Piątek 13stego interesował mnie kiedyś głównie z powodu filmu o tym samym tytule, ponieważ naoglądałam się w pewnym okresie swojego życia takich horrorów (z wielkim uwielbieniem). Wolałam Freddiego od Jasona, chociaż jego ociężała otępiałość jest bardziej przerażająca. Nigdy nie zapomnę sceny z pierwszej części filmów, kiedy mały Jason wyskakuje z jeziora, bo się jej przestraszyłam.
Ale potem zapomniałam o tych powiązaniach i wczorajszy dzień nadał idei piątku 13stego nowy wymiar. Doświadczanie tego dnia rozciągnęło się poza czas i przestrzeń, a takie wędrówki lubię najbardziej.
Pogoda miała wpływ na to, że dzień wydawał się trochę ociężały, jakby grawitacja działała mocniej, albo jakbym sobie o niej za bardzo przypominała. Ale była w tym lekkość umysłu. Paradoks? Nie sądzę, po prostu transgresja. No i teraz najważniejsza punkt programu - był to po prostu dzień stonerowy do szpiku.
Miałam przyjemność uczestniczyć w koncercie trzech wyjątkowych zespołów w Toruńskim klubie Dwa Światy, które to (koncerty) nasyciły mnie przyjemnym kołysaniem w głowie, które mam do teraz. Przyjemność z obcowania z dźwiękiem i ludźmi, którzy go tworzą to piękna możliwość poszerzania horyzontów i zderzania ich z innymi. Rozmowy i energia przepływająca wczoraj pod moim kapeluszem wskazują na jedno: świetni ludzie słuchają świetnej muzyki, która (stoner i pogranicza) jest świetnie rozwinięta w Polsce, a Toruń to miasto idealnie współgrające z tym klimatem.
Powiem wreszcie coś o samych koncertach. Diunę znam bardzo dobrze, co pozwoliło mi odebrać wczorajszy koncert z bagażem doświadczenia. No i okazało się, że występ był wyjątkowy nie tylko dlatego, że muzycy ubrali się stosownie, ale też zagrali naprawdę dobrze utwory znane i mniej znane, które łączyły się w przestrzenną całość, dając zastrzyk :) pustynnej energii, kiedy wschodzi słońce, ale wciąż się czuje poprzednią noc. Ucieszył mnie zagrany na koniec cover toruńskiego zespołu Wieczny Powrót, bo przypomina, że dobrą mamy tu muzykę i naprawdę ciekawych ludzi, którzy ją tworzą. Każdy jest niepowtarzalny na swój sposób i to co wyraża wpada w wiry porozumienia z innymi ludźmi. Taka muzyka dosięga kosmosu stojąc twardo na ziemi. Czego tu więcej chcieć?
To się tyczy oczywiście też kolejnych zespołów. Kapitana Bongo znałam z Red Smoke Festival, gdzie zagrali jeden z najfajniejszych koncertów festiwalu. Poza tym mój Mężczyzna zakupił nową płytę, która i mnie i jego powaliła na kolana. Jest mega dobra i co tu dużo mówić. Wokale płyną, słowa rysują się pięknie w umyśle słuchającego - odniosłam przyjemne głaskanie podczas utworu w języku angielskim. Ponieważ mam ostatnio zakręcenie na punkcie języków (jako takich), ich brzmienia, fonetyki i w ogóle tego, że istnieją (jako formy); to szczególną uwagę zwróciłam jak pięknie angielskie słowa rozbrzmiewały w kosmicznym uniesieniu. Space. Dzięki chłopaki za ten występ, bo miałam na nim takie momenty, w których sięgałam myślami interesujących głębin własnej osoby, nie zatracając się w tym i nie zapętlając, a mając świadomość otoczenia. To jest właśnie skutek ... poszerzania mózgu. Wiecie Czytelnicy, jak dużo można w sobie pomieścić i wciąż czuć się lekko?
Może to dobry czas na wspomnienie ostatniego zespołu, którego nie znałam, no bo dlaczegóż człowiek miałby znać wszystko. Nie sprawdzałam nic przed koncertem, ponieważ nie chciałam i tyle. Dlatego ostatni zespół był odsłoną ciężaru, który wierci wierci wierci i wierci, ale rozciąga się z tym na wieczność i dlatego nie czyni zdruzgotania, a pragnienie słuchania jeszcze, więcej, dłużej. Bo wciąż w głowie jest przestrzeń i nigdy się nie kończy, bo sami ją tworzymy. Ach. Gnana takim wewnętrznym entuzjazmem, który doprowadził mnie do umysłowego rozdygotania (w sensie pobudzenia), zakupiłam album MOAFT. Musiałam się upewnić, że jest na nim utwór zagrany jako ostatni - 'lipushka', ponieważ.. tak. To było To.
Nie czuję potrzeby rozpisywania się nad tym, jak wspaniale jest doświadczać muzyki. O każdym z koncertów można by mówić długo. Można też mówić o tym, że po prostu warto wychodzić w kierunku muzyki. A taka muzyka jest naprawdę warta poznania, ponieważ jej zasięg rozciąga się na pustynie. Czego chcieć więcej? No ja się kładę!
A tak naprawdę nie - mam pełno energii, więc dziękuję ludziom, którzy tam też byli i dzielili się swoimi cudownymi pomysłami, pasjami, entuzjazmem do kreacji. To te interakcje stanowią ostateczny bodziec przyjemnego pobudzenia jaki odczuwam od rana. Co do samej muzyki, dobrze, że jest. Tak jak i cisza i śpiew ptaków, który mnie usypiał.
Pokazało się słońce, to dobry znak na to, że kolejny dzień przygód można zacząć :)
sobota, 14 maja 2016
niedziela, 8 maja 2016
Bajka o Melodii
***
Światłowód Dźwięku
rytmem wypełnia mój oddech.
I każdy krok
w takt wszechświata stawiam.
***
Za górami, za lasami, za kilkoma
pętelkami, a może i nie... rozciągało się wielkie, błyszczące
jezioro. Na nim rybak, u stóp pagórków, kołysał się w małej
łódce. Nie wiadomo czy to mgła zbierała się nad doliną, czy dym
z pobliskich hebanowych chat. Jak ta, w której późnym wieczorem,
na dźwięku, żwawo tworzyła się Melodia.
Miała na sobie ciemnozielone szaty i
z białych kwiatów wianek. W cieniu przybierał nieokreślony kolor
i jego kształt stawał się bardziej widoczny – a raczej zmienność
i nieokreśloność tego kształtu. Więc nie wiadomo, co za nakrycie
głowy nosiła. Jedni powiadali, że to poświata; inni, że to
kwestia nastroju, emocji? A ostatni – i ci wiedzieli, że to
Melodia Doświadczenia – nie przypisywali jej nic. I to też jest
bardzo bez znaczenia dla ciągłości tego człowieczego stanu
skupienia.
Ta Melodia po prostu rozszerzała
przestrzeń i czyniła to brzmieniem i brzemieniem bezkresu słów.
Budują one skrupulatnie spirale, z czułością odznaczając granice
przebytych dróg. A droga była dla niej celem – ale nie wiadomo
przez jak długo. Czas, choć ważny dla toru płynięcia Melodii,
nie był tak potrzebny, jak bycie słuchanym przez Masyw. Góry były
bowiem wielkie i płodne, porośnięte pokornymi drzewami. Lecz kiedy
Melodia zbliżała się ku ich koronom jak zbawienne promienie
słońca, wyciągały się w stronę nieba. Ptasie trele, ułożone w
beztroską pieśń życia, dołączały do dźwięków kreacji. By o
poranku, może, kiedy wszystko staje się bardziej intensywne –
dołączyć do oddechu Planety.
Gdy Melodia Doświadczenia powracała
tak po cieniach nocy, a robiła to w ciszy i z gracją – była
niczym pierwszy oddech narodzonego dziecka. Jaśniejąc nad dolinami
każdorazowo zapraszała na swój jedwabisty pokład utkany z
subtelnych dźwięków. I pytali ludzie – kto ją taką stworzył,
wygrał, wyśpiewał? Skąd te struny wszechświata i kto nimi
porusza? By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba było wybrać się za górę,
przejść przez las i wzrokiem ogarnąć spokojną taflę jeziora, nawet jeśli tylko w wyobraźni.
To
Melodia mknie po powierzchni i lekkim wiaterkiem wznosi twe włosy do góry!
Nieskończoną daje ziemię,
urodzajną, będąc promem wymiarów stworzonym z innej niż znana nam
materia.
Jeśli ją dojrzysz, usłyszysz
– czyste dźwięki przecinające delikatnie krajobraz – pójdź
za nimi, łącząc zmysły w jeden i zdaj dzięki niemu relację z podróży. Bo
może to ekspresja jest twórcą i tworzywem Melodii. A każda z form
to ekspansja, ciągłość w nowości przejawów doświadczania.
Szumią one jak jasny górski potok... a może to wszystko jego
opowieść, snuta cienką nicią na niebie pełnym gwiazd. A tam...
świat jawi się jako realny. Jest to
tak miłe, że odwrotność staje się absurdem. Śpiewają ptaki,
tak po prostu i same pewnie nie wiedzą dlaczego podejmują się tej
ekspresji. Niczym potoki spływające warkoczami splecionymi z gałęzi
drzew, których celem jest istność i modelowanie wszechświata w
przedsionkach doświadczenia.
Ich obejmująca wszystkość
perspektywa, nazywająca relacje pomiędzy szczegółami, okazuje się
modelowaniem tego, co dąży istotą bytu – do zapętlania.
Jezioro wszak głębokie i skrywające w sobie wiele wodnych żyjątek. Przestrzenie poezji i dźwięku
splatają się więc naprzemiennie, ale praktycznie poza
powierzchnią wyrażalności. Można tańczyć na ich przezroczystych
lustrach lub podziwiać z zachwytem w sercu. Nic nie stanowi problemu
dla przekucia treści w nieskończone formy możliwości
doświadczania. A te z kolei w dźwięk mikrokrystalicznych fal
miłości, by móc żyć długo i szczęśliwie, jak na końcu każdej szanującej się opowieści o Pięknych Miejscach.
Koniec
Labels:
bajka,
czas,
dźwięk,
fale,
harmonia,
melodia,
metafora,
miłość,
muzyka,
opowiadania,
piękne miejsce,
piękne myślenie,
podróż,
poezja,
przestrzeń,
własne
sobota, 23 kwietnia 2016
Język i literatura Indii
Chciałabym nawiązać do spisywanych w sierpniu zagadnień filozofii indyjskiej, rozszerzając poruszone tam problemy, a zarazem dodać nowe.
Coraz większe zainteresowanie językiem sprawiło, że powróciłam intelektualnie do Indii, aby odkryć tę kulturę, doświadczyć jej w jeszcze inny, uzupełniony sposób - poprzez język i literaturę. W sprawie języka, warto powiedzieć kilka podstawowych rzeczy.
Na terenie Hindustanu ludność posługuje się ogromną liczbą języków, w tym 23 to języki urzędowy - na czele z hindi, urdu i angielskim. Hindi, jako język najpopularniejszy, zapisywany jest alfabetem devangari, który z kolei używany jest również w sanskrycie.
Sanskryt - to dopiero przygoda. Jeden z najstarszych języków świata. Nie rozwija się od czasów gramatyki Paniniego (który usystematyzował język, włożył go w ścisłe ramy), ale istnieje nadal i pisana jest w nim literatura. Oczywiście sanskryt nie wziął się znikąd. Nazwa mówi "udoskonalony, oczyszczony" (sanskrita). To język dla wyższych kast, używany w filozofii, literaturze, religii. pochodzi z jeszcze starszych pism Indii (I tys p.n.e.), kolejno od końca - guptyjskiego, siddham ('pismo spełnionych) i wreszcie brahmi (od Brahmi - Sarasvati, patronki kasty braminów). Mamy zatem już od tego pierwszego języka potwierdzenie, że należał do najwyższej kasty, podczas gdy naturalne, potoczne języki (dialekty ludowe, prakrita) rozwijały się spontanicznie. Wśród tych języków znajduje się np. pali (język palski), niesamowicie podobny do polskiego (na co i nazwa wskazuje). Ale i w sanskrycie nie brakuje podobieństw z naszym ojczystym językiem. Właśnie te podobieństwa, porównania z językami zachodnimi, dały podstawę do rozwoju językoznawstwa.
Okazywałoby się bowiem, że w historii języków, pomiędzy nimi, istnieje wielka sieć relacji i wzajemnych oddziaływań, które w żadnym miejscu nie urywają przerwaniu. Przecież Polskę i inne kraje słowiańskie, szczególnie Środkowej Europy, od Hindustanu dzieli długa odległość. I tak samo jak dzisiaj mamy zapożyczenia językowe, wzmożone wpływy zewnętrzne do języków, tak w tamtym wieku było podobnie. Ariowie, którzy przynieśli rozwój kulturowy Indii, przebyli pół świata pozostawiając po sobie oddziaływania, musieli posługiwać się językiem, który w efekcie rozsiania uległ rozmaitym deformacjom i dlatego teraz badanie różnych słów, ich pochodzenia, odsyła do wszystkich języków i w każdym można znaleźć trochę formalnej prawdy.
W kwestii tłumaczeń dzień sanskryckich, to ciężko mi orzec czy tracą walor odczytania ich w oryginalnym języku, pod który były w dużej mierze zaprojektowane (poezja choćby, podobnie jak w naszym oświeceniu) i wiązały się ze szczególną rytmizacja lub dźwięcznością. To jednak po polsku brzmią naprawdę dobrze, zapewne zyskują nowy wymiar przy odczycie w jakimkolwiek języku.
Wracając do popularniejszych niż sanskryt języków, to oprócz palijskiego (pisany w nim był kanon buddyjski i dżinijski), w pierwszej kolejności zainteresował mnie hindi z oczywistych powodów - popularności. W przypadku tak wielkiego kraju, jakim są Indie, znajomość podstawowego języka (choć tym w zasadzie byłby chyba sanskryt), ukaże mi dużo w samym rozumieniu kultury.
Największą trudnością jest nauka alfabetu, czy może raczej operowanie nim, jak tak łatwo jest transliterować sobie teksty napisane w hindi, i czytać alfabetem łacińskim. Ale fascynujące jest to, jak poszczególne litery i sylaby układają się w konfiguracje, tworząc sobą nową jakość.
Z kwestii literackich, muszę z wielkim uniesieniem zakomunikować o wciągającym materiale staroindyjskich pism. Sama Mahabharata mnie bardzo wciągnęła, a zainteresowanie wzbudziła cała idea opowiadania, opowieści związana z ustnym przekazywaniem historii (która w takiej formie nigdy nie była stała). To oddziałuje na tłumaczenia, przekłady, czy właśnie opowiadania eposu w innym języku. (B. Mikołajewska).
Najstarszą literaturę dzieli się na część palijską (buddyzm, dżinizm, sutry) oraz sanskrycką, chociaż to ogólne uproszczenie, bo wiadomo, że w Indiach jest dużo języków używanych z różnym po prostu natężeniem. W drugiej grupie mamy Wedy, święte pisma śruti, śastry czyli pisma filozoficzne, następnie literaturę świecką i eposy. Ta ostatnia to smryti, stanowią uzupełnienia praktyczne do Wed, i warunek ich zrozumienia. Wyróżnia się więc literaturę teoretyczną (wedangę) oraz praktyczną (upaweda: ayurweda - medycyna, łucznictwo, muzyka, arthaśastra - rzemiosło-polityka). Wedanga zawiera w sobie naukę fonetyki i pozadiów, gramatyki i języka (w sensie słów, etymologii), a także astronomii (dźjotisza) i wreszcie: kalpę.
To w tej kategorii wedangi zawarte są najważniejsze zasady regulujące życie społeczne, obowiązki władcy i człowieka (dharmaśastra, dharma - prawo, porządek). Bo i w Indiach społeczeństwo tworzyło całościowy porządek wszechświata. Mamy tu świecką literaturę taką jak purany - legendy, poematy dworskie, prozę dworską, dramaty, sutry, ithiasy - historie, eposy. O eposie już wspominałam - to wielka Mahabharata (IIIpne - IIIne), stanowiąca esencję Wed i smryti. Drugim ważnym utworem jest Ramajana (IIpne - IIne), dzieje Ramy (wcielenie Wisznu). I chyba od tego zacznę krótką refleksję przy następnym poście.
Coraz większe zainteresowanie językiem sprawiło, że powróciłam intelektualnie do Indii, aby odkryć tę kulturę, doświadczyć jej w jeszcze inny, uzupełniony sposób - poprzez język i literaturę. W sprawie języka, warto powiedzieć kilka podstawowych rzeczy.
Na terenie Hindustanu ludność posługuje się ogromną liczbą języków, w tym 23 to języki urzędowy - na czele z hindi, urdu i angielskim. Hindi, jako język najpopularniejszy, zapisywany jest alfabetem devangari, który z kolei używany jest również w sanskrycie.
Sanskryt - to dopiero przygoda. Jeden z najstarszych języków świata. Nie rozwija się od czasów gramatyki Paniniego (który usystematyzował język, włożył go w ścisłe ramy), ale istnieje nadal i pisana jest w nim literatura. Oczywiście sanskryt nie wziął się znikąd. Nazwa mówi "udoskonalony, oczyszczony" (sanskrita). To język dla wyższych kast, używany w filozofii, literaturze, religii. pochodzi z jeszcze starszych pism Indii (I tys p.n.e.), kolejno od końca - guptyjskiego, siddham ('pismo spełnionych) i wreszcie brahmi (od Brahmi - Sarasvati, patronki kasty braminów). Mamy zatem już od tego pierwszego języka potwierdzenie, że należał do najwyższej kasty, podczas gdy naturalne, potoczne języki (dialekty ludowe, prakrita) rozwijały się spontanicznie. Wśród tych języków znajduje się np. pali (język palski), niesamowicie podobny do polskiego (na co i nazwa wskazuje). Ale i w sanskrycie nie brakuje podobieństw z naszym ojczystym językiem. Właśnie te podobieństwa, porównania z językami zachodnimi, dały podstawę do rozwoju językoznawstwa.
Okazywałoby się bowiem, że w historii języków, pomiędzy nimi, istnieje wielka sieć relacji i wzajemnych oddziaływań, które w żadnym miejscu nie urywają przerwaniu. Przecież Polskę i inne kraje słowiańskie, szczególnie Środkowej Europy, od Hindustanu dzieli długa odległość. I tak samo jak dzisiaj mamy zapożyczenia językowe, wzmożone wpływy zewnętrzne do języków, tak w tamtym wieku było podobnie. Ariowie, którzy przynieśli rozwój kulturowy Indii, przebyli pół świata pozostawiając po sobie oddziaływania, musieli posługiwać się językiem, który w efekcie rozsiania uległ rozmaitym deformacjom i dlatego teraz badanie różnych słów, ich pochodzenia, odsyła do wszystkich języków i w każdym można znaleźć trochę formalnej prawdy.
W kwestii tłumaczeń dzień sanskryckich, to ciężko mi orzec czy tracą walor odczytania ich w oryginalnym języku, pod który były w dużej mierze zaprojektowane (poezja choćby, podobnie jak w naszym oświeceniu) i wiązały się ze szczególną rytmizacja lub dźwięcznością. To jednak po polsku brzmią naprawdę dobrze, zapewne zyskują nowy wymiar przy odczycie w jakimkolwiek języku.
Wracając do popularniejszych niż sanskryt języków, to oprócz palijskiego (pisany w nim był kanon buddyjski i dżinijski), w pierwszej kolejności zainteresował mnie hindi z oczywistych powodów - popularności. W przypadku tak wielkiego kraju, jakim są Indie, znajomość podstawowego języka (choć tym w zasadzie byłby chyba sanskryt), ukaże mi dużo w samym rozumieniu kultury.
Największą trudnością jest nauka alfabetu, czy może raczej operowanie nim, jak tak łatwo jest transliterować sobie teksty napisane w hindi, i czytać alfabetem łacińskim. Ale fascynujące jest to, jak poszczególne litery i sylaby układają się w konfiguracje, tworząc sobą nową jakość.
Z kwestii literackich, muszę z wielkim uniesieniem zakomunikować o wciągającym materiale staroindyjskich pism. Sama Mahabharata mnie bardzo wciągnęła, a zainteresowanie wzbudziła cała idea opowiadania, opowieści związana z ustnym przekazywaniem historii (która w takiej formie nigdy nie była stała). To oddziałuje na tłumaczenia, przekłady, czy właśnie opowiadania eposu w innym języku. (B. Mikołajewska).
Najstarszą literaturę dzieli się na część palijską (buddyzm, dżinizm, sutry) oraz sanskrycką, chociaż to ogólne uproszczenie, bo wiadomo, że w Indiach jest dużo języków używanych z różnym po prostu natężeniem. W drugiej grupie mamy Wedy, święte pisma śruti, śastry czyli pisma filozoficzne, następnie literaturę świecką i eposy. Ta ostatnia to smryti, stanowią uzupełnienia praktyczne do Wed, i warunek ich zrozumienia. Wyróżnia się więc literaturę teoretyczną (wedangę) oraz praktyczną (upaweda: ayurweda - medycyna, łucznictwo, muzyka, arthaśastra - rzemiosło-polityka). Wedanga zawiera w sobie naukę fonetyki i pozadiów, gramatyki i języka (w sensie słów, etymologii), a także astronomii (dźjotisza) i wreszcie: kalpę.
To w tej kategorii wedangi zawarte są najważniejsze zasady regulujące życie społeczne, obowiązki władcy i człowieka (dharmaśastra, dharma - prawo, porządek). Bo i w Indiach społeczeństwo tworzyło całościowy porządek wszechświata. Mamy tu świecką literaturę taką jak purany - legendy, poematy dworskie, prozę dworską, dramaty, sutry, ithiasy - historie, eposy. O eposie już wspominałam - to wielka Mahabharata (IIIpne - IIIne), stanowiąca esencję Wed i smryti. Drugim ważnym utworem jest Ramajana (IIpne - IIne), dzieje Ramy (wcielenie Wisznu). I chyba od tego zacznę krótką refleksję przy następnym poście.
Subskrybuj:
Posty (Atom)