Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 grudnia 2017

Fragment powieści "Kajwalia"



Pomyślałam, że podzielę się fragmentem ostatniej powieści, jeszcze nie zredagowanej, to mały przedsmak, trochę w hołdzie różnym przemianom w świecie i życiu, różnej plątaninie zdarzeń i zabawie wśród tworów kultury, które cenię. 
Poniższy fragment pochodzi z "rozdziału" drugiego, powieści Kajwalia i są to dwie jego ostatnie części.





I
Słowa! Uratujcie świadomość
w niej wydziobcie
przejrzyste ścieżki


A nie w wytworach świata!

             Takie było hasło, któremu syn państwa Góra zaczął hołdować. Zajmowanie się technologią bez zbędnego spięcia, że cokolwiek musi zostać wyjaśnione, już dawno minęło. Teraz naukowcy w metodycznym szale podważali, co tylko możliwe, bawiąc się wręcz osiągnięciami poprzednich lat. Nie rezygnowali z nich jednak, po prostu zaczęli doceniać zmienność rzeczywistości i perspektyw. W centrum zainteresowania młodego Góry było odkrywanie, cóż takiego człowiek może przekroczyć względem własnej natury. Pojęcie natury przestało wszakże obowiązywać. Człowiek dla naukowców nowej generacji był ciągle przekształcającym się organizmem i umysłem, który tym organizmem mógł swobodnie „sterować”. Tego określenia Marta nie lubiła najbardziej, lecz syn zawsze powtarzał, że do słów się już nikt tak nie przywiązuje. Sterowanie znaczy dla nich tyle, co wpływ.  Tak też świadomy wewnętrznie człowiek mógł (a nawet musiał, była to nieunikniona konsekwencja rozbudzenia się globalnej świadomości) przekraczać samego siebie, czym kształtował swoje ja, jako niezniszczalną konstrukcję, a może i nieśmiertelną?
         Z pewnością byli i tacy – szaleńcy dążący do nadprzyrodzonych umiejętności, którzy postrzegali ja czysto materialnie i stawiając pomniki nowym technologiom, upatrywali we wszystkim możliwości przedłużania swojej egzystencji na planecie. Ludzkość jednak w większości wyrosła z tego typu pragnień, bardziej interesowała ją możliwość odkrycia swoich prawdziwych potrzeb i realizację ich, aby spełnić swe, choćby najbardziej wyimaginowane cele życiowe.
          Świadomość taka była, jak dobry dźwięk, subtelnie wydobyty przez kolumny, jakby właśnie się przed nami w ukryciu tworzył, migrując przez kolejne odczucia, aż do całościowego odpuszczenia uczuć i bycia w tym dźwięku, tworzenia go równocześnie.
           Syn Marty Góry zajmował się badaniem dźwięku. Wszak słowo w pierwotnym kształcie miało być dźwiękiem, dopiero później czymś widocznym dla oka. Dlatego tak ważne było według niego wyrażanie słów w odpowiedni sposób – by, choć zapisane, były tak bezpośrednie jak dźwięki. Warto bowiem wspomnieć, że i literatów powstawało w owym czasie wielu, literatów pomrukujących coś w przestworza, a jednak zrozumiale dla wszystkich ludzi. Ich odwieczny problem to przecież bycie czytanym. Obecnie, wyrwani ze swych wszelkich konceptów i uwikłań czasoprzestrzennych, mogli albo odejść w milczące czuwanie, albo nadążyć za ewolucyjną i rewolucyjną mocą słowa. A ono, rozrywane w środku przez miliardy generacji, rwało się ku harmonii dźwięków i opowieści czułych na świadomość odbiorcy.
      Zatem badanie dźwięku młody Góra uważał za ostateczny kres wszelkich dociekań i filozoficznych dywagacji. Być może odziedziczył dryg do muzyki po ojcu, jednak w znacznie większym stopniu nakierowany był na sferę nawet i pojedynczych dźwięków, niż tego, jaką całość one tworzyły w odbiorze. Podążał za każdą strukturą, ich prostotą lub wykwintnością, za pojedynczym uderzeniem, które w transowym rytmie prowadziło do najgłębszych czeluści kosmosu. Góra po prostu pozwalał sobie doświadczać.




J
Śmierć na pewno
obejmie
obejmie
obejmie to*

        Nie pierwszy raz go to spotkało, kiedy po długim wyciszeniu się nad zapiskami komputerowymi i wykresami na temat fal mózgowych oraz oddziaływań na nie muzyki, młody Góra odpłynął w głęboki sen. Tym razem jednak płynął gdzieś poza sam fakt śnienia, widząc po drodze postacie znane z życia codziennego, jak i te odległe o całe kontynenty, różne rasy i nacje. Twarze przelewały się jedna przez drugą – nieme lub rozbawione, świadome i nieświadome. Te, które wykazywały jakiś stopień świadomości, przyglądały się uważnie śniącemu mężczyźnie. Czuł, jakby szedł przez tunel pełen postaci, aż wreszcie rozpadł się on w jednej sekundzie, by z rozszczepionych elementów ukształtować krajobrazy każdego zakątka świata. W tej wszystkości Góra, czuł się niczym zalewana ciepłą wodą herbata, która przed chwilą jeszcze miała swój kształt i twardość, a teraz namiękała, rozpadała się w pewien sposób, ale także... wydobyła z siebie ukryte aromaty i smaki. Mężczyzna poczuł się jeszcze pewniej i gdy tak sunął wzrokiem po otoczeniu, natrafiał na równie rozumne spojrzenia wielkich futurystów, symbolistów, artystów z każdego zakątka globu, ale i mnichów, joginów, wszelkiej maści duchownych. Im bardziej ocuceni byli ludzie, tym bliżej Góry się znajdowali. Całkowicie śpiący niknęli za horyzontem, zamknięci we własnym świecie.
           Mężczyzna poczuł pokusę, by i tam się wybrać. Pociągała go ciekawość i podniecenie czymś zupełnie nieznanym. Lecz czuł także, że tam właśnie znajduje się brak kontroli, a zapewne i zapomnienie. Płynął więc dalej, nawet nie wiedział czy mógłby przeskoczyć do nieznanego, czy faktycznie w obecnym stanie ma tak wielką kontrolę nad swoim losem. Czy mógłby na przykład udać się do matki, zakładając, że by spała? Odwiedzić ją, zobaczyć jak się czuje, może porozmawiać?
         To silne pragnienie poprowadziło go dalej wśród rozłożystych drzew i pustyń zalanych słońcem, poprzez wysokie trawy i skaliste góry. Mógł tak płynąć przez wiele godzin i wcale nie odczuć upływu czasu. A co z przestrzenią? Czy i ona nie jest skończona? Granatowe niebo i jego otchłanie majaczyły nieustannie nad głową Góry. A gdyby tak właśnie tam wznieść się, zobaczyć... To nie w miejscu ani czasie powinien szukać matki, a właśnie w nieograniczonej przestrzeni. I wtedy wzniósł się jeszcze wyżej, tracąc z pola widzenia ludzi i rośliny, przepływając obok mężczyzny w czarnym stroju, który mówił, wyraźnie akcentując słowa:
- Si no conseguiremos la inmortalidad, al menos la realidad.1
          Góra otworzył szerzej oczy, ale przecież spał, więc nie wiedział czy zrobił to naprawdę czy tylko w wyobraźni wyostrzył sobie obraz i mógł dostrzec w dłoniach alchemika gałki oczne, idealnie okrągłe. Patrzyły w górę.
        Wtedy mężczyzna zauważył swoją matkę, kucającą przy starej, zarośniętej tablicy kamiennej, albo grobie. Wokół było wiele czegoś w rodzaju nagrobków, a za jej plecami średniej wielkości, porośnięta góra. Zejście z niej było dosyć strome i pełne plątanin korzeni i spływającej wody, która szumiała pięknie. Marta kucała i przyglądała się cmentarzysku u swych stóp, lecz na twarzy matki syn nie dostrzegł żadnej emocji. Była bardziej zapatrzona w estetyczną stronę obrazu. Oczy lekko rozmarzone, ciało w gotowości, by iść dalej, ale nie pędem, a spokojnym krokiem, medytacyjnym krokiem.
         Powiew natury uderzył młodego Górę z taką siłą, że nie wiedział czy przypadkiem nie obudził się w tym lesie, obok matki i czy to nie oznacza kresu wszystkiego, czym się zajmował. Skoro rzeczywistość jest tak bardzo ruchliwa, tak nieprzewidywalna...
      Marta była przewidywalna. Wstała i klucząc pomiędzy kamiennymi tablicami, pięknie zarośniętymi soczyście zielonym mchem, przyglądała się grzybkom wyrastającym z ziemi obficie. Była ich tak wielka różnorodność, że nawet syn zapragnął dotykać kolorowych kapeluszy i wąchać, a może nazbierać do koszyka, by później... No właśnie, co? I po co?
        Marta zatrzymała się przed dużym siedliskiem białych grzybów, które wyglądały niczym złożone parasolki o różnej wysokości, dosyć grube i pękate. Jednak kawałek dalej, jakby już podstarzałe, otwierały się ich kapelusze i rozpływały, skapywał z nich czarny atrament, wydawały się brudne od sadzy, jakby w tym miejscu odbyła się mała nuklearna katastrofa. Łodygi okazywały się znacznie dłuższe i chudsze, zanikały całymi grupami w nienaturalnym tempie. Syn stanął obok matki i wiedział, że go zauważyła. Jak mogła spojrzeć na kogoś, kogo tu przecież fizycznie nie było? Nie spojrzała, a jednak wzięła go za rękę.
- Czy rozbrzmiały już sitary w miastach? - zapytała rzeczowo. Syn zupełnie zaskoczony i nieprzygotowany na takie pytanie, nic nie odpowiedział. Nie pamiętał nawet czego słuchał przed zaśnięciem. Całe jego życie rozmazało się zupełnie, jak te grzyby przed nimi.
- Jeśli nie, to niedługo je usłyszysz. Utworzą się nowe historie i opowieści będą tryskały spokojem akceptacji. Wszystko się odplącze i ułagodzi.
     Młody Góra znał dźwięk sitary, to jak roznosiła ona muzyczne historie, dwoiła je i troiła, przemykała pomiędzy nutami, skracając je i wydłużając.
- Jeszcze nie zabrzmiały. - odpowiedział wreszcie syn.
       Ale zaraz po chwili wiedział, że skłamał, bo przecież je słyszał wokół siebie. Melodia nasilała się, będąc prawie na skraju własnej brzmieniowej ekstazy, by zaraz przetworzyć się w inne emocje, inne zarysy słów i tanecznie zmierzać w dalsze odsłony tego dźwiękowego transu.
       Mężczyzna obudził się całkowicie i jedyne, co pamiętał to topniejące czernią białe grzybki, jakby abstrakcyjny sen, bo z roztopionych kapeluszy pozostawały gałki oczne, mówiące w różnych językach: przynajmniej rzeczywistość... przynajmniej rzeczywistość... przynajmniej rzeczywistość.


1 "Święta Góra", Alejandro Jodorowsky. „Jeśli nie osiągnęliśmy nieśmiertelności, to przynajmniej rzeczywistość."
* inspirowane:"Śmieć w czerwcu", zespołu Diuna.







~~~~~~~~~~~~



piątek, 28 lipca 2017

Wynuciłam księżyc nowej planecie




 Odmienia mnie z uporem bladość warg na mrozie. Wiatry nim rozkosznie smagające skórę. Myśl o cieple płonie w jądrze uniesienia, stopienia, przyjemności z tobą.
Wymieniać można i słuchać promyków oświeceń rozumu, lecz słowa przenikną i tak we krwi, tańcząc na rosie poranków i wiosen. Wzniesiemy się, wspólnie, ponownie ku słońcu. W księżycach rozniesieni, w parzystym pomruku sosen. W lesie rosnącym… gdzie mieszkały dziwy naszych marzeń.

Mieszkali na skraju upalnej pustyni, za nimi rozciągał się bór. Tu mieli cień, jeżyny i trochę słońca, gdy chcieli ogrzać się za dnia. Pięcioro braci i ich dwie siostry, zmagali się z ruchliwością wydm. Spod nich dostawali wiadomości, jak długo jeszcze tu mają tkwić.

Wyobraźnia ich poniosła o leniwej południowej porze i ruszyli do zabawy, ubrania zrzucając swoje. Wbiegli do wody, jedynego źródła, które spod skał wypływało w lesie. I tam, śmiejąc się z radości przyrzekli być ze sobą w więzi. „Tutaj nikogo już nie spotkamy, cały świat wymarł, ludzie przepadli…” Mówili sobie po cichu. I tylko tam, w podziemnej przestrzeni wciąż tlił się ogień życia. 

Nieznani im wnętrza ziemi mieszkańcy, trudzili się, żeby kontakt z nimi pozyskać.
Mijały tak lata, na subtelnych wiadomościach, wysuwających się spod ciężkich wydm. O tym, jak kwieciście można wieść życie, gdzie nie ma pogody i niepogody, księżyca ni słońca.
Tam, gdzie wyobraźnia skutecznie wiodła poprzez jawę i sen – spełniały się wszelkie fantazje.
Lecz oni, po cichu, i tak patrzyli ku niebu.

Tam malunki doskonałe co chwila błyskały barwami. Muzyką, dźwięcznością podmuchów i temperatur wszelkiej maści. Kształtami swymi otaczały wszelkie wizje.
„Żyj w spokoju, mój człowiecze, popatrz na niebo, nawet jeśli chmurne”, mówiły postacie błąkające się po niebie. Nikt im nie wierzył, tłumy wniknęły w glebę, łącząc się z nią w ruchu szczerości. Odurzeni wonią nieistniejących olejków, przebiegali kilometry snów.
Mogli zmieniać się pod wpływem choćby innym dźwięków zasłyszanych w przyrodzie. I tak wodospad nad źródełkiem czynił ich falą świeżości i ochłody.

Kim więc byli i czy da się to określić?
Armią mojej rozkoszy i bliskości we mnie kwitnącej zapachami, kolorami, melodią!
Odpoczynku, boskiej wody życia.
Żywotności.



I bez pamięci podróże się zdarzają. Mkną w przestworza znudzonym łaknieniem. I życiem – westchnienia chwilą.
Bywają strudzonym blaskiem zdarzeń.
Okazją do wzburzeń, projekcji uśpienia.
Słodyczą być może.



Strudzeni poszukiwaniem wolności, zaczęli zmieniać jej nazwę. W prawdy zęby obróciwszy rzeczy, można śpiewać, wynucić blask księżyca.  





czwartek, 11 maja 2017

Garść poezji z czasu milczenia


 

Cztery garście poezji z czasu milczenia





Błahe powody
porody wielości
doniosłych stwierdzeń
o duszy.
A ona nawet się nie poruszy,
nie czuje pustynnej suszy,
ani wilgoci tropików.
Jej zwykły las się śni,
a może i góry, jeziora
- ach nie, 
to są marzenia,
by tam jej schronienie 
do życia powołać.






Pierwsza Garść





Ginę
świata osnuta niemową
w popiołach z piór,
palonych w brzasku słońca.



=><=



Słodkie płótno świadomości
rozerwane jednym ruchem,
posypało się
jak liście z drzew jesienią.
I spomiędzy nic przestrzeni
rozkołysana wolnością wyjrzała,
by zaśpiewać historie 
nieobarczone
rzeczywistością


=><=


Spod myśli wyślizgnął się wąż
i gadów lśniące skorupy błysnęły,
ostrząc umysł na subtelności
kwiatów i roślin.
Chciałoby się, by już zakwitły
na gadzich grzbietach
fantazyjne sukulenty.















Druga Garść




 Podróże na murze - 
farbą malunki, i trunki
wypite, ukryte pod strzechą
dymiącą kadzidłem,
kolorem...




=><=


 W restauracji w operze
wisiało mięso w gablocie,
zgrabnie 
dyndając na hakach.
A wielkie szyby odbiły
niebo i przechodniów.
Za oknem jedli ludzie,
i dzwonili sztućcami,
mlaskając, łykając,
sięgając dokładki
Mięso wisiało
za szybą na hakach
kołysząc się w rytmie
twych kroków,
w muzyce milczenia
błyszczało czerwienią
i lśniło za życia
zebranym tłuszczem


 =><=



Gimnastyka rozkaźnika



Ja i świat
na arenie myśli
topią się w kształtnym mózgu

Formy jak ubranka
dla rozmaitych treści,
jak twoje oczy
patrzące na coś
osobliwego

No ubierz się
















Trzecia Garść (Hinduska)




"A teraz twoja kolej"
we śnie powiedziała
więc kradnę te słowa,
by pisać o śmierci.
To kiedy? Jak sny
wyrwane są z czasu,
pływają po smutnej 
rzece sumienia.
Może to już się stało,
tam, już stoję
u jej brzegu,
i mylę mosty w wyobraźni,
albo byłam tam 
i każdy robak był człowiekiem,
bo miał karę,
za życie.
Jak uwierzę Śiwie
to zatańczę z nim
na zgliszczach świata,
już to robię przecież
w jednym momencie,
co zniszczył - tworzy.

A teraz twoj kolej,
przecież w tej przestrzeni 
poezja się rodzi



=><=



Gwar deszczu zajrzał przez słońca promienie,
zatopił się w ciszy poranka.
Na niebie dziwaczne kolory wykwitły
i duszność zapadła nad budzącym się
w pastelach miastem.
Niewiara w chodnikach wykuła znamiona,
(sprzed wieków kultur zmieszanie)
i nadal tak różne stopy bose
dreptają po spękanej ziemi,
a w tych melodiach szukam 
zapomnianej, dawnej nocy
tonu
niskiego, lecz nieziemskiego



=><=


Zważyłam słów cienie
było ich więcej
i były cięższe
niż same słowa

Zlepiały oczy, nozdrza
czerniały w uszach,
musiałam łowić je,
latające bez końca 
w przestrzeni.

Odbijały się od mów,
dialogów, myśli, obietnic,

Zebrane uciszyły świat 
na moment
zanikł w milczącym kosmosie,
dryfując wśród spokojnych 
galaktyk

gdzie mieszały się sitary
z ptasim śpiewem












Czwarta Garść (Pocztówki)






Pocztówka ze snu

Biegną skoczne,
z wdziękiem w nów
senne me obrazy
Nakładają się na światy
i wszywają 
w myśli zwady 



=><=


Pocztówka z jawy

Zapłakana
lub obmyta deszczem,
kołysze się nad ziemią
twarz.
Szuka w słońcach
nowych nazw
i dotykiem
brodzi w źdźbłach
(pożółkłej trawy)




 =><=

 


Pocztówka z Planety Eram


Krystaliczne formy światła
przenikają swoje cienie
nie ma świtów,
mrok w nich jeden - 
nutą myśli z innych planet.
Nie czuwają,
tylko w ciszy
kreślą dzieje wyobraźni
(dla artystów 
przeciążonych materią),
wciąż do przodu,
osądzane przez czujne 
oczy galaktyk



Znalezione obrazy dla zapytania chiriko malarz
G. Chiriko