Kartezjusz ze swoim wspaniałym pomysłem dotyczącym pewności ludzkiego poznania dokonał ważnej dla całej filozofii refleksji. Ważna jest głównie dlatego, że podjął się jej opisania, a przez to zobiektywizowania i utwierdzenia w świadomości kolejnych pokoleń (nie tylko filozofów). Problem polega właśnie na tym, że filozofia wielu filozofom zawdzięcza ujęcie w zrozumiałe słowa pewnych rzeczy, a zarazem filozofia dzięki nim staje się regułką, w którą wpatrzeni są inni ludzie. Już nie tylko zajmujący się tą dyscypliną, ale każdy przeciętny człowiek, dorastający wśród mentalności, histerycznej i podzielonej na ciało i ducha. Właśnie - mentalności, ponieważ to w umyśle poutykały całe pokolenia, nie mogąc żyć w takim rozdarciu, no bo proszę państwa - wyobraźcie sobie życie w rozdarciu, w odrębności od swojego ciała, albo od ducha; skoro tak tajemniczy jest powód, dla którego duch wpływa na ciało (zamiary, myśli przetwarza w akcie/czynie w bryłę materii). Kartezjusz nie popełnił jednak błędu, popełniają go pochopni interpretatorzy i osoby, którym wystarczy dowiedzieć się o kartezjańskim dualizmie, a potem pozamykać tę wiedzę szczelnie w umyśle i pozwolić, aby jej niezrozumiałe aspekty kierowały naszym życiem.
Do czego jednak ja zmierzam rozdzierając biednego Kartezjusza, a raczej jego filozofię na takie skrajne opinie: z jednej strony mówię, że dokonał czegoś ważnego, bo opisał refleksję, medytację, której dokonuje (a przynajmniej do tego ma predyspozycję) każdy. Zaś z drugiej strony wyrażenie tego w sposób ogólny i obiektywny sprawiło, że niewiele osób zaczęło odnosić owe refleksje do siebie - uczynienie z tego filozofii podręcznikowej zepchnęło problem w sferę komentarzy, interpretacji, nieporozumień, z których dziś wynika jasno, że Kartezjusz zranił myśl zachodnią swoim dualizmem, odosobnieniem, zarozumiałością w stosunku do świata (w poznaniu i doświadczaniu go).
Zarysowany wyżej obraz jest odpowiedzią na pytanie, do czego zmierzam. Na celu mam tylko unaocznienie powyższego faktu i ponowne zwrócenie uwagi na fakt, że każdy człowiek dokonuje autorefleksji, w której znajduje podstawę swojego poznania - Ja, czyli świadomie ogląda samego siebie, otaczający świat oraz wszelkie niematerialne byty, jakie go również otaczają (byty idealne typu: pojęcia prawdy, dobra, liczby, logika etc). Świadome spojrzenie na życie sprzyja dalej pojęciu kilku faktów, do których dotarł także i Kartezjusz. Zapominamy jednak o tym, jak ważne jest, abyśmy to my odkryli samoświadomość, a nie żebyśmy myśleli, że to Descartes odwalił za nas całą robotę. Jeśli tak myślimy to wpadamy w błąd, który jest drugą stroną monety z twarzą naszego francuza, o której już pisałam.
Pójdźmy jednak dalej w tej refleksji, świadomym oglądzie samych siebie. Wycofujemy się ze świata zewnętrznego, stawiając w pierwszym rzędzie swój rozum (dzięki niemu dokonujemy refleksji), odrzucając chwilowo zmysłowe obiekty i w ogóle empirię (doświadczanie). W ten sposób docieramy do samoświadomości = "podmiot sam stanie się przedmiotem poznania". Po takiej samodzielnej podróży w głąb siebie musimy powrócić do świata, zewnętrzność jawi się jednak trochę inaczej, niż z początku... Innymi słowy, bardziej zagadkowo: "Po wycofaniu się do wnętrza, zewnętrzność musi zostać ponownie odzyskana".
I według epistemologii zaczyna się tu problem zwany problemem realności świata zewnętrznego.
Albo bardziej dokładnie, bo przecież o realność sprzeczać już się nie trzeba (każdy że zdroworozsądkowy człowiek wie, jego ręka istnieje naprawdę tak, jak istnieje stojąca obok butelka, albo drzewo) - mówiąc więc dokładniej - problem dotyczy natury realności świata. A nawet tego, jaka cecha świata powoduje jego istnienie.
Zanim przejdę dalej odpowiem, że ma to związek ze świadomością... i matematyką/ z matematyką... i świadomością.
Kartezjusz rozwiązuje ów problem wspomnianym już dualizmem (świat jako odrębny byt, materia i duch), inne rozwiązania są zaś natury monistycznej, czyli albo wszystko jest duchem (spirytualizm), albo wszystko jest materią (materializm). Niech Czytelnik się rozejrzy i zastanowi, kto w jego otoczeniu funkcjonuje na którym z poglądów na naturę świata. Są to poziomy wynikające z różnorakiego przystosowania indywiduum, doświadczeń i wiedzy jakie nań wpływały w przeciągu życia. Jeśli zaś ktoś nie jest w stanie się dookreślić to mam świetne wieści, ponieważ właśnie po to piszę, by uzmysłowić zawodność starych terminologii (i terminologii w ogóle), jeśli sami nie dokonamy autorefleksji i sami nie przebadamy problemu.
Wróćmy więc ponownie do momentu wycofania w siebie, aby znaleźć swoje Ja, Jaźń czy też osiągnąć samoświadomość. Kiedy opuszczamy świat, albo wydobywamy siebie ze świata, by go zrozumieć - w naszej przestrzeni istnieje tylko to, co nas stworzyło, tworzy i stworzy. Innymi słowy jest to oczywiście strzałka czasu, ale my dzięki refleksji możemy objąć ją świadomym spojrzeniem i przemyśleć na nowo swoją przeszłość, oczekiwania wobec przyszłości oraz teraźniejszość, w której jak się okazuje świadomość dokonuje aktu samopoznania. Dowiadujemy się, że świat wewnętrzny (duch) może być uchwycony tylko w chwili, w zatrzymaniu się, świadomym oglądzie. W te i inne rejony wprowadzamy jednakże intelekt, bo przecież sama wyprawa "w siebie" miała na celu pojęcie pewnych rzeczy i praw, zrozumienie własnej istoty. Intelekt - owszem - jest w stanie to ogranąć!
Świat wewnętrzny jest mu dostępny tak samo jak zewnętrzy, ale (!) należy pamiętać, aby nieustannie pielęgnować świeżość owego poznania, żeby doświadczanie było czyste (bezpośrednie), ja to nazywam poznaniem transgresywnym, czyli takim, którego sam akt może być ujęty w pewne ramy (formę), ale treści, jakie otrzymujemy (wiedza) jest zależna od rozmaitych czynników i ma charakter ekspansywny, czyli taki, który poszerza samą formę poznania. Jeśli intelekt utwierdzimy na takim stałym gruncie (transgresji) poznania, świat wewnętrzny stanie się dlań przejrzysty, a nawet pełen ekscytacji. Tak unormowany intelekt, wedle naszej wewnętrznej istoty/indywiduum, będzie z pewnością wyrywał się wreszcie do świata zewnętrznego ciekaw, jak z jego perspektywy będzie teraz wyglądał.
Z doświadczeń wiem, że świat zewnętrzny wydaje się na początku niezbyt realny. Próbujemy go kształtować według zdobytej wiedzy, albo siebie dopasowywać do niego, co wiąże się z bólem, bo wzrost świadomości nie pozwoli na ponowne zepchnięcie się w materialne paradygmaty. Czy zatem istnieją dwa odrębne światy, jak chciał Kartezjusz? Czy mamy tu dominację ducha lub materii? To wszystko zależy od ukształtowania świadomości w procesie autorefleksji, albo braku takiego ukształtowania przez brak refleksji (zatrzymujemy się na materii nie dostrzegając choćby roli umysłu, albo utykamy w świecie ducha nie mając odwagi wrócić na zewnątrz/wiąże się to z zaburzeniami psychicznymi; albo pozostajemy w dualizmie, najczęściej opierając się na władzy umysłu).
Jeśli jednak zachowamy czujność/uważność, okaże się, że mamy do czynienia z głębokim dialogiem cząsteczek o różnej gęstości, które może tylko zagęszczeniem różnią się od świata wewnętrznego. Zobrazuję taki powrót obrazkiem: wyobraźmy sobie człowieczka na kuli ziemskiej niezależnie w jakim miejscu, a wszystko co istnieje oznaczmy symbolem słońca. Człowieczek następnie zaczyna się nad czymś głowić, rozmyślać, dokonuje przeglądu własnego Ja, autorefleksji, przebudzenia świadomości od tego momentu, stopniowo, coraz bardziej świadomie ogląda świat. Wraca do niego i mamy taki sam obrazek z jedną różnicą - w człowieczku również umieszczamy symbol słońca.
Nie ma zatem szczególnej różnicy, oprócz tego co zmienia nasza świadomość. Daje ona trzeźwe spojrzenie na swoje istnienie w świecie - jesteśmy indywiduum (w końcu inaczej nie dotarlibyśmy do żadnej wiedzy oraz nie moglibyśmy poprowadzić intelektu przez zawiłe z początku rejony ducha), a zarazem jesteśmy częścią świata, która nie jest różna od nas. Bo każda materia w naszej przestrzeni, jest częścią nas, kształtuje nas w danej chwili, wpływa na postrzeganie, percepcję, a nawet nastrój - i można wymieniać w nieskończoność.
Zapewne warto tu przytoczyć dwie wizje: ja mam w sobie świat i ja jestem w świecie. Rozwikłam je następująco: będąc w świecie mam go w sobie. Będąc w świecie (niepodważalny fakt materii) mam go w sobie (kształtuje mnie, jak i ja jego). Mamy tu zatem ponownie dialogiczny charakter, lecz owy dialog jest możliwy tylko z poziomu świadomości, bo tylko tak możliwe jest zrozumienie (dialog bez rozumienia w zasadzie można porównać do procesów (tu rozumiem je jako struktury, schematy działań) biologicznych, albo w ogóle różnych typów mechanizmu, np. maszyny).
Skoro nawiązałam do pojęcia przestrzeni warto pociągnąć ten wątek, bo zaprowadzi nas prosto do matematyki, czyli zarazem do wyjaśnienia epistemologicznego problemu - co stanowi o tym, że świat jest realny? Jaka jest natura świata? Czy po prostu - jaka jest cecha realności?
Otóż na podstawową matematyczność istnienia świata składa się teoria prawdopodobieństwa, która z kolei powstała w obrębie teorii miary (miara = funkcja zdefiniowana na przestrzeń miary). Mówiąc skrótowo możliwość mierzenia (a zatem i badania) ma sens tylko w przestrzeni miary. Poza przestrzenią, w której obecne są obiekty (choćby to były abstrakcyjne liczby), nie ma możliwości badania matematycznego. A jak wiemy nasz świat jest podatny na naukowe analizy właśnie w sensie matematycznym i to zaprowadziło nas bardzo daleko (aż do osiągnięć mechaniki kwantowej, która warto zaznaczyć jest w fizyce teorią matematyczną). Skoro zaś świat może być tak ściśle badany to chyba musi mieć jakąś cechę, która się do tego przyczynia, prawda? W zasadzie, gdyby był chaosem, ciężko byłoby nam ustalić cokolwiek na jego temat - nawet w sensie wewnętrznym, a nawet duchowym (intelekt nie potrafiłby ująć pewnych wypadkowych składających się na dany system, strukturę, schemat, a przez to nie mógłby poznawać).
Idę dalej za hipotezą Michała Hellera, która mówi, że "matematyczność w sensie ontologicznym jest koniecznym warunkiem istnienia" (świata) i dalej: "nie może istnieć świat, którego struktura pozostawałaby w sprzeczności z możliwymi strukturami matematycznymi."
Możliwość to nic innego jak potencja, jak zamysł, a może nawet posunę się do tego - jak myśl. Ten "chaos" możliwości niweczy piękną regułkę o matematyczności... no bo jak tu pogodzić struktury pełne ścisłości do całej gamy różnorodności, jaką widzimy w świecie i braku przewidywalności... czy aby na pewno?
Wszak i w matematyce istnieje teoria prawdopodobieństwa, która oddziałuje nadal na wiele nauk i w ogóle na całe życie na naszej planecie. I jeśli tak jest to oznacza, że ów chaos na głębokim poziomie jest możliwy do zagęszczenia na tyle, aby móc poddać go rachunkowi prawdopodobieństwa. To właśnie prawdopodobieństwo jest siecią możliwości i potencji - mówiąc językiem kartezjańskim mamy tu wytłumaczenie w jaki sposób duch jest w stanie poruszać materią, wpływać na nią, a nawet urealniać obiekty wewnętrzne w materialne byty. Może się wydawać, że sieć możliwości (poddających się rachunkowi prawdopodobieństwa) to "duch" wedle Kartezjusza. Otóż nie, wgląd w te rejony ludzkiego życia ma świadomość. To ona pośredniczy i wypełnia wszelkie luki, tajemnice i niedopowiedzenia zarazem w filozofii, jak i w nauce. Problemy epistemologiczne stają się małym ziarenkiem, jeśli zechcemy ogarnąć je własnym poznaniem - własną świadomością. Rozbijemy w ten sposób nie tylko skostniałe filozofie, wyblakłe slogany i słowa i nie tyle zaczniemy stosować własne rozwiązania, co nasza świadomość odnajdzie wśród dostępnych rozwiązań te najbardziej właściwe dla nas. Obiektywizm jest w tym miejscu tam, gdzie możliwość wypowiedzenia i opisu. Jeśli jestem w stanie przekazać to, co napisałam, to istnieje prawdopodobieństwo, że nie tylko dla mnie okaże się to jasną drogą.
Cóż bowiem skomplikowanego w takim ujęciu realności świata, kiedy jest on opisany zarazem za pomocą wewnętrznego elementu poznającego - świadomości, jak i zewnętrznego elementu badającego - matematyki? Może tylko uwikłanie w nieswoje schematy... ale to już własna refleksyjność nas przed tym uchroni.
Pozostało mi pożyczyć wszystkim... powodzenia!, tak po prostu - w życiu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poznanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poznanie. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 czerwca 2016
Realność świata zewnętrznego
Labels:
ciało,
doświadczenie,
dualizm,
dusza,
epistemologia,
filozofia,
Kartezjusz,
kwantowa,
matematyka,
monizm,
poznanie,
przestrzeń,
rachunek prawdopodobieństwa,
realizm,
świat,
wnętrze
środa, 26 sierpnia 2015
Filozofia indyjska. Njaja i wajsieszika.
Indyjska filozofia przyrody
Również w Indiach, wbrew
pozorom, istnieli ludzie dążący do czystego poznania filozoficznego, nie z
tęsknoty za wyzwoleniem. Próbowali zinterpretować świat z perspektywy
przyrodniczej, fizjologicznej. Nie byli jednak przeciwnikami istnienia duszy,
co mogłoby być całkiem normalne przy takim, dosyć materialistycznym
nastawieniu. Nic bardziej mylnego – doktryny filozofii przyrody zajmowały się
procesami psychicznymi, psychologią, pracą świadomości w sposób nad wyraz
rozwinięty. Co zaś szczególnie ważne – dusza była dla nich tożsama z
czynnościami psychicznymi i świadomościowymi. To ona była ich nośnikiem.
Dlatego właśnie teoria o istnieniu dusz indywidualnych była przeciwstawna do
głoszonej w Upaniszadach, buddyzmie i sankhji, doktrynie o Duszy Świata,
atmanie rozpływającym się w brahmanie. W tych poglądach, dusza stała ponad
wszelkimi zjawiskami – czy to zewnętrznymi czy wewnętrznymi. Była Duszą Świata.
Była brahmanem.
Filozofia przyrody przywróciła
duszę „na ziemię”, czyniąc z niej realny element osobowości człowieka, a
ściślej mówiąc – osobowość człowieka i to, dzięki czemu on w ogóle może
istnieć. Dusze umieszczone są obok
elementów na tym samym stopniu, jako jeden z czynników, z jakich składa się
świat widzialny.
O duszach
jednostkowych wspominaliśmy już przy omawianiu dżinizmu. System dżinijski był
zatem pierwszym ze zorientowanych przyrodniczo doktryn. Następnie wymienia się
ortodoksyjne systemy, będące teoretycznymi drogami wyzwolenia według hinduizmu.
Szkoły te to njaja, wajsieszika oraz
mimansa (wymieniana w tym szeregu przez Frauwallnera). Wymienia się je obok
innych ortodoksyjnych – sankhji i wedanty – pomimo zupełnie innych idei
zawartych w naukach. Mimo tego hindusi uważają każdy z tych systemów za
odpowiedni do osiągnięcia wyzwolenia. Warto jednak zauważyć, że filozofia
przyrody o wyzwoleniu wspomina pobieżnie, ważniejsze było dla niej poznanie –
głównie w początkowym okresie rozwoju oraz bezinteresowne docieranie do wiedzy,
jak to mieliśmy przy narodzinach filozofii greckiej.
Njaja - początki
Njaja („analiza”)
– to szkoła logiki i epistemologii. Za swojego mistrza uznaje Akszapadę
Gautamę, którego sutry (Njaja-sutry) powstały
jeszcze przed erą chrześcijańską.
Logika stała się ważnym elementem
poznania, ponieważ zapewniała jasność myślenia, a logiczne argumenty (np. na
istnienie Boga) były podstawą szczęśliwej pewności co do istnienia i jego
sensów. Według njaji przyczyną uwikłania w koło żywotów jest błędne poznanie.
Czyli na przykład sądzenie o czymś, co jest niewłaściwe i złe, jak o potrzebie
koniecznej do spełniania. Takie błędy sprzyjają gromadzeniu się karmy i ponownym
narodzinom. Wymienia się takie przedmioty, które człowiek powinien poznać:
duszę, ciało, zmysły, przedmioty zmysłów, poznanie, narząd psychiczny,
aktywność, wady, dalsze istnienie po śmierci, zapłata (karma), cierpienie i
wyzwolenie.
Świadomość
jest tożsama ze spostrzeżeniem i wiedzą, a umysł (narząd psychiczny) istnieje,
aby akty poznawcze nie zachodziły jednocześnie.
Świadomość opisana została dosyć
szczegółowo, jako własność duszy. Akt świadomościowy trwa tylko przez
chwilę, bo w czasie jego trwania świadomość może uchwycić rzeczy istniejące
tylko przez moment, później zanika.
„Ponadto świadomość różni się od własności
ciała jeszcze tym, że własności ciała, o ile s w ogóle postrzegalne, postrzega
się za pomocą zewnętrznych zmysłów, podczas gdy świadomość zostaje rozpoznana
za pomocą narządu psychicznego”[1](umysłu).
Te
najstarsze postulaty szkoły njaji uznawane są za początki wajsiesziki, która
była ogólniejszym systemem i przez to, w toku rozwoju, okazała się doskonałym
uzupełnieniem njaji i wchłonęła ją, stając się dużą, przyrodniczą (przynajmniej
początkowo) nauką.
WAJSIESZIKA
Wajsieszika („szkoła cech
indywidualnych”) zajmowała się fizyką i rozwinęła teorię atomistyczną,
dorównującą takim samym nurtom w filozofii greckiej. Założycielem szkoły był Uluk Kanada, którego Wajsieszika-Sutry stanowiły podstawę
nauki. Szybko zdobyła ona w świecie indyjskim pozycję wiodącą – obok sankhji. Jest
także świetnym przykładem na to, jak przyrodnicze systemy w Indiach łatwo
popadały w nastroje religijne, przez zakorzenioną od dawna w myśli ideę o
transmigracji i karmie. To zatem nauka, która w swojej ostatecznej formie jest
sztywną, zamkniętą nauką o kategoriach i jako taka oddziałała na filozofię
indyjską.
Tutaj warto
wymienić kolejną szkołę – mimansę – która
początkowo zajmowała się tylko wykładaniem
doktryny wedyjskiej. Była tak jakby bardziej ścisłą kontynuacją braminizmu.
Od pierwszych sutr Dżajminiego, które wykazywały wieczność i autorytatywność
Wed, ten niewielki badawczy system rozwijał logikę, dialektykę i semantykę, aby
skuteczniej bronić Wed i wysuwać jaśniejsze argumenty. Najwybitniejszym
przedstawicielem mimansy był Kumarila i to on zapewnił trwałą pozycję szkole,
wśród jej współczesnych. Równocześnie jednak już w VIIIw. mimansa zaczęła
stapiać się z wedantą, ostatnim z sześciu ortodoksyjnych systemów hinduskich.
Wajsieszika, jak i njaja uznała
istnienie czterech głównych zmysłów
(dotyk, wzrok, smak, zapach), które zostały ukształtowane z czterech elementów (wiatr, ogień, woda,
ziemia), zaś eter (i dźwięk) miał
tutaj szczególną, wyjątkową pozycję.
Mimansa natomiast musiała
ukształtować teorię o dźwięku, trzymając się doktryny z Wed. Mianowicie dźwięk
już od najdawniejszych czasów uznawany był za wieczny i wszechpotężny (święte
słowo, mantry, brahman, jako siła magiczna). Z owej doktryny wynika to, że dźwięk nie powstaje dopiero w
momencie zabrzmienia. Raczej odwiecznie istniejący dźwięk staje się przez
chwilę słyszalny. Ale ponieważ słyszy się go raz tu raz tam, należy przyjąć, że
jest on tak samo jak jego nosiciel, eter, wszechobecny i wszechprzenikający.[2]
Elementy
stanowią najważniejsze składniki, z których ukształtowany jest świat. ich trzy
funkcje tworzą świat zewnętrzny, ciała istot żywych oraz zmysły. Wajsieszika
ukształtowała ponadto bardzo spójny obraz ciała człowieka i jego czynności
fizycznych. Opisano stosunki pomiędzy zmysłami, a ich nosicielami (węch – nos
itd.) i sposób działania poszczególnych nosicieli – uważano, że postrzeganie
zachodzi na skutek kontaktu nosiciela zmysłu z przedmiotem. Również teoria mowy
zyskała duże znaczenie, dzięki uprzywilejowanej pozycji eteru i dźwięku. W
wajsieszice tłumaczono, że podczas
oddychania powietrze jest przekształcane przez narządy mowy, przemienia się w
wyrazy i w tej postaci dociera do ucha słuchającego.[3] Tutaj mimansa
musiała udzielić uzupełnienia ze swoim dogmatem o wieczności dźwięku.
Mianowicie uważano, że dźwięk ujawnia się chwilowo.
Dźwięk posiadał zatem własność głosu.
Działanie
poszczególnych części ciała, jak i ciała w całości przypisywano natomiast
istnieniu duszy, która niczym woźnica miała ciągnąć swój wóz. Ta mechaniczna koncepcja jest typową dla filozofii przyrody, a zarazem dosyć
archaicznym obrazem funkcji duszy. Początkowo przedstawiano ją sobie jako
malutką cząstkę, której siedzibą jest serce.
Nie uznawano
istnienia ciała subtelnego, czyli tego elementu, który odbywa wędrówkę pomiędzy
narodzinami i śmiercią oraz jest nośnikiem karmy. To dusza jednostkowa jest zaś
nosicielem świadomości, woli i
aktywności człowieka, a także jego duchowej osobowości. Dusza jest bezpośrednio
uwikłana w koło narodzin i śmierci.
Wajsieszika
wymienia dwie natury duszy: jest
podmiotem poznania – istnieje ponad zmysłami i umożliwia ich aktywność oraz
czysty ogląd – oraz jest sprawcą, przyczyną wszelkiego działania
człowieka. Ze względu na poznawczą funkcję duszy, umysł (narząd psychiczny,
manas) występował w doktrynie jako narząd pośredniczący,
który ogranicza aktywność duszy, aby elementy poznania nie zachodziły
jednocześnie, a były – powiedzmy – dawkowane. Życie człowieka polega wyłącznie
na więzi duszy z narządem psychicznym.
Z
najstarszych teorii systemu o indywidualnościach należy wspomnieć też teorię
dotyczącą snów: twierdzono,
że sen następuje wtedy, gdy narząd psychiczny wycofuje się ze zmysłów, a jego
związek z duszą ulega przerwaniu. Jeśli w duszy pobudza on wrażenie pochodzące
z wcześniejszych aktów postrzegania, wywołując przez to żywe obrazy wspomnień,
wtedy człowiek śni.[4]
Zmiana poglądu na duszę.
Rozwój
wajsiesziki doprowadził ją do wielu przełomów i zmian w doktrynie, szczególnie
o naturze duszy, która zbliżyła się niewyobrażalnie do duszy, jako
wszechobecnej istności (jak w sankhji i innych podobnych), odchodząc od przyrodniczej koncepcji. Doprowadziła do tego rozterka
na temat przyczyny dynamiki świata.
Dobre i złe uczynki są siłą, która
podtrzymuje bieg świata. Dlaczego jednak mogą wywoływać skutek, skoro są
przeszłością? Odpowiedź na to pytanie była dosyć sztuczna i zbliżyła cały
system do religijnych spekulacji na temat Boga i wyzwolenia. A mianowicie –
czyni to niewidoczna siła, nazwana adrsta
– niewidzialne. To niesie za sobą
dalsze konsekwencje – przekształcono naukę o jednostkowej duszy.
Ponieważ
bowiem dusza była nośnikiem karmy i osobowości, toteż niewidzialne musiało być
jej częścią. Jeśli niewidzialne jest mocą kosmiczną, to i dusza musi być
nieskończenie wielka. Stała się nieskończona i wszechprzenikająca oraz
niepodzielna. Skoro jest tak wielka, nie może przechodzić z jednego żywota w
inne i wajsieszika musiała przyznać rację sankhji o istnieniu ciała subtelnego
lub narządu, który transmigruję. Uznano więc, że subtelne ciało powstaje w
chwili śmierci. Zanikła też dwoista natura duszy. Przyswojono sobie buddyjską
koncepcję o impulsach – własności duszy istnieją tylko przez chwilę, ponieważ z
natury są nietrwałe. Są ograniczone przestrzennie i czasowo. Wyzwolenie
wajsiesziki było przez przeciwników opisywane jako zdrętwienie, buddyści tak to
komentowali: „Wolałbym ponownie się narodzić jako szakal w miłej Dżetawanie,
niźli osiągnąć zbawienie wedle wajsiesziki”.
Według
Frauwallnera wygaśnięcie ducha przyrodniczego było jedną z przyczyn, które
spowodowały później przekształcenie się systemu w skostniałą scholastykę
doktryny o kategoriach.
Dlatego najważniejszym
osiągnięciem tej nauki, oprócz szczegółowego opisu kategorii bytu, jest teoria
atomów.
Według niej cały świat widzialny składa
się z wiecznych i niezmiennych składników, na które ponownie się rozpada […].
Cały bieg świata jest pewną grą wiecznych atomów, które wprawdzie łączą się i
znów się rozdzielają, jednak same pozostają wiecznie takie same. […] Wszelkie
powstawanie i zanikanie sprowadza się do ruchu wiecznie niezmiennych atomów, a
przeto jest on [obraz świata] wynikiem czysto mechanicznego ujęcia.[5]
Labels:
atomy,
brahman,
dusza,
dusza jednostkowa,
dźwięk,
eter,
filozofia indyjska,
filozofia przyrody,
Indie,
kategorie,
mimansa,
njaja,
poznanie,
scholastyka,
teoria,
wajsieszika
Subskrybuj:
Posty (Atom)
