środa, 30 grudnia 2015

Książka o słowach i pustyni


 ~~*~~

  Od około dwóch lat (choć czasu nie liczyłam dokładnie) pisałam pewną dosyć dziwną rzecz. Jak to w przypadku twórczości literackiej, ciężko czasem wytłumaczyć powód pisania, jak i to dlaczego brniemy w pewien pomysł, choć plącze się on w głowie, jest niezrozumiały i w zasadzie - być może nikt tego nigdy nie przeczyta, albo nie zrozumie (ale to w porządku). To jednak nie ma znaczenia i piszemy zawzięcie i czujemy przypływy weny i wewnętrznie dobrze wiemy, co chcemy przekazać.

        Wiedziałam - bo cała historia jest trochę uzewnętrznieniem pewnych własnych podróży, chociaż to oczywiście niezależna ode mnie opowieść. Próbuję się w niej nad tym zastanowić - nad relacją autor - czytelnik, ale tak naprawdę to moja pierwsza prawdziwie poważna powieść, która stoi na pograniczach gatunków i jest bardzo zakorzeniona w doświadczeniach duchowych - bo i o nich próbuje mówić, chociaż w odmienny sposób. Przede wszystkim zaś ta powieść jest transgresją. Po prostu transgresją, którą można wcisnąć w każdą interpretacje, czy z perspektywy literackiej, formalnej, poetyckiej czy ogólnej czy jakiejkolwiek się komuś zamarzy. I równocześnie jest transgresją, która nie każe interpretować, ma być sama w sobie znakiem - słowem - figurą. Tylko tyle i aż tyle.

     Ta powieść zawiera w sobie kilka różnych historii, które łączą się w pewnych punktach i osobach. Do końca nie wiadomo kto jest realny, a kto nie i też nie o to chodzi. Chciałam poprzez stopniowe rozmazywanie wszelkich granic, pokazać, że istota tkwi w słowach i zarazem w słowie brak jakiejkolwiek istoty - ta ukryta jest poza słowami (czyż nie?). Dlatego powód pisania, jaki w pewnym końcowym rozdziale wyjaśniam, brzmi: piszę, aby słowa zawsze były poza pustynią, przed pustynią, obok niej i wokół niej. Prawda jest też taka (ciekawostka), że ów powód nie był mi znany dosłownie. Przyśnił mi się kilka dni temu i rankiem czułam, że zbliża się zakończenie Historii. Tak, czerpałam sporą inspirację ze swoich snów i doświadczeń. Nie wypieram się tego, bo ta powieść taka miała być. Taka ma być - ma oddziaływać.

   I patrząc na nią z bardziej rozległej perspektywy wiem, że jest pewnym punktem na mojej literackiej drodze - w porównaniu z poprzednimi opowieściami i zapewne w porównaniu z przyszłymi - choć nie mam pojęcia w jaką stronę pójdę w przyszłości. To jest piękne i genialne w pisaniu. Iść za Głosem.

    Powracając jednak na chwilę do samej Historii, której tytuł nie został jeszcze ustalony, zawiera ona wiele oddzielnych fragmentów, chociaż tworzy zwartą całość, to te fragmenty mogą być czytane oddzielnie. Tak też były pisane - np. Epilog pod tytułem "Zbawienie przychodzi o świcie" był pisany ręcznie, a nawet niektóre "myśli" nagrywane na dyktafon. A historia o Pustyni to w ogóle oddzielna i niedokończona zresztą opowieść. Ernest, główny bohater jest tym, wokół którego toczy się akcja, to on jest osią fabuły, bo jakąś chciałam w książce umieścić. Ale i fabuła się rozmazuje, wraz z wiekiem, wyglądem Ernesta i przemieszaniem pór roku. Żadnych granic, a zarazem ukazanie gdzie one faktycznie są - w słowach i perspektywach.

    W powieści zawarte jest moje widzenie wielu rzeczy - nie chciałam odcinać się od ukazywania swojej transgresywnej perspektywy ujęcia zjawisk, ponieważ powód pisania był również w ukazaniu wartości, jaką jest taka forma poznania. Chciałam też ukazać literaturę w nieco innym świetle. Nie przywykłam o wzorowania się na istniejących powieściach czy opowiadaniach, bardziej interesował mnie styl, jakim posługują się niektórzy i zapewne czasem stylizowałam coś w opowieści. Teraz nie jestem w stanie zrekonstruować całego procesu, bo był on podzielony na różne fragmenty opowieści, które właśnie dziś zostały scalone.
   251 stron.

    Jak ja to czuję? Jestem bardzo szczęśliwa, że ukończyłam to i to właśnie przed Nowym Rokiem. Zamknęłam pewną rzecz, która - nie ma co - ciągnęła się za mną od dwóch lat! To przecież zajmuje pewną część głowy, bo człowiek często wraca do pomysłów i głowi się, jak rozwiązać jakieś sytuacje. Przypominam sobie notatki na zajęciach, gdzie zapisywałam na boku możliwe rozwiązania historii Ernesta - a rozwiązanie i tak, jak zwykle, przychodziło znienacka, samoistnie.
    Przywiązałam się do sposobu snucia tej opowieści, do jej poszczególnych odsłon. Nie wiem jeszcze jak się ją czyta w całości - wciąż muszę przeprowadzić edycję i korekty, powycinać niektóre rzeczy. Ale wiem, że już więcej nie dopiszę, że historia jest naprawdę zamknięta.
    Czas na nowe.
    Nie wiem czy to jest dobre, czy nie - po prostu wylałam z siebie to, co musiałam :) Dlatego pisze, dlatego robię to od dziecka i prawdopodobnie nie przestanę. Czuję już teraz podekscytowanie na myśl o zbliżającej się, nowej literackiej podróży. Nie jestem pewna czy chciałabym, aby była ona tak długa, jak pisanie tej historii - może skupię się na opowiadaniach? A może potrafię pisać tylko w tak dziwny sposób i dalej będę fragmentami rozpisywać nowe opowieści?

    Historia, którą skończyłam, to historia Umysłu. Tak teraz myślę - to historia dróg, w jakie może wejść umysł. Wiele w niej metafor, które trzeba czytać wielowymiarowo (nie tylko jako metafory, ale też dosłownie i w odniesieniu do różnych rzeczy, w relacjach). Ostateczną zaś genezą tej powieści jest przezwyciężenie ograniczeń umysłu, kiedy to człowiek, zamiast popaść w szaleństwo i chorobę psychiczną mówi sobie: ODBIŁO MI, ALE WZIĘŁAM TO ZA PRZEJAW GENIUSZU.

   Innymi słowy: wejdź w to, co czujesz i nie daj się do cholery zastraszyć. Bylebyś pamiętał o równowadze. O tej harmonii, traconej i odzyskiwanej - również mówi powieść.


   Pisanie to wielka odyseja, która składa się nie tylko ze słów. Nie omieszkam bowiem wspomnieć o muzyce, bez której nic by się pewnie nie zaczęło. Pierwszy fragment Historii wysnułam w pewien letni dzień, słuchając Kamni - Atom, w mojej głowie pojawił się brzeg oceanu i wielkie ognisko... początek opowieści, który teraz umieściłam pomiędzy dwiema częściami historii Ernesta. Tak czy inaczej - muzyka odgrywa ważną rolę w całości. Bo:

 dźwięki istnieją w przestrzeni i są realizacją słów. 

   A poza tym - wszystko jest muzyką. 


 I na sam koniec - co ja z tą pustynią? To dla mnie po prostu pewien rodzaj metafory (albo jej braku - ach, transgresja), rozumianej na różne sposoby (intymnej metafory doświadczenia wewnętrznego). Każdy niech sam sobie pomyśli, czym dla niego może być upustynnienie. To forma, która jest pustką. To znaczenie, bez słów i znaków. I nie dało się uniknąć, żeby w tej Historii nie pojawiła się pustynia - ku mojemu własnemu zaskoczeniu okazała się wręcz sednem powieści. Najważniejsze to jednak nie odnosić żadnej Pustyni do mnie - do autora. Tylko do siebie. Tu już nie chodzi o mnie.

   (S)pokój :)


  Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!



~~*~~



 Poniżej kilka fragmentów ku zaciekawieniu czytelnika :)


 ~~*~~


[...]

       - Więc… - uśmiecham się przebiegle. – Jednak istota Historii może wybronić się sama. Wyjść poza granice tego, co autor mógł mieć w zamyśle.
        - Przerosnąć go.
        - Tak. Czy to nie przerażające dla twórcy?
        - Z pewnością. A może właśnie to jest w tworzeniu fascynujące. Na szczęście nie mi to oceniać. Opowiadam, Historia nie jest moją własnością. Lecz powiem szczerze, że twórcy takich Opowieści też nie mogą mieć jej na własność. Ona naprawdę żyje jak chce. Zupełnie, jakby to w niej żył piszący, nie na odwrót. Niebezpieczne? Być może. Ale jak inaczej poznać ten świat dogłębnie? Przewiercić go na wskroś, przeżyć, posmakować i doświadczyć? Och, cóż za niezwykły to żywot! – Ignacy rozłożył ręce tak gwałtownie, że nawet Kot poderwał główkę i zaspanymi oczami rozejrzał się po pokoju. 

...

     Jego oczy zaszły mgłą. Odkaszlnął kilka razy, a Marcin podał mu szklankę wody. Popił i usiadł na wolnym miejscu na sofie. Pozostali także już siedzieli i wpatrywali się w adapter. Płyta kręciła się od kilku sekund, ale wciąż nie wydobywał się z niej żaden dźwięk. Zapadła cisza, wśród której falowały jedynie ich cienie i tląca się lampa naftowa. Czarna Zapałka przymknął oczy, a z jego ust nie znikał przebiegły uśmiech. Elza usiadła po turecku na swoim fotelu i ułożyła dłonie na kolanach. Oddychała głęboko. Ta atmosfera spokoju udzieliła się Ernestowi, który poczuł nagle, jakby jego ciało osuwało się na sofie i rozpływało w powietrzu. Trochę przestraszył się tego uczucia. To prawie, jakby śnił tylko, że zachowywał świadomość. Nie mógł pozwolić sobie na panikę. Przestał myśleć i robiąc głębokie oddechy, oczyścił umysł, naśladując trochę nieudolnie Elzę.
      Z adaptera wydobyło się ciche skrzypienie. Szum wiatru, najpierw mocniejszy, później delikatny, przerywany zgrzytami. Odległy odgłos fal uderzających o brzeg. I… głośne trzaskanie ogniska. Musiał to być bardzo duży ogień. Ernest poczuł gęsią skórkę na całym ciele. Do chatki wpadł zimny podmuch wiatru.

...

I po dwóch dniach zaczynam oddychać!
Miałem przed oczami Laurę, Czarną Zapałkę i dziadka. Był też ogień, jakaś staruszka w tle…
Pielęgniarka kiwa głową. Wieczorem nie przychodzi. Czyli odpuścili mi. Udało się. Mogę wrócić do siebie.
Powoli zbieram myśli. Muszę chodzić, jeść i zacząć się odzywać. Pokazywać, że mi się polepszyło.
Zatrzymuję się chwilę przy łóżku. Ta błogość, jaka mnie ogarniała… Niczym uzależnienie. Chciałbym to powtórzyć. To rozpłynięcie się,… wyjście poza siebie… poza świat, a zarazem bycie w samym jego centrum i oglądanie wszystkiego, niczym małe uradowane dziecko.
Dlaczego zdecydowałem się wstać? Kim jestem? Mam jakiś cel?
Cele w życiu są ważne. Takie małe schodki w drodze do niewiadomokąd.

...

 
Tam, pod drugiej stronie wyspy, widać ją czasem z obrzeży lasów Tandy, jest zupełnie inny świat. Tam ludzie siedzą przy wielkich ogniskach, palą tytoń z ogromnych rogów i mieszają jakąś miksturę, wrzucając do niej zioła, rośliny i krew szamana.


...

Kobieta wbiła zakrzywiony, gruby kij w ubity piach tuż przy wodzie i ruszyła do przodu. Mokry na dole płaszcz sunął za nią jak tren na balu. Kroki stawiała bardzo wolno. Ukryte pod materiałem stopy ledwie odrywały się od ziemi, a już zalewała je oceaniczna fala. Zmęczoną twarz całkiem zakrył cień kaptura. W worku przewieszonym przez ramię kobiety coś głośno brzęczało, alarmując tańczącym przy ogniskach jej przybycie. Odwracali niepewnie głowy. Niektórzy kucali, wierząc, że zasłoni ich dym, inni niepewnie zerkali w kierunku kobiety. Pozostali zaś przybrali poważne miny i stanowczym wzrokiem wiedli za przykurczoną sylwetką zmierzającą brzegiem oceanu.


 ...

Rozpoczęła się wiosna i jak z reguły w tę porę roku bywa, zaczęło się coś całkowicie nowego. Ernest wpatrywał się we wschodzące słońce. Z każdą sekundą coraz bardziej raziło go w oczy, ale patrzył wytrwale. Już po chwili żółta poświata ustąpiła różowej i fioletowej. Zamrugał kilka razy oczami – nie myliły go, kolory naprawdę zmieniały się przy dłuższym wpatrywaniu. Słońce przypominało czarną kropeczkę, idealnie pasującą do oka Ernesta, a właściwie – stało się okiem. Wokół, po okręgach rozeszły się zaś tęczowe promienie. Rzeczywiste i wyraźne, jak wszystko co można poznać zmysłami.
Piękne pejzaże pozwala oglądać niebo. Tak niewiele trzeba, żeby czuć się dobrze.

 ...

Wiadomość o spisywaniu czegoś o Pustyni, ukłuło Ernesta w samo serce właśnie z tego powodu – że Pustynia, to odległe, pełne grozy miejsce, może zostać jakoś opisane. Stać się częścią dyskursu. Że w ogóle są słowa, które mogą oddać coś co (pozornie?) nie ma formy.

- Zawsze jesteś taki zamyślony? – odezwał się ojciec Elzy. – To nic złego, ale muszę przyznać, że to cecha twojego wieku, która mija.
- Dobrze wiedzieć. – Ernest nawet się ucieszył, że „to” mija. – Czasem plączę się w jakieś dywagacje wewnętrzne i bardzo mnie męczą.
- Tak. Nie warto. Tutaj zasada milczenia chyba pasuje idealnie… - mężczyzna zmarszczył krzaczaste brwi.
- Ciekawe.
- Tak.
- Użył pan milczenia w odniesieniu do myślenia.
- To bardzo trafne. – roześmiał się ojciec Elzy. – Czasem warto przestać siebie słuchać. – znów spojrzał w słońce i Ernest poczuł, że dobrze by było się oddalić, pozwolić mu zostać samemu, chociaż był pewien, że tego typu ludzie nie cieszą się zbyt często towarzystwem ludzi. Mimo tego, były momenty w przestrzeni, które kazały im pozostać sam na sam z – tym, z czym wybrali, by obcować.

 ...

 
       Abstrakcyjność całej sceny nie dziwiła Ernesta. Sam zapragnął zatańczyć, dołączyć do tych pozbawionych znaczenia ruchów, jakby od nich zależało podtrzymanie porządku świata. I wtedy zobaczył postać, która nękała go od dawna.
      Siedziała na rogu stołu. Wydawało mu się, że tam nawet nie było krzesła, ale pojawiło się, wraz z nakryciem. I postać pięknej, czarnowłosej kobiety, która emanowała gorącą, nieokiełznaną seksualnością. Wpatrywała się w niego z nutą pożądania, a zarazem poddaństwem. Jakby chciała powiedzieć: koniec zabawy, znudziłam się.

...

Czas opisać ciemną noc, która zaczyna się rano. Już o poranku czujesz jak nadchodzi. Niebo jeszcze granatowe, księżyc widoczny przez okno, ale już czujesz słońce, które niedługo się obudzi i rozliczy cię z nocy.
Wszystko wydaje się normalne, pewność siebie nie zna granic. Nocą tak już jest, że rzeczy, myśli, słowa mają bardzo realne uzasadnienie w odniesieniu do osoby. W ogóle Osoba jest wtedy ważna. Noc to jej czas. Gdy jest ciemno, wychodzi z ukrycia i po raz kolejny uwypukla fakty, które sens mają tylko nocą.
Ale jeszcze zanim ukaże się słońce, już czujesz, że jest w tym pewna rysa. Noc nie jest oczywiście w żaden sposób gorsza. Po prostu słońce oświetla świat znacznie bardziej. To więc kwestia oświetlenia. Widzisz mniej, albo więcej. Czasem lepiej się funkcjonuje widząc mniej.

...

Miasteczko nie czuwało. I ciche też nie było. Nie obchodził ich śnieg. Nikt nie odśnieżał ulic – chodzono i jeżdżono przez zaspy. Nikt nie lepił bałwana, nie rzucał się śnieżkami. Ludzie zakładali skąpe stroje i pili zimne napoje. Śmiali się, palili papierosy i piwo pod sklepem.


...

Tego było już za wiele. Umysł Janis poddał się po długiej walce, skręcając się z bólu i niewygody. Po jej policzkach poleciały łzy, ale równocześnie trzęsła się ze strachu. Co to za miejsce i gdzie ta setka wymiarów, które przed chwilą widziała? Gdzie jest jej NIEBYCIE? Zrozumiała, że to był stan wyjątkowości i choć wtedy przeraził ją w pewnym momencie swoim podobieństwem do szaleństwa, teraz pragnęła do niego wrócić.

 ...

- To przerażające. – Marta zadrżała, powoli przyzwyczajając się do swojej nienaturalnej pozycji. Zwisała teraz swobodnie na swoim sznurku.
- Co ty mi mówisz o przerażeniu? Gadam właśnie z trupem, który nie pozwala zdjąć się ze sznura. – Janis Frame opatuliła się szalami i rzuciła jeszcze:
-W takim razie opowiedz mi o tym. Dlaczego się zabiłaś, Marto i dlaczego Instytut rozpłynął się w czasie i same wspomnienia o nim są jakby wspomnieniem snu, a nie rzeczywistych wydarzeń?
       To pytanie rozniosło się po lesie przykrytym śniegiem. Zanim Marta, blada od zimna i śmierci, zaczęła mówić, na gałęziach przysiadły czarne ptaki. Kilka z nich zleciało na ziemię. Wydziobując coś spod śniegu zbliżały się niezauważalnie do Janis Frame i nikt, nawet ona sama, nie zauważał, kiedy ptaki znikały pod jej spódnicą.

 ...

Konstans siedział w zadymionym pokoiku, który służył za jego biuro. Miał tam całą masę notatek i map. Kiedy Ernest zajrzał do środka, narzeczony Eley podskoczył, strącając łokciem popielniczkę.
- Szukasz normalności? – zapytał i rzucił mu paczkę papierosów. – Częstuj się.
        Ernest postanowił skorzystać z jego uprzejmości z kilku powodów. Po pierwsze przeżył… w dosyć nieokreślonym czasie, bo nie wiedział czy minęło kilkanaście minut czy kilkanaście dni – przeżył prawdziwą ekstazę seksualną. Po drugie odbył ten stosunek z kimś, kto realnie nie istnieje. Po trzecie równocześnie przeżył całą historię tej osoby, jakby przez ułamek sekundy, gdy obydwoje wykręcali się z przyjemności, wniknął w jaźń Janis Frame i scalił z nią. Miał nadzieję, że to odwracalne, bo wciąż czuł się lekko przytłumiony.

...
W moich oczach odbijały się płomienie. Wyglądały, jakby podgrzewały Księżyc, który nie może się spalić, tylko unosi się, niczym diament nad ogniem. Nie zapomnę tego widoku do końca życia.
Kobiety nabrały podczas recytacji szaleńczego tempa…
A chwilę potem padły z wycieńczenia na suchy i na pewno niewiarygodnie gorący piasek. Ich blade dłonie zacisnęły się na nim i nie puszczały. Chusty, które spadły z twarzy niewiast, ukazały jasne, mokre…- od łez?- oblicza...

 ...

Ernest Brown czuł nie tylko, jak jego dusza wyrywa się na zewnątrz – ale nie do tego spalonego słońcem świata na górze, a do wilgotnej, zielonej przestrzeni lasów i słonego zapachu oceanu. 

...

Koty pustynne przychodzą najczęściej późnym wieczorem. Czasem jest już ciemno i widać jedynie ich żółte ślepia, bo czarne futro całkowicie stapia się z ciemnością nocy. Jednak kilkakrotnie widziałam je w świetle zachodzącego słońca. Przesiadują na wysokich kamieniach, twarzą zwrócone w kierunku wiatru. Jakimś cudem omija ich pustynny pył i piach. Są niczym kamienne figury, wskazujące drogę zagubionym. Oczyskami śledzą uważnie każdy ruch w obrębie kilku metrów, ale cokolwiek by to nie było – nie poruszają się. Nie wiem gdzie znajdują pożywienie i wodę. Niejednokrotnie próbowaliśmy je śledzić, aby dotrzeć do ukrytego zbiornika, który z całą pewnością utrzymuje koty przy życiu. Lecz w ciemności jedyną poszlaką był ich cichy pomruk, wydobywający się jakby spod wydm, roznoszony wraz z wiatrem, obecny wszędzie, a zarazem niemożliwy do odnalezienia.


 ...

niedziela, 29 listopada 2015

Jaskółki



Jaskółki

(…) lost in dream flight
to pierce the horizon as a bird...”
Agalloch – Of Stone, Wind And Pillor (Of Stone, Wind and Pillor, 2001)



Nutki wygrywane na pianinie podskakują w powietrzu, niewidzialne, zwinne. Niosą piosenkę, skoczną melodię kojarzącą się z dzieciństwem, lasem i wilgotnym mchem, na którym można się położyć w gorący letni dzień.
Ptaki rozsiewają wszędzie swoje białe, puszyste piórka, jakby przygotowały się na tę specjalną okazję. W rytm muzyki robią spirale pomiędzy drzewami. A te, dumne i piękniejsze niż kiedykolwiek, szumem liści snują opowieść zupełnie niespodziewanego rodzaju…



        Jaskółki krążyły nad wzgórzem. Nie znikały poza zasięg wzroku, ale szybko zamieniały się w małe, czarne punkciki. A na ich tle wysokie, ciemne drzewa lasu, kłaniały się nisko popychane wiatrem. Niektóre z ptaków wracały i wlatywały do swoich gniazd - małych jamek na czubku wzgórza, przypominających dziury po wystrzałach. Lecz zachodzące niebo i tak wypełniała czerń ich piór. I każdego roku ptaków przybywało. Każdego roku dziur w piachu na wzgórzu robiło się więcej. A w dolinie, tam gdzie wartko płynął strumień znikając gdzieś w odległym jeziorze, każdego roku chowano więcej ludzi.
Kto oprócz jaskółek mógł być świadkiem wydarzeń na dole? Kamienne figury, stróżujące nad kurhanami…?
Czasem na wzgórze przychodził człowiek. Siadał na najbardziej wysuniętym cyplu. Po jego jednej stronie rosły dzikie, żółte kwiaty przewyższające go, gdy siedział, po drugiej tkwił długi kij. Ktoś wbił go w ziemię wieki temu i do tej pory się nie przewrócił, chociaż był już przekrzywiony, a wiatry i burze nie raz huśtały nim na wszystkie strony.
Stary człowiek był wytrzymały tak samo jak ten gruby kij na wzgórzu. Kiedy siedząc obok niego, obserwował jaskółki krążące po niebie, umysł starca wreszcie się oczyszczał. Traktował to, jako pewien rodzaj medytacji.
              Gdy słońce zachodziło, na niebie zawsze rysowały się piękne, pomarańczowo czerwone pejzaże. Przypominały płonący w oddali ogień. Pewnego razu podczas takiego właśnie zachodu, wśród świergotania ptaków, stary runął w dół. Jaskółki poderwały się do lotu ze swoich gniazd, naprzeciw lecącemu starcowi.    W tym chaosie, kiedy nawet piach krążył wokół, a liście z pobliskich drzew tańczyły w powietrzu niezamierzając opaść, starzec leciał wprost na kobietę w otwartym grobowcu.
               Kamienna płyta była odsunięta, grób porośnięty dzikimi różami i otoczony cienkimi pajęczynami. Poruszały się na wietrze, zbliżając do ciała zmarłej. Miała doskonałą białą skórę, przezroczystą długą suknię i różowe usta. Kręcone jasne loki spływały po ramionach, a wpięta w nie czerwona róża raziła swoim soczystym blaskiem. Wymalowane na delikatnej twarzy błogość i spokój przyciągały starca niczym magnez.
               Jednak spadający w dół człowiek, z każdym smagnięciem wiatru zmieniał się nie do poznania. Siwe włosy nabierały objętości i długości, stawały się puszyste, kruczoczarne. Przemęczona twarzy wygładziła się i ujędrniła, tak samo starcze ciało. Już nie było przykurczone pod siłą wieku i doświadczeń, ani pod brudnymi, obdartymi łachami. Sylwetka spadającego mężczyzny przypominała wojownika. Szczupłego, smukłego i silnego człowieka o zdeterminowanym obliczu. Niebieskie, pełne życia oczy patrzyły na leżącą w grobowcu kobietę i pożądały jej podczas lotu.
              Silne ręce wyciągnął ku niej, próbując odgarnąć wiszące nad grobem pajęczyny. Odsłaniał je niczym zasłony, aby wreszcie dotknąć śpiącej piękności. Kiedy została odkryta, wiatr lekko poderwał suknię do góry. Na martwym ciele pojawiła się gęsia skórka, włoski i sutki stanęły, uwydatniając się pod tkaniną. Gdy tylko mężczyzna opadł na zimne, kobiece ciało, ujął je w silnym uścisku. Betonowa podłoga pod nimi mozolnie osunęła się w głąb grobowca. Aksamitny i miękki materac, na którym ułożono martwą, poleciał w dół, a za nim oni scaleni w jedność.


           Mężczyzna nie patrzył w górę, gdzie nad grobowcem nadal krążyły jaskółki, a zachodnie niebo przybierało coraz bardziej krwiste kolory. Dotykał kobietę, traktując jej ciało jak relikwię, świętość. Sunął delikatnie po bladych ramionach, idealnie zarysowanych piersiach, okrągłych biodrach. Zanurzał się w cienkim materiale sukni, ręką błądząc pomiędzy szczupłymi nogami. Jego usta, wtapiające się w zaciśnięte wargi kobiety, tęsknie prosiły o odwzajemnienie pocałunku. Nos wdychał słodkawą woń skóry, pomieszaną z zapachem kwiatów.
            Na nich z grobowca posypały się róże, rysując czerwone smugi przy locie w tej wszechobecnej ciemności. Lekko opadały na splecione ciała, powoli okrywając je czerwienią. Kolcami wbijając się w ich skórę.
            Krople krwi, wypływające z okrągłych ran mężczyzny brudziły blade kobiece ciało. Gorąco płynu studziło chłód bijący od martwej. Cichy syk i mgiełka pary zaczęła unosić się nad nimi. Spadali w ciemność otoczeni kwiatami i spływającą stróżkami krwią, która skapywała z ich ciał i niknęła w czarnej otchłani, lub w locie opadała na czerwone płatki róż.
             Mogła to być ziemia, czarna i wilgotna, ale puszysta jak pierzyna. Mógł to być miękki dywan, albo doskonale czarna trawa. Coś ciemnego, coś, co otaczało lecących, zastępowało im błękit nieba, zieleń trawy i jakiekolwiek inne kolory. Wreszcie opadli na czerń. Ugięła się, jak puszysta pościel na łóżku. Odbijał się od niej blask kwiatów i kropel krwi. Przy upadku ponownie poderwały się w górę, ale szybko znów przykryły ciemne podłoże.
             Mężczyzna był już w kobiecie, kiedy jej prawie przezroczyste dłonie, o pięknych, białych paznokciach, zacisnęły się na jego plecach. Choć naciskały mocno, nie raniły, zostawiały tylko jasne ślady. Wreszcie drżące, różowe usta rozchyliły się lekko, wpuszczając do środka spragniony język kochanka.             
           Blade policzki zamalował delikatny rumieniec, a ciało kobiety wygięło się w łuk. Jej stopy wbiły się w czerń, która ugięła się, niczym guma, a głowa odchyliła do tyłu… uwalniając pierwsze tchnienie z ust kobiety.
Potem białe powieki powoli się otworzyły. Blask oczu wypełnił przez chwilę ciemność pustki, w jakiej się znajdowali. Mężczyzna przesuwał wilgotnymi ustami po każdej części ciała kobiety, pobudzając komórki do życia. Stawała się coraz cieplejsza, ginęła gęsia skórka, zastępowana niewielkimi kropelkami potu. Ich ciała, pobrudzone krwią z ran zadanych przez kolce, przybrały kolor różu.
             Mężczyzna wplótł palce w loki kochanki i przysunął powoli jej głowę do siebie. Spojrzały na niego jasne oczy, błękitne, z niezwykłą białą otoczką wokół źrenicy. Były spokojne, wypełnione błogością, jaką odczuwa się po obudzeniu ze wspaniałego snu. Kiedy leży się w łóżku kilka minut i wspomina senne marzenia…
            Ręce kobiety, zaciśnięte wcześniej na plecach kochanka, opadły na czarne podłoże. Jej usta rozciągnęły w błogim uśmiechu. Snop światła w oddali ukazał kamiennego anioła. Czuwał nad odsuniętą kryptą. Jego skrzydła i długa szata porośnięte mchem odbijały soczystą zieleń. Zamyślona twarz odwrócona w kierunku grobowca zdawała się pamiętać o jakiejś historii… Lekko rozchylone, kamienne usta szeptały jej treść, którą tylko nieliczni byli w stanie usłyszeć.
             Grobowiec, przy którym stał anioł, był obrośnięty krzakami dzikich róż i bluszczem. Zasłoniły już nagrobek w wielu miejscach, tak jak i grób, uszczypany przez ząb czasu. Kilka złotych liter wyrytych na obdrapanej tablicy przebijało się przez gąszcz liści.
           Wschodzące słońce stopniowo oświetlało grobowiec. Wokół niego wyrastały kolejne krypty, równie stare i otoczone kamiennymi posągami. Ciemność czmychała spomiędzy nich, ulatując w postaci mgły. Unosiła się nad ziemią zwiewna i cicha, jak dusze zmarłych.
             Mężczyzna dotknął po raz ostatni jej włosów, wiecznie sprężystych i zdrowych. Jego dłoń zanurzyła się w wilgotnej, porośniętej bluszczem ziemi. Pokrytej opadłymi płatkami róż. Wreszcie mgła pochłonęła sylwetkę kochanki, ukrywając ją przed wschodzącym słońcem. Białą suknię oblepił dymek, sprawiając, że wyglądała jak stworzona z puszystych chmur. Kobieta bez słowa wyślizgnęła się z rozpaczliwych objęć kochanka i pofrunęła niesiona obłokiem do swojego nowego domu.
            Płyta zasłaniająca grobowiec zachrzęściła. Odłamki kamyków pospadały na ziemię. Z cichym zgrzytem nasunęła się na otwór. W górę wzbił się kurz, który opadając, mienił się diamentowymi iskierkami.
           Mężczyzna wstał i otrzepał spodnie z płatków róż i kolców, które nadal były wbite w jego skórę. Omiótł smutnym, starczym spojrzeniem zatopiony w ciszy cmentarz i zbliżył się do grobowca ukochanej.             
             Kamienny anioł wodził za nim tęsknym wzrokiem. Przez chwilę martwe oczy zalśniły, odbijając przykurczoną sylwetkę starca. Przetarł dłonią pomarszczoną twarz i zawstydzony ruszył pod górę, zostawiając za sobą krypty zmarłych.
            Jaskółki już przygotowywały się do porannych lotów, wystawiając dzioby z gniazdek w piachu na wzgórzu. Czarnymi oczkami wiodły za wchodzącym pod górę starcem. Wspinaczka nie zajęła mu dużo czasu. Robił to każdego ranka.


          Kiedy znalazł się na swoim miejscu na czubku wzniesienia, po raz ostatni spojrzał na opatulony mgłą cmentarz. Następnie skierował się w przeciwną stronę, gdzie za niewielkim laskiem, w którym kiedyś mieściła się kapliczka, stała chatka mężczyzny.
           Poskręcane drzewa zdawały się łapać w swoje objęcia zmęczonego staruszka. Gruzy pozostałe z kapliczki osuwały się pod stopami, chcąc zabrać go pod ziemię. Jednak im wyżej znajdowało się słońce, tym bardziej drzewa się rozstępowały, a gruzy chowały pod wysoką trawą. Mgła zaczynała ustępować, zostawiając rosę na krzakach. Gdy stary wyszedł z lasku, oślepił go blask porannego słońca. Odbijał się od popękanego okna chaty, otoczonej z dwóch stron płaczącymi wierzbami. Długie gałęzie kołysały się na wietrze, niczym piękne kobiece włosy. Przed chatą stała wyschnięta już dawno studnia, a przy niej wiadro z grubym łańcuchem, który niknął gdzieś w otchłani na dnie.
             Drewniane schodki zaskrzypiały i ugięły się pod ciężarem staruszka. Kiedy uchylił drzwi, ledwo trzymające się na zardzewiałych zawiasach, ze środka buchnął smród wilgoci, pleśni i mysich odchodów. Ale przede wszystkim ponura, martwa pustka.
            W pomieszczeniu stało stare, dwuosobowe łóżko przykryte wypłowiałym pledem, mała kuchenka gazowa i szafa. Na środku ustawiono krzywy stół, a przy nim krzesło. Przez jedno okno wpadały promienie słoneczne, drugie zaś zostało zabite deskami.
             Wystraszone myszy czmychnęły pod łóżko i do swoich nor w drewnianej ścianie. Staruszek stał przez chwilę na środku pomieszczenia czekając, aż wszystkie szkodniki się pochowają. Nienawidził tych małych zwierząt, które nocami podgryzały go w stopy, albo chodziły po kocu i robiły w nim dziury.
            Mężczyzna był zbyt zmęczony, żeby cokolwiek robić. Napił się trochę wody z dzbanka i położył na łóżku.  Nie musiał długo czekać, aż nadejdzie sen, ale tak jak zawsze, zanim odpłynął w krainę spokoju, małe ząbki podgryzły go w piętę wystającą spod koca. Z zewnątrz dobiegło skrzypienie i odgłos łańcucha.
            Staruszek wstał i przetarł twarz. Mysz zeskoczyła na podłogę. Łańcuch szeleścił jeszcze przez chwilę, aż w końcu przerodził się w dziwne dzwonienie. Stary podszedł do jednego z okien i wyjrzał na zewnątrz. Czyżby jednak zasnął? Poranne słońce chowało się już za horyzontem, ozdabiając go różnokolorowymi smugami, a wieczorna ciemność wypływała spomiędzy drzew pobliskiego lasu. Łańcuch brzęczał w ukrytej pod wierzbą studni. Mężczyzna drżącą ręką ścisnął kij stojący pod drzwiami i uchylił je.


             Powietrze nadchodzącej nocy pachniało świeżym leśnym podszytem i chłodem znad wody. Jej szum słychać było pomimo lasu odgradzającego chatę od rzeki. Stary wyszedł na skrzypiące schody i zmrużył oczy, aby dostrzec, kto znajduje się przy studni. Wiadro zniknęło wraz z łańcuchem, zanurkowało w pustym szybie. Stary podbiegł do otworu i ze strachem cofnął się o krok. Dopiero, kiedy uspokoił oddech, powoli zbliżył się ponownie.
             We wzburzonej tafli widział zniekształcone odbicie swojej przemęczonej starością twarzy. Jednak uspokajająca się woda wygładziła po chwili oblicze mężczyzny. Stało się jaśniejsze, jędrne. Oczy nabrały swojego niebieskiego wyrazu, a czarne włosy zdrowia i objętości. Wyprostował się jakby w zwolnionym tempie i rozejrzał wokół. Ciemność pomiędzy drzewami naprzeciwko chaty wypełniła się gęstą mgłą, która całymi kłębami zbliżała się do mężczyzny. Kij wypadł z jego dłoni opartej na otworze studni i zanurzył się z cichym pluskiem do wody. Na jej znów poruszonej tafli, oprócz zupełnie zdezorientowanej twarzy mężczyzny, pojawiła się piękna kobieca sylwetka w sukni z mgły. Bladą dłoń położyła na ramieniu kochanka i zbliżyła usta do jego ucha.
             Uścisk kobiety z mgły był bardzo mocny. Mężczyzna przygarbił się i widział siebie pochylonego nad studnią. Poczuł ulotny pocałunek w płatek ucha, a potem woda wzburzyła się tak, że nie sposób było dostrzec przez nią nic więcej. Wzbiła się w górę, ochlapując kobietę i rozmywając ją w ułamku sekundy. Zmieniła się we mgłę, zakołysała się nad ziemią, kiedy słońce ponownie wyjrzało zza horyzontu. Zupełnie wysuszając wodę ze studni.
             A na jej dnie, obok łańcucha zwiniętego w idealny kłębek, przypominającego uśpionego węża, leżała skurczona męska sylwetka. Jakby we śnie oczekując na kogoś, kto pocałunkiem ponownie przywróci ją do życia.



                W chacie, szczury i myszy obsiadły koc wgryzając się w niego ostrymi ząbkami. Odór ich odchodów wypełniał niewietrzone od dawna mieszkanie. Na podłodze leżała zakurzona ramka, po której leniwie spacerował chudy, wielki pająk. Pod nią leżało jedno zgięte zdjęcie dziecka, to w ramce zaś, skurczone od wpływu czasu i wilgoci, przedstawiało mężczyznę i kobietę. Pięknych, młodych, z oczami odurzonymi miłością i twarzami pogrążonymi w błogim spokoju. Kilkanaście metrów od tego domu, takie same zdjęcie widnieje na nagrobku, przy dużym, dwuosobowym grobowcu. Obok kamienny anioł, wieczny i zamyślony, snuje swoją opowieść o przemijalności, choć nikt od dawna nie chce go słuchać. Bo tam, w otchłani niepamięci, tysiąc stóp pod ziemią, rodzą się nowe formy życia, których nie interesuje przeszłość…
          
          Zdarzyło się to lat temu, sam anioł nie wie ile, bo gdy wybudowano ten cmentarz niewiele osób pozostało na świecie. Krypty i mogiły pokrywały każdą możliwą przestrzeń, każde pole, łąkę, las. Brakowało miejsca, aby chować zmarłych, a potem nie było już komu tego robić. Jak długo można opierać się śmierci? Dopóki ma się kogoś do towarzystwa. Ona nie wytrzymała długo, wyschnięta studnia przyciągała niczym magnez. Mężczyzna w medytacji i snach pukał przez wiele lat w bramy podziemnych krypt, gdzie zwilgotniałymi korytarzami snuły się bezkształtne postaci z mgły. Strach był silniejszy od miłości, lecz czego tak długo można szukać na opustoszałym i zgniłym świecie? Wiedząc, że tam, pod ziemią lub pod falami rzeki w gęstwinie wodorostów, można żyć w nieskończoność szczęśliwym i wolnym?

 - Czemu tak długo? Skazałeś mnie na czekanie pod ciężkim kamieniem mojego grobowca, na znoszenie obłażących moje ciało robaków i obserwację zanikających tkanek ciała…
- Odwiedzałem cię tak często jak się da. W głowie, myślami, duchem.
- To nie wystarczało. – wyciąga swoją delikatną dłoń, gładzi twarz mężczyzny, na którą powoli wpływa porcelanowa biel.

         Obydwoje wirują w wodnej otchłani studni. Woda bulgocze dookoła, jest brudna i śmierdzi. Śliskie ściany pokrywa mokry mech i glony. Wielkie ślimaki bez skorup odpadają, nie mogąc się utrzymać i lecą w dół za objętą parą wśród małych, wodnych bąbli.



          Kim tak naprawdę byli? O to nie zapyta nikt kamiennego anioła. Patrzy on z dołu na krążące nad wzgórzem jaskółki. Na tle zachodzącego nieba wyglądają jak małe pociski, które zaraz zamienią cmentarz w gruzy i pył.
             Nikt nie zapyta, ale odpowiedź i tak wiecznie krąży wśród grobowców i krzewów zwiędłych róż. Lecz może, jeśli kiedyś na ten opuszczony cmentarz powróci dziecko pary kochanków, zrozumie tę prawdę
Zobaczy we mgle swoją własną postać, która wpada do rzeki, a glony obłapują ją za nogi i wciągają na dno. Wzburzone fale będą przykrywać czarną czuprynę malca i zagłuszać rozpaczliwe krzyki jego matki, zbiegającej ze wzgórza. Potem, zaklinowany w rzecznym mule wypuści ostatnie tchnienie. Bąbelki poszybują w górę, dając ostatni znak, że to już koniec.
             Chłopiec przypomni sobie wielkie ptaki krążące nad wodą, zawodzące głośno, płacząc nad zmarłym. I gdy jego nabrzmiałe ciałko wypłynie wreszcie na powierzchnie setkę mil dalej, nie będzie nikogo, kto by je miał pochować.
            Nadbiegająca ze wzgórza kobieta potknie się i runie w czarną mgłę, zbierającą się od strony rzeki. Silne mężowskie dłonie nie będą w stanie jej utrzymać ani teraz, ani później, gdy w rozpaczy rzuci się do wyschniętej studni. Ptaki przybierające coraz większe rozmiary w końcu zupełnie zasłonią niebo. Ich czarne skrzydła opatulą dolinę, jak pod ciepłym kocem i pogrążą ją w wiecznej ciemności. Nawet, kiedy powrócą do normalnych kształtów, nawet, kiedy mężczyzna pogodzi się ze stratą rodziny, nawet, kiedy słońce na chwilę wyjrzy ze wschodu, ciemność w każdej postaci zawsze będzie spowijała cmentarz nad rzeką. I szybko okaże się, że tam, gdzie władzę dzierżą zmarli, nie ma miejsca na jakiekolwiek granice. 


  
(zdjęcie Laury Makabresku)


wtorek, 20 października 2015

{SŚ4} Przestrzeń to harmonia nieskończonej liczby wymiarów




{SŚ4}


Miejsca. Historie bez zakończeń. Świat bez słów, rozciągnięty w umownej przestrzeni. 


Przygoda. Wzrok wojownika, który Nie Musi walczyć, bo posiada Brak – pożądania. Przestrzeń nie ma granic, ale sama jest granicą. Bawi nas historiami i otacza czasowymi emocjami. Co dzień osnuta płaszczem zwyczajności, zaprasza na pokaz o nazwie życie.
Nie uczestniczysz.

Wiadomość niewystarczająca, by spróbować patrzeć i zobaczyć. Zrozumienie przychodzi o zmroku, ale nic nie znaczy.  

Wyczerpały się zwierzęce dolegliwości, którymi mógłbyś wytłumaczyć swoje metafizyczne lenistwo. 


Jest ograniczająca meta-przestrzeń o kwiecistych brzegach, przez zachwyt nad którymi, nie idziemy dalej.

Bo i po co?

Poza – pozazdrościć wolności tym, którym się udało żyć naprawdę.

Wypatrzeć ostatni lot i pomachać na pożegnanie. Nic już nie znaczą gesty, słowa, to tylko mój umysł, który w nieudolny sposób próbuje wyrazić cokolwiek, a poprzez to wyrażanie pozbyć się (?) nadmiaru. Przestrzeni.
Nie jest tak lekka jak się wydaje, a wydaje się niewiele, gdy nos utkwiony w próżnej treści swego umysłu. Miejsca i bezwład. Lot feniksa nad własnym popiołem, którym posypali kiedyś twoją głowę.
Rozpierzchł się w przestrzennym wietrze, podrywającym w górę uczucia, każąc zadać sobie pytanie: co czuć tak właściwie, gdzie patrzeć?
 
Gdy nie wiesz gdzie patrzeć – spójrz w Słońce.
Centrum meta-przestrzeni symbolicznej. Odurz się jego blaskiem i pozwól wypalić mu swoje przyzwyczajenia.
Bądźmy gotowi na skok, który zrobimy – z kojącą muzyką u boku, rozbrzmiewającym dźwiękiem ciszy – ciszą pomiędzy przedmiotami, pomiędzy miejscami styku wymiarów świadomości transgresywnej.
Przestrzeń to harmonia nieskończonej liczby wymiarów. A i tak jest ograniczeniem. Współgranie to taniec przerw pomiędzy A i B. Chmury fioletów nad głowami czarujących życie, gwiezdnych oddechów.
Nie zapomnij o Słońcu, noś je w sobie, niech grzeje równomiernie, uwypuklając granice, by jak neony świeciły nocą.

Wiemy gdzie patrzeć, wiemy gdzie iść. Nie wiemy co myśleć, podczas wędrówki.  

Myśl zgubiła się w ciemnym gaju i tam puści plony, ogrzana… Księżycem.

My.

Wędrowiec, wojownik bez chorągiewki w duszy, wolny
„bez-myślenie”
Cyklicznie
przemierza spiralne drogi świadomości.
Aż mu się znudzi i powie stanowczo: chcę żyć – doświadczać i czuć to – po prostu.

Słońce. 



 

 ~~*~~