki wyłaniał się z mechaniki kwantowej – to świat holistyczny, niepodzielny i zmienny – podlega procesom zarówno w obrębie materii, jak i świadomości człowieka. Z tymże fizyk widział dychotomię umysł-materia, jako elementy identyczne w ostatecznym rozrachunku:

Świadomość w znacznie większym stopniu przynależy do ukrytego porządku rzeczy niż materia… A jednak na głębszym poziomie (materia i świadomość) są w zasadzie nierozłączne i na stałe splecione, tak jak w przypadku gry komputerowej, gdzie gracz i ekran są połączeni poprzez uczestnictwo w tych samych działaniach. Z tego punktu widzenia umysł i materia to dwa aspekty jednej całości, równie nierozdzielne jak forma i treść.[7]

            Świadomość w każdej z możliwych interpretacji fizyki kwantowej umieszczona jest w samym centrum rzeczywistości. Jakie to ma konsekwencje dla życia pojedynczego człowieka i jego postrzegania oraz poznawania świata? Pozwala na dowolną transgresję, zarówno w obrębie zmysłowości (na czym tradycyjne pojęcie transgresji się opiera), intelektu, jak i w kierunku tajemniczych sfer sacrum, ukrytych poziomów własnej osoby, która w pewnym momencie się zaciera na rzecz całościowego poziomu świadomości – i dalej rzecz można ciągnąć w nieskończoność, ale zapewne już nie za życia, a właśnie po śmierci.

            Podsumowując, współczesny świat, choć zagubiony w materii, dostarcza wielu wiadomości z dziedzin czysto fizycznych i naświetla w ten sposób problem śmierci i życia, jako nieodłącznych elementów istnienia człowieka. Elementów, które w sposób nieunikniony i ciągły wpływają na stan naszej świadomości, a ona sama na postawę wobec nich. Jeśli zatem uświadomimy sobie przytoczone w niniejszej pracy fakty, wynikające z rozumowej (a później już, transgresyjnie, intuicyjnej) obserwacji rzeczywistości i siebie samych, śmierć oraz życie być może przestaną być pustymi sloganami, towarem na sprzedaż, a staną się tym, czym w istocie są – doświadczeniem świadomości.

http://www.vismaya-maitreya.pl/gfdgrhrthrth.jpg


~~*~~




[1] Kupony rabatowe zakładu pogrzebowego, Polskie Książki Telefoniczne. Wrocław 2010.
[2] M. Eliade, Traktat o historii religii, tłum. J. Wierusz – Kowalski, Warszawa 1993, s. 437.
[3] S. Weil, Świadomość nadprzyrodzona, tłum. A. Olędzka-Frybesowa , Warszawa 1999, ss. 327–328.
[4] A. Jodorowsky, The Holy Mountain, tłum. Luna, 1973.
[5] S. Weil, Świadomość nadprzyrodzona, tłum. A. Olędzka-Frybesowa , Warszawa 1999, s. 47.
[6] S. Grof, Obszary nieświadomości, tłum. A. Szyjewski, 1999, s. 213.

[7] A. Peake, Czy istnieje życie po śmierci?, tłum. R. Waliś, Warszawa 2007, s. 42.

sobota, 29 sierpnia 2015

Filozofia indyjska. Recepcja i wpływ na świadomość.



 ~~*~~

Filozofia indyjska i jej recepcja 

oraz miejsce w historii myśli ludzkiej

(podsumowanie)


            Światopogląd indyjski – bo nie chcę uparcie nazywać całości filozofią – skupia się na rozbudowanej koncepcji metafizycznej i kosmologicznej, która w toku ewolucji przybrała swój ostateczny kształt, znany po dziś dzień. W takim tez kształcie – różnych przekształceń wedanty – oddziałuje także na Zachodzie od XVIIIw. 

            Tworzone w epoce romantyzmu filozofie Europy, zostały przecież ukształtowane z wielkimi wpływami filozofii indyjskiej: o bezosobowym absolucie, jako sile aktywnej w życiu i jaźni człowieka, a przede wszystkim o iluzji, jaką jest świat materialny i wszelkich naszych zależnościach od materii. To z pewnością poszerzyło europejski sposób rozumowania, będąc zarazem przyczyną uwikłania „nas” w pewien podskórny pesymizm, co do działań na rzecz „ducha” i jeszcze większą dualność świata materii i ducha. Materii, która nie tyle jest złudzeniem, co stała się więzieniem, nieuchronną istotą życia. Domem bez okien. I jak w platońskiej jaskini – bez wiedzy o tym, że te okna można wstawić.

            W takim pozornym dualizmie rzeczy – myśli indyjskiej i europejskiej – tkwi według mnie siła. Siła wypływająca z umiejętności syntezy oraz wydobywania z różnic wiedzy na temat sposobu funkcjonowania własnego umysłu. Bo właśnie takie korzyści płyną z poznania filozofii – każdej z kultur. Poszerza nasz sposób rozumowania i, co najważniejsze, pokazuje miejsca, które zostały wplątane w schematy. 

            Nie sposób bowiem ukryć, że zachodnie rozumowanie rozwijało naszą rodzimą kulturę od zarania dziejów. Filozofia polska była przeważnie bardzo schematyczna i niewiele własnych tworów wydała na świat. A jednak zawsze miała pewną ukrytą dążność do łączenia innych doktryn i dostrzegania w nich podobieństw oraz różnic. Myślę, że naszym atutem jest umiejętność patrzenia na rzeczy z dystansu – i chodzi mi tylko i wyłącznie o sposób rozumowania filozoficzny. Bowiem jesteśmy „na środku” nie tylko geograficznie, ale i mentalnie oraz nie możemy nazwać się Zachodem i gonić w jego kierunku, bo jak widać – to nie przynosi pożądanych rezultatów; ani nie możemy nazwać się Wschodem, bo do Wschodu nam daleko i można wnosić, że jego siła tkwi szczególnie w duchowości, nie zaś w rozwoju materialnym przyszłości (nie jest zatem możliwością na drodze urealniania duchowości).

            Ów rozwój polskiego filozofowania (i filozofowania w ogóle) widzę w pielęgnowaniu niezależności myśli, chęci i odwagi wykraczania poza schematy, badania nowych dróg i poszerzania własnej świadomości tak, by ująć nią coraz to większe obszary – od materialno-fizycznych, przez psychiczne, po duchowe – i każdy z tych obszarów traktować z takim samym dystansem i krytycyzmem, aby iść tylko za prawdą potwierdzaną przez swoje doświadczenie wewnętrzne.


 ~~*~~


niedziela, 23 sierpnia 2015

Filozofia indyjska. Epos i początki jogi.



Filozofia eposu i joga


            Powstanie ludowego eposu heroicznego Indii – Mahabharaty­ – miało miejsce przed rozwojem buddyzmu i dżinizmu. Pochodzi on ze staroindyjskiej epoki rycerskiej i zawiera dalszy ciąg myśli wedyjskiej. Wraz z eposem rozwijał się hinduizm, czerpiąc z jego poszczególnych fragmentów (głównie Bhagawadgity) inspirację i potwierdzenie wiary.

Mahabharata ukazuje bratobójczą walkę między przedstawicielami tego samego staroindyjskiego rodu książęcego. […] Ten olbrzymi zbiór zawiera też liczne teksty filozoficzne. Bhagawadgita, „Pieśń Wzniosłego” jest najsławniejsza spośród owych tekstów i została wpleciona w szczególnie sugestywny fragment eposu. Kiedy obie armie zwaśnionych przedstawicieli rodu książęcego stoją naprzeciw siebie, gotowe do rozstrzygającej bitwy, Ardżuna, jeden z najsławniejszych bohaterów, dostrzegając w szeregach przeciwnika licznych swoich krewnych, waha się podnieść broń przeciwko nim i wyjawia to swemu woźnicy, Krysznie. Ten zaś, będący wcieleniem najwyższego boga Wisznu, zaczyna rozpraszać jego wątpliwości i przekazuje mu szereg pouczeń i objawień.[1]


            Epos był źródłem teoretycznej podbudowy religii indyjskiej, a mianowicie ortodoksyjnych systemów filozoficznych: sankhji i jogi, mimansy i wedanty oraz wajsiesziki i njaji. Najwcześniejsza jest joga, która ze względu na jej praktyczność, uznawana jest za metodę uniwersalną. Po eposie spotkać ją można w buddyzmie, potem w sankhji.


      Joga


            Mokszadharma jest bardziej znaczącą pod względem filozoficznym częścią Mahabharaty. To tekst pouczający o sposobach osiągnięcia wyzwolenia. Tutaj mamy zaczątki myśli, która później rozwinie się jako sankhja, dotyczące pięciu elementów, atmana – najwyższej istności i jego przykuciu poprzez zmysły do koła żywotów.

Tak jak w lustrze spokojnej wody widzi się okiem własną postać, tak samo, gdy zmysły są uspokojone, postrzega się za pomocą świadomości jej przedmiot. I tak, jak w zmąconej wodzie nie widzi się już własnej postaci, tak samo również przy niespokojnym stanie narządów zmysłowych za pomocą świadomości nie postrzega się już jej przedmiotu.[2]

            Stąd bardzo łatwo było do powstania sposobu na powściągnięcie zmysłów i wszelkiej aktywności ciała, aby pozwolić umysłowi na czysty ogląd rzeczywistości, a następnie skierowanie świadomości w stronę wyższego poznania. 

            Joga (yuj – kontrola, jarzmo, zjednoczenie, połączenie) to dążenie do osiągnięcia poznania wyzwalającego poprzez systematyczne ćwiczenie ciała i ducha na drodze wewnętrznej koncentracji, poprzez bezpośrednie widzenie i przeżycie. Liczy się doświadczenie własne, które jogin przeżywa medytując, przekraczając granice pomiędzy ja i nie-ja, pomiędzy schematem umysłu, a jego całkowitą wolnością oraz momentem, w którym myślenie zanika. 

            Joga w najbardziej pierwotnej odsłonie była ściśle związana z ascezą i kojarzona z medytacją oraz pozycją lotosu. Tak praktykowano ją wśród ascetów i buddystów, a Tantry Jogi Najwyższej zajmowały się przepływem delikatnych kanałów energii w ciele. Z biegiem czasu tradycyjna joga przekształciła się w ćwiczenia wymuszające ów przepływ energii lub odblokowujący go. Wiąże się to z tym, że praktyka jogiczna stała się bardziej popularna i człowiek nieobeznany z ascezą i naukami hinduskimi nie miał odpowiedniej wewnętrznej podbudowy dla swoich ćwiczeń. 

            Rdzeniem jogi jest jednak ascetyczne, skromne życie, powściągliwość zewnętrzna i wewnętrzna oraz – co szczególnie wypływa z Upaniszad (Hymn Siandilji)mistyka, głębokie doświadczenie duchowe.






            Joga jest najbardziej mistyczną częścią myśli indyjskiej. Niezgłębioną tajemnicą, najwyższym zjednoczeniem, które pojąć można jedynie na drodze własnego przeżycia. Uwolnienie zmysłów od ich przedmiotów, uspokojenie umysłu, to stan do jakiego dążą jogini, poprzez medytację, studia, prawdomówność, skromność, prostolinijność, cierpliwość, czystość, uczciwość. Muszą ominąć wszelkie przeszkody swoim spokojem i wytrwałością. Joga jest praktyką bardzo wewnętrzną i nawet jeśli współcześnie przybrała formę zwykłych ćwiczeń fizycznych, to tak naprawdę proces zjednoczenia i budzenia atmana dzieje się nieprzerwanie, samoistnie. 

            Tajemniczość obcowania z Bogiem, o którym niewiele się mówi, a jednak jest on obecny jako przedmiot kontemplacji, to subtelne poznanie najwyższej prawdy. Takiej, o której się nie mówi. Równocześnie joga, jako metoda tantryczna, to taniec z energiami, których świat otwiera się przed joginem, wytrwale utrzymującym swoją Łączność z… .




W następnym poście teoretyczna strona jogi - system sankhji.



[1] E. Frauwallner, Historia filozofii indyjskiej, przekł. L. Żylicz, 1990, s. 133.
[2] Mahabharata, XII, 205, w. 2-3.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Filozofia indyjska. Buddyzm 2.



 ~~*~~

Buddyzm

- wielki wóz, Diamentowa Droga, tantra, bohater oświeconego umysłu


W tej przestrzeni pomiędzy obiektem obserwacji, a subiektem, gdzie nie ma przywiązania do rzeczy – są tylko ich formy, w tej buddyjskiej pustce, można rozwijać prawdziwe umiejętności duchowe. Co to oznacza? Otóż nie tyle, dojście do wyzwolenia i utrzymywanie tego stanu, co praca na rzecz innych istot, całego świata i wszechświata, co jest też kolejnym krokiem na buddyjskiej ścieżce. W toku rozwoju bowiem i wyłonienia się mahajany (wielkiego wozu), nastąpiła potrzeba oświecania coraz większej ilości ludzi. Wynikła ona przede wszystkim z możliwości ku temu. Człowiek osiągnąwszy umiejętności duchowe, mógł być mistrzem i przykładem dla wielu innych, ułatwiać im drogę do wyzwolenia i oferować ku temu konkretne metody.

Postawę takiego przebudzonego człowieka, który z miłością ofiaruje się innym nazwano bodhisattwabohater umysłu oświecenia. Rozwija on transcendentalne cnoty, wyzwalające aktywności doskonałości duchowej, zwane paramity: szczodrość, moralność, cierpliwość, radosny wysiłek (gorliwość), medytacja (skupienie), mądrość.

Buddyści wielkiego wozu interpretowali istnienie bodhisattwów, jako przejawów potężnego Ducha Świata (Pierwszy Budda, Mądrość, Duch Świata, Próżnia, Pustka, Prawda). Przejawia się on w tzw. trzech ciałach Buddy:
Ciało istotne
Ciało chwalebne
Ciało stworzone

Nauki rozwijane były przez dwie główne szkoły madhajany:




   Poza Indie

            Szkoły mahajany są najpopularniejszymi odłamami buddyzmu, również poza Indiami, bo rozprzestrzenił się on po całej Azji, mieszając z miejscowymi religiami i sektami. Tak powstało chińskie chan, japońskie zen. Tutaj warto zatrzymać się na chwilę i wspomnieć o koanach („publiczny przypadek”), czyli paradoksalnych formułach, których wypowiadanie miało pomóc praktykantowi w oczyszczaniu umysłu i wyjścia poza wiedzę konceptualną, poza schemat, błędne wartościowania (dobre-złe, czarne-białe). Mistrzowie rinzai (zen klas wyższych) zadają pytanie lub dziwaczne zdanie swoim uczniom, a ci muszą, udzielić na nie odpowiedzi jednym słowem. Aby tego dokonać trzeba oczyścić umysł i nauczyć się nie myśleć. Przykładowe koany:

„Kiedy klaszczesz dwiema dłońmi, powstaje dźwięk. Teraz posłuchaj dźwięku jednej klaszczącej dłoni”.
„Jaki dźwięk mają skrzypce bez strun?”
Ciekawych zachęcam do książki chińskiego mistrza chan „Bezbramna Brama” (/”Brama do pustki”), z wieloma koanami i komentarzami do nich.

Wracając do pozostałych, wykraczających poza Indie, odsłon buddyzmu, wymienić należy: koreańskie son, Tendai, Shigon oraz buddyzm tybetański, który jest najdoskonalszą formą buddyzmu i wprowadza go w kolejną fazę rozwoju, jeszcze bardziej metafizyczną niż poprzednie – poprzez Tantry Jogi Najwyższej.


 Wadżrajana

            Wadżrajana (II w. n.e.) to nazwa ostatniej ze doktryn buddyjskich. Nazwę tłumaczy się jako Diamentowa Droga, Droga Niezniszczalnego, Droga Gromu; grom oznacza siłę magiczną i odwołuje do niezniszczalności posiadającego ją jogina. Inne nazwy tego odłamu to tantrayana, ponieważ podstawą są pisma o energiach tantry, lub mantrayana, ze względu na ważną rolę mantr w praktyce. Ta rola łączy się z najstarszymi indyjskimi doktrynami o wielkiej sprawczej mocy słów i dźwięku.

            Wadżrajana to bezpośrednie doświadczanie natury rzeczywistości, doskonałej obecności. Dominuje w niej żeńska symbolika energii seksualnej oraz przekonania, że dharmakai, trzecie ciało Buddy, można osiągnąć za życia. Celem praktyk jest integracja duszy i ciała, poczucie pełni, urealnienie duchowości. Ważne elementy nauczania to przekaz Mistrza, linia przodków, tradycji, co wiąże buddyzm tybetański ze wszelkimi formami mistycyzmu, gdzie istnienie Mistrza, przewodnika, jest istotnym punktem drogi duchowej. Stanowi żywy kontakt z oświeceniem.

            Praktykujący tka swe najwyższe zjednoczenie, czyli zajmuje się Tantrami Jogi Najwyższej.
 Amuttara (najwyższa) Joga (yuj – łączyć, zjednoczyć) Tantra (sieć, tkać, kontynuować) = tkanie najwyższego zjednoczenia, którym jest subtelny stan obecności (zwany Przejrzyste Światło). Tantry przebiegają w dwóch etapach:
  1. Faza budująca (Ciało Iluzoryczne, budowane poprzez pracę z subtelnymi kanałami energii w ciele)
  2. Faza spełniająca (Ciało Iluzoryczne łączy się z Przejrzystym Światłem).


Tradycja buddyzmu tantrayany rozpoczyna się w VIII w. w Tybecie; w 775r. powstał pierwszy klasztor Samye.


I NINGAMA (tradycja starożytnych przekazów):

- termy („ukryte skarby”) – teksty buddyjskich nauk:
*termy ziemi (Sa Ter)
*termy umysłu (Gong Ter)
*termy Czystych Wizji

- czerpanie z religii bon (~1800l.p.n.e., religia Jungdrung Bon = szamanizmm, nauki od Buddy Tonpy, termy + buddyzm indyjski)

- dzogczen („wielki szczyt” = buddyzm tybetański + religia bon): nauki umysłu, przestrzeni oraz tajemnych pouczeń, które są podzielone na cztery cykle nauk o TONGAL (postępie):
* postęp wewnętrzny
*postęp zewnętrzny
*postęp sekretny
*nintik (esencja serca)

- skutkiem praktyk jest terkcio = przebicie się, doznawanie „czystej obecności”

- ćwiczenia tsalung (tsa – kanał energii, lung – wiatr, prana) – to ćwiczenia fazy spełniającej Jogi Najwyższej, zjednoczenia Ciała Iluzorycznego.

- bardo = stan pośredni po śmierci przed świadomym odrodzeniem, kiedy to następuje wybór Ciała Emanacji (ciała po odrodzeniu).

- rigpa = pierwotna obecność, stan rozumienia, wiedzy, braku przywiązania, świadomości, wyjście poza dualizm subiekt – obiekt.



Buddyjskie Drzewo Schronienia





II SARMA (nowożytne przekazy)

- Sakja (klasztor, rodzina Khon)
- Kagu (linia czterech przekazów tantrycznych, Tilopa; Karma Kagu, Karmapowie)
- Kadam à Gelug (system szlachetności): stan oświecenia = współzależność, zjednoczenie prawd konwencjonalnej i ostatecznej, synteza sutr i tantr (Congkhapa).
- Dzionang
- Szingon (Japonia): „prawdziwe słowa”, prawda wyrażona w słowach, ich moc sprawcza.
- Tantry: kija, earja, jogi, jogi najwyższej.
- mahamudra – realizacja unii mądrości, pustości, „wielka pieczęć”.




            Podsumowując, praktyka tantryczna zawiera:


  • Indywidualne wyzwolenie, nakazy i metody stosowne do ucznia i jego poziomu rozwoju duchowego
  • Ślubowania
  • Przekaz lamy (mistrza)
  • Schronienie w Zakonie, konkretnym klanie i tradycji
  • Inicjacje
  • Kalendarz księżycowy (święta buddyjskie, jak Loar – Tybetański Nowy Rok, festiwal Monlam).



Jaki obraz wyłania się z takiej historycznej prezentacji buddyzmu?

 Jest to doktryna bardzo głęboka, a zarazem prosta, jeśli tylko zostanie odebrana w odpowiedni sposób. A to oznacza faktyczną i szczerą kontemplację nad jej naukami. Taka kontemplacja nie tylko zawierać powinna namysł nad danym słowem czy przekazem Buddy, ale przede wszystkim obserwacje i doświadczanie tego we własnym życiu, a przez to zrozumienie jej w pełni. To zaś prowadzi nas dalej, w coraz bardziej rozległą przestrzeń. Mówi się o buddyjskiej pustce, ale na niej przeważnie ludzie się zatrzymują. Buddyzm bowiem daje realne metody i sposoby działania w tej przestrzeni, wychodzenia poza kolejne granice i pozwala nam brać udział w tym tańcu rzeczywistości. W swojej ostatecznej formie, stawia człowieka w miejscu, z którego może on tworzyć swoją rzeczywistość, obserwować i podejmować świadome decyzje także po śmierci. Człowieka widzącego w dosłownym rozumieniu tego słowa.

Taki buddyzm jest formą świadomego życia. Formą, czyli pustką. Ponieważ sam w sobie jest niczym, dopóki nie stanie się właśnie nią, a przez to… niczym.
Buddyzm jest drogą. To „opakowanie” prowadzące w konkretne miejsce – świadomego życia. Odczuwania go w pełni i umiejętności nieodpowiadania na zbędne pytania, umiejętności swoim życiem udzielenia na nie odpowiedzi. W swojej głębszej treści (tej, która jest pomijana, niezrozumiana lub krytykowana) jest buddyzm tym, czego się nie mówi, intymną relacją z Niewypowiadalnym, z sobą samym i ze światem w jego czystym, nieopisanym przejawie.

            Na sam koniec perła buddyjskiej myśli, którą jest postawa i stan oraz uczucie: miłość (metta). Miłość to bowiem odpowiednia definicja stanu, o jakim wyżej pisałam. Wszelkie działania świadomości są przepełnione miłością, z niej wychodzą i w niej się obracają. To uniwersalna zasada, o której nie trzeba wiele mówić – pojęcie jej to sprawa indywidualna i najpiękniejsza rzecz, jaka może się przytrafić w życiu człowiekowi, to właściwe zrozumienie całym sobą i odczuwanie miłości. To zrozumienie nie objawi się tryskaniem energią i wołaniem na cały głos, to raczej stan spokoju i harmonii w duszy, przeświadczenie, że wszystko jest na swoim miejscu.


 ~~*~~