środa, 12 sierpnia 2015

Filozofia indyjska. Rygweda.




      Jest wiele ksiąg wiedzy, które różnią się odpowiednio do kraju, ludności, środowiska. […] Zostały one ustanowione odpowiednio do czasu, okoliczności i mentalności ludzi. Jaki jest cel tych wszystkich ksiąg wiedzy? Mają one wykształcić nas, abyśmy zrozumieli naszą pozycję, pozycję czystej duszy.[1]
      Wedy to najstarszy zabytek literacki Hindusów. Zawierają syntezę ich mądrości i wiedzy o świecie, przekazaną w sposób wzniosły i sakralny. Sam język taki jest – sanskryt właśnie dzięki Wedom stał się świętym indyjskim językiem. Równocześnie piękne pieśni były łatwym sposobem na włączenie języka Ariów w kulturę i życie Hindusów.

      W swojej treści Wedy to przede wszystkim poetyckie opisy natury, nieba oraz związanych z nimi bóstw i konsekwencji wynikających z tego stanu rzeczy (czy też umysłu) na życie człowieka – zarówno przeciętnego, jak i kapłana.

Wielkie dziecięce ukochanie natury tryska niemal z każdego hymnu Rigwedy. Słoneczny zachwyt nad potęgą przyrody w nowej zdobytej ziemi idzie w parze z uwielbieniem i modłami do starych bogów aryjskich i stwarza nowe bóstwa i nowe ucieleśnienia. […] na wszelką zjawę natury, złą czy dobrą, spoglądali (Hindusi) tak jasnemi oczami, tak ciekawą duszą, że wszędzie czuli się otoczeni istotami podobnemi do siebie, tysiąckroć tylko potężniejszymi, wolnemi od trosk i niedoli ziemskich.[2]

      Z Rygwedy wyłania się świat podzielony na trzy królestwa: ziemi, powietrza i nieba. Każde z nich posiada swoje bóstwa, które są przejawami najwyższej kosmicznej mocy. O Bogu zasadniczo nie ma wzmianki, choć niektórzy badacze dopatrują się go w Djausie (Niebo) lub Pradżapatim. 




      Znacznie częściej wspominany jest Brahma, który jako stworzyciel świata stoi jest określany mianem demiurga w hinduizmie. W swojej pierwotnej zaś formie brahman to siła magiczna, substancja, mana (=nadprzyrodzona elektryczność), moc zaklęcia (mantry). Siłą magiczną była wtedy mowa, święte pieśni, które posiadając tę szczególną energię mogły dokonywać przeobrażeń. Później brahmanem został mianowany człowiek posiadający tę moc.
      „Pierwotnym celem indyjskiego ascetyzmu było zdobycie potęgi magicznej”, pisze Basham, opierając się na głoszących swą siłę indyjskich braminach. Prawdą jest jednak to, że ascetyzm w swojej najczystszej postaci miał tylko jeden cel – wyzwolenie z kręgu narodzin i wcieleń. Stąd w myśli indyjskiej duża doza mistycyzmu i doświadczenia wewnętrznego, często niezrozumiana i pomijana. Aranjaki i Upaniszady uwypuklają to inne spojrzenie na świat i etykę, będąc podstawą do powstania zarówno heterodoksyjnych systemów (buddyzm i dżinizm), jak i ortodoksyjnej sankhjanistycznej jogi.

     Poniżej filmik prezentujący pieśni Rygwedy w przekładzie F. Michalskiego, z pięknego wydania z 1912 roku, prawdziwa perła mej książkowej kolekcji.

   
      Pierwsze opisy metempsychozy pojawiają się w Brahmanach. Są w nich zaczątki teorii o wędrówce dusz (transmigracja, sansara) oraz karmie (karman, skutki czynów dokonanych w poprzednim żywocie, oddziałujących na żywot następny). Co za tym idzie powstały pierwsze koncepcje materii duchowej, tworzywa duszy. W końcu, aby istniała transmigracja, musiało istnieć „coś”, co owej wędrówki dokonuje, bo ciało fizyczne to na pewno nie jest. Używano także pojęcia atman (=dusza, jaźń), który oznaczał najgłębszą jaźń każdej istoty, wolną od wszelkich cech materialnych.



      „Tat twam Asi” – Ty (jako jednostka) jesteś tym (substancją uniwersalną) – to główne przesłanie Upaniszad. Ową substancją uniwersalną jest oczywiście brahman, będący podłożem wszystkich zjawisk. Celem nauki (a zarazem życia) jest nie tyle zdobycie wiedzy o istnieniu tej podstawy rzeczywistości, co uświadomienie sobie, że to sami jesteśmy jej częścią. Brahman przebywający w ludzkiej duszy, a nawet nią będący. To podstawowa doktryna indyjska, mówiąca o tym, że atman (ludzka jaźń) to brahman. Wiedza o tym wyzwala z niekończącego się koła żywotów.

http://img.tezeusz.pl/static/product_gallery/32/320193_1_small.jpg     

 Upaniszady są zbiorem setek pism, z których wywodzą się dwie drogi rozwojowe myśli indyjskiej. Stare Upaniszady (ok. 800r. – 600r. p. Chr.) cechuje obecność obrzędów ofiarnych oraz opisy medytacji i ascezy, podczas gdy nowe są przepojone pobożnością i skłonnością do modlitwy. Przyczyniły się do powstania ortodoksyjnego systemu wedanty. Stare, których podstawowe nauki w kolejnej notce, to archaiczne wyjaśnienia zasad rządzących światem. Zastanawiano się nad losem człowieka po śmierci, stanem głębokiego snu oraz próbowano zidentyfikować nosiciela życia, czyli indyjskie arche.
      


[1] S. Parbhupada, Źródłem życia jest życie, 1991, s. 160.
[2] S. F. Michalski, Czterdzieści pieśni Rigwedy, Kraków 1912, s. XIX.

 Dodatkowo polecam opracowanie o stworzeniu świata według Rygwedy KLIK

niedziela, 9 sierpnia 2015

Filozofia indyjska. Wprowadzenie.



  1. Wprowadzenie

W odróżnieniu od wyrosłej z opozycji wobec mitologii filozofii zachodniej, dążącej do unaukowienia wiedzy o świecie, filozofia w Indiach zawsze miała religijny charakter. A nawet z religii wyrosła. Przez różne okresy dążyła jednak, wbrew pozorom, do systematyzacji zjawisk, poprzez wyrażenie w liczbach i dokładne opisanie ich współdziałania. Co więcej, oparta została na wielkiej tradycji kulturalnej i historii, których Hindusi zawsze mieli pełną świadomość.
Przystępując do przeglądu myśli filozoficznej Indii, warto oczywiście spojrzeć na sam kraj i ich mieszkańców. Cywilizacja rozwijająca się w dolinie Indusu była najbardziej humanitarną spośród wszystkich wczesnych cywilizacji świata. Cytując brytyjskiego indologa, Arthura L. Bashama:

Przeciętny Hindus, wargami świadczący uległość wobec ascety i szacunek dla jego ideałów, nie uważał jednak świata za dolinę łez, z której za wszelką cenę trzeba umknąć; skłonny był raczej do tego, aby przyjąć świat takim, jaki jest, i wydobyć z niego jak najwięcej radości […]. Indie były pogodnym krajem i Hindusi, z których każdy umiał znaleźć sobie jakiś zakątek w skomplikowanym i powoli ewoluującym systemie społecznym, osiągnęli w swych stosunkach wzajemnych wyższy niż jakikolwiek inny lud starożytny stopień uprzejmości i dobroci.[1]

      Tradycyjne społeczeństwo hinduskie, skupione wokół starożytnej osady Harappy, nie różni się od archaicznych plemion zamieszkujących całą ziemię. Występował tam kult Bogini Matki, czego dowodem są masowe znaleziska terakotowych figurek Matki (to część najstarszej sztuki, a jednak ze względu na utylitarny charakter można mówić o masowej produkcji). Co za tym idzie panował wielki szacunek wobec sił natury i żywiołów. Równocześnie zaś hołd oddawano symbolom fallicznym, a w centrum tego kultu stał rogaty bóg płodności. Wśród świętych zwierząt wylicza się byka, tak samo jak w kulturze europejskiej. Krowa, jako święte zwierzę, pojawiło się znacznie później w historii symbolicznej Indii.

      Co zaburzyło ten naturalny, plemienny porządek w dolinie Indusu? Najazd Ariów (ar – szlachetny; arya – człowiek honoru, pan). Wywodzili się z wielkiego ludu Indoeuropejczyków, którego migracje po obszarze Euroazjatyckim, przyczyniły się do powstania ponad połowy współcześnie istniejących narodowości.[2] Był to lud niezwykle rozwinięty technicznie i dzięki tej przewadze z łatwością podbił tubylcze tereny Indii.
      Ariowie przynieśli ze sobą odmienny wizerunek świata, który wbrew pozorom, ale tylko w kontekście duchowym i filozoficznym, zazębił się z zastanym matrylinearnym porządkiem. W praktyce zaś Ariowie wprowadzili patrilinearną organizację plemienną oraz kult bogów, nieba i gwiazd. Król miał stać na czele wojska, a fundamentem ładu społecznego stały się cztery klasy (sanskryckie słowo warna w rzeczywistości oznacza jednak barwę): kapłani, wojownicy, wieśniacy i poddani. 

            Jeśli zaś kapłani, to oczywiście najważniejszą funkcją było wykonywanie obrzędów religijnych, wyprowadzonych ze świętych ksiąg Ariów, których podstawą były rytuały ofiarne. Ofiara miała zapewnić ludowi przychylność bogów, a w późniejszym okresie wymusić ową przychylność poprzez skomplikowane, złożone czynności magiczne (posługiwanie się symbolami, magia sympatyczna/analogiczna). Wszelkie rytuały służyły podtrzymaniu istnienia wszechrzeczy, porządku zarówno na świecie, jak i w kosmosie. Mikrokosmos odzwierciedlający, poprzez odgrywanie mitów, makrokosmos. 

            Obrzędy oparte zostały na przekazie z ksiąg objawionych – śruti ( to, co słyszane), a byłby nimi oczywiście Wedy (weda – wiedza). Ich powstanie przypisuje się umownej dacie przybycia Ariów na ziemie indyjskie, czyli ok. 1800 r. p.n.e. Warto tutaj nadmienić, że Hindusi nie tylko Wedy uznają za święte pisma.
Oprócz nich wymienia się smryti (zapamiętane), księgi traktujące o religii, filozofii, kulturze, ustroju, tradycji (Purany, Mahabharata, Bhagawadgita, Ramajana, Tantry = komentarze, uzupełnienia Puran, o boskiej mocy stwórczej i energii); a także njaja, czyli wiedzę opartą na rozumowaniu logicznemu.


Najważniejszymi i najszerzej znanymi są jednakże Wedy i to z nich wyrasta pierwotny obraz świata każdego Hindusa. Oprócz czterech kanonicznych pism przeznaczonych dla kapłanów odprawiających obrzędy (każdy miał swoją rolę w rytuale, a co za tym idzie „swoją” księgę), później do kanonu dodawano komentarze pisane prozą. W dobie przekazów ustnych, bardzo istotna była forma, która za pomocą niewielkiej ilości słów oddawała istotę rzeczy. W tym kierunku zawsze zmierzała myśl indyjska – powstawały sutry i zabawy słowem i logiką w postaci koanów. Ponadto cała tradycja religijno-filozoficzna oparta została na postaci mistrza, nauczyciela, czy kapłana, który miał przekazywać wiedzę swoim uczniom w sposób niezmieniony. Spisanie kanonicznych Wed przypisuje się natomiast Wjasie (z sanskryckiego – porządkować, redagować).









[1] A. L. Basham, Indie, przekł. Z. Kubiak, 1964, ss. 30–31.
[2] Germanie: (od Skandynawii) Niemcy, Holendrzy, Duńczycy, Szwedzi, Norwegowie, Islandczycy, Anglicy. Dawne ludy uralskie: Lapończycy w Finlandii, Samojedzi w Rosji, Węgrzy, i mniejsze ludy zamieszkujące tundrę, Syberię. Słowianie: Zachodni, Wschodni, Południowi. (A. Cotterell, Słownik mitów świata).

niedziela, 2 sierpnia 2015

Niewypowiadalne



Może tak się zaczęło, a może nie? Orzechowe opowiadanie, taniec wymiarów, pierwsza podróż, albo odwiedziny Domu. Zapraszam.


„Niewypowiadalne”

[…] Wszędzie zakwitały dżungle i pustynie
niesamowitych odruchów, dziwacznych czynności
W. Gombrowicz – Ferdydurke


            Budziłem się już w wielu miejscach.
            Ale nigdy na pustyni.

            Nie, nie było to po imprezie stulecia, na której zgubiony został nie tylko czas, ale i miejsce, a ty budzisz się na niewiarygodnym kacu na dworcu autobusowym, na ławce w parku, w łóżku koleżanki, czy tam w łazience.
            Nie, nie jestem też podróżnikiem, który wreszcie dotarł do celu swej wyprawy i z radością budzi się w nowym miejscu. Nie jestem też jakimś ascetą wędrującym po pustynnych równinach, szukając kontaktu z bóstwem.
            Po prostu… obudziłem się na pustyni. Nie wiem czy bardziej ciałem czy duchem, czy i jednym i drugim. Gdy dotykałem twarzy czułem miękką, wysuszoną skórę, oczy, usta. Widziałem swoje dłonie, stopy. Jakoś materialnie istniałem, a zarazem miałem nieodparte wrażenie, że było mnie mniej… i więcej równocześnie.
            Ciało przestało się liczyć. Wiedziałem, że jest, ale zupełnie o tym nie myślałem. Zresztą wydawało mi się jakieś obce, niepotrzebne. Nawet stopy, które kiedyś były moją zmorą - nienawidziłem ich za dziwny, koślawy wygląd - teraz przestały mieć znaczenie. Po prostu takie były. Część mnie, nic więcej.
            A zatem obudziłem się na pustyni, czując się sobą bardziej i pełniej niż kiedykolwiek, choć nie cieleśnie, a duchowo. W mojej głowie kołatały się myśli. Nie zwracałem na nie uwagi, były niepotrzebne, odległe i nudne. Umysł zionął dziwną pustką, jakby w jednej chwili – wraz z otwarciem przeze mnie oczu – wszystko zostało z niego wykurzone jednym podmuchem wiatru. Teraz zaś wypełniała go kontemplacja nad zaistniałą sytuacją. Choć w sumie… bardziej nad niespotykaną okolicą.
            Znajdowałem się, jak już napisałem, na pustyni. Otaczał mnie więc wszędzie suchy, żółty piasek. Słońce w pełni raziło w oczy i wręcz paliło skórę. Wiatr co chwila podrywał w górę tumany piachu, który kręcąc się w powietrzu rysował przedziwne znaki. Tak właśnie wyglądała moja pustynia na pierwszy rzut oka. Za chwilę jednak miałem przekonać się o niepełności poznania zmysłowego.
            Wstałem, żeby otrzepać zakurzone ubranie... był to biały, drapiący worek, przepasany w pasie siwym sznurem. Cóż, nie przypominam sobie, abym miał kiedykolwiek inny strój, a mimo tego zdziwił mnie on niesłychanie. Otrzepałem go więc dosyć energicznie i uniosłem głowę, wyciągając szyję tak mocno, jak tylko mogłem.
            Słońce zmusiło mnie do zmrużenia oczu. Fale gorąca rysowały się w powietrzu. Wysokie wydmy kiwały się pod wpływem wiatru, który owiewał mi twarz, będąc niczym okłady z gorącej czekolady. Lecz w rzeczywistości cały byłem w parzącym piasku. Ilekroć próbowałem zwilżyć usta, zjadałem go i paliłem sobie przełyk.
            Krajobraz zdawał się rozsuwać przed moim spojrzeniem. Dokładnie, jak morze przed Mojżeszem. Nie wiem, skąd znałem Mojżesza. W każdym razie musiałem kiedyś o nim usłyszeć, albo przeczytać. Nie jestem pewien, co do faktów ze swojej przeszłości.
            Tak więc okolica rozszerzała się przede mną. Wydmy, poganiane coraz silniejszym wiatrem, przybierały formę wiru. Pochłaniał ogromne ilości piasku i tocząc się w słońcu, dawał mym oczom spektakl nie z tej ziemi.
            … chyba gdzieś już to widziałem. Może w książce, w filmie, albo we wspomnieniach. 
            Za wydmami dostrzegłem wielkie, stare obeliski. Kamienne ściany, nadgryzione przez ząb czasu i silne, pustynne wiatry. Z daleka ruiny przypominały tylko jakieś przedziwne wysypisko gruzu. Wiedziałem jednak, że to prastare miasto, zapraszające mnie do środka.
            Czy ta wędrówka miała jakiś sens? Oczywiście. Wszak i tak nie miałem gdzie się podziać. Nie wspomnę o szczegółach, takich jak niesamowite pragnienie, bo to rzeczywiście był wtedy szczegół. O pokarmie nawet nie myślałem. Chęć znalezienia odpowiedzi na nurtujące pytanie doprowadziła mnie przez pustynne rejony do ruin. Chód przypominał bardziej pełzanie, lecz przyznam, że nie był zbyt katujący. Me myśli wciąż otaczały spokojne piaski pustyni.
Myśli pogrzebane?
            Zastanawiałem się czy to dobrze, czy źle. Przecież czasem myśleć należy. Wiem jednak, choć nie wiem skąd (ale podczas wędrówki wszystko było wyjątkowo poukładane w mym umyśle), wiem, że myślenie częściej sprowadza nas w otchłanie cierpienia i bezsensownej rozpaczy, niż nie-myślenie. Dlatego też zechciałem trwać w tak spokojnym stanie jak najdłużej. 
            Zbliżywszy się do pierwszych, ogromnych kamieni, odkryłem skąd ten spokój we mnie. Był bowiem niczym te obeliski – stary, niezniszczalny i nie do poruszenia. Czemu stary? Tak, jakby był we mnie od zawsze. Gdzieś tam pod tymi wydmami, pod piaskiem, jakaś pradawna wiedza, która teraz spoczywała uspokojona przez nieskończoną pustynię…
            Tak. Ta pustynność w moim umyśle wynikała z tego, że pod nim znajdowało się coś stałego i niezniszczalnego. Coś, dzięki czemu nie musiałem wcale szukać, wystarczyło zanurkować w piasku, w piasku przykrywającym umysł. Myśli splątane, niczym najdziksza dżungla pierzchały wtedy, chroniąc się przed pradawną, wiecznie stałą wiedzą.
            Nie musiałem więc szukać odpowiedzi. Ta perspektywa bardzo podniosła mnie na duchu, więc szedłem dalej – dalej w miasto.
            Skalne ściany zasypane do połowy przez piach były postrzępione na górze. Kiedyś zapewne znajdowały się na nich jakieś pomniki, popiersia, z których niestety już nic nie pozostało. Wiatr świszczał pomiędzy większymi i mniejszymi szczelinami. Ogromna arena, na której się właśnie znalazłem przypominała starożytne teatry. Nade mną górowało słońce, a wokół niekończące się kręgi kamiennych siedzeń. Okręciłem się wokół własnej osi, czując zawroty. Czy było stąd jakieś wyjście, oprócz tego, którym przybyłem?
            Zupełnie znienacka poczułem się niezwykle zagubiony. Myśli ponownie wypełzły na spokojny, poruszany lekkim wiaterkiem piasek. Wypełzały niczym grube, zielone liany, zarastając mój umysł i zamieniając go w najstraszniejszą, najciemniejszą dżunglę na świecie. Pobiegłem spanikowany przed siebie do dużej szpary pomiędzy siedzeniami, która nagle ukazała się moim oczom. Wyjście, to musi być wyjcie, myślałem i rzeczywiście było, ale to nie tu spodziewałem się trafić.
            Nie zdążyłem jednak nawet zatęsknić za pustynią. Za teatralnymi siedzeniami znajdował się wielki, nieskończony las. Wśród splątanych koron drzew latały ptaki, ćwierkając wesoło. Zieleń ze wszystkich stron prawie zwaliła mnie z nóg. Poczułem się tak spokojny, tak obezwładniony, że jedyne, co mogłem zrobić to usiąść i sycić się tym widokiem.
            Nigdy nie sądziłem, jak bardzo można ulec zmysłowi estetycznemu. A może to było coś więcej? W końcu wszędzie kwitło życie! Mokra ziemia zapełniała się zieloną, soczystą trawą, grube liany oplatały wystające konary drzew, porosłe przez pachnący mech. Promienie słoneczne lekko wpadały do lasu, oświetlając tylko niektóre jego fragmenty. Wszystko ruszało się, żyło i tętniło życiem. Podszedłem do jednego z największych i najgrubszych drzew. Przyłożywszy do niego ucho, zamknąłem oczy. Najpierw usłyszałem stukanie. Przestraszony objąłem mocniej drzewo i spróbowałem ponownie. Tym razem dźwięk przeszedł w kolejny – przypominał odgłosy mojego własnego ciała. Tak, jakby wszelkie pracujące w nim narządy, znalazły się wewnątrz drzewa i rozgrywały w nim niesamowitą melodię. Lecz może była to dusza samego drzewa? Niczego już nie wiedziałem. 
            Piękno tak bardzo mną zawładnęło, że zacząłem dociekać jego przyczyn. Przyczyn tego życia. Było wszędzie. Pomyślałem, że przecież tak łatwo jest powołać do niego każde stworzenie. Drzewa wystarczy zasadzić, kwiaty kwitną na wiosnę, dzieci rosną w łonach matek, stworzone z miłości, połączenia kobiety z mężczyzną. Wydawało się to takie proste, a jednak samo sedno tego procesu gdzieś mi umykało. Dlaczego to miejsce emanowało energią czystego istnienia? Przecież słońce nawet tu nie dociera w pełni! Na pustyni było wszędzie, a jednak tam tylko susza, piasek i gorący wiatr.
            Stanąłem w jednym ze słonecznych promieni. Oświetliło mnie i ogrzało. Przymknąłem powieki i gdy ponownie spojrzałem na las, wydawał mi się żywszy niż wcześniej. W swoim na wpół mrocznym świecie… tak żywy, pełen energii, radości i intensywnych barw. Me myśli splątały się ponownie, podsuwając najróżniejsze odpowiedzi, kolejne pytania. To dociekanie prawdy tak mnie zajęło, że nawet nie zauważyłem przebiegającej obok bialutkiej norki. Schowała się do norki w ziemi, a następnie wystawiła z niej wilgotny nosek, cały umorusany, lecz wciąż błyszczący.
            To czucie niewinne
            Dżungla zajęła moje myśli. Przechodząc od mroku do światła, czułem, że wpadam w nieunikniony wir pytań i odpowiedzi. Nic nie wydawało się łatwiejsze, żadne znaki nie docierały. Zapragnąłem przestrzeni, ciało zaczęło mi ciążyć, nogi stały się ciężkie, usta rozchylały się w pragnieniu wody…  Norka przemknęła pomiędzy moimi nogami…
            I usłyszałem szum wodospadu. Moja radość w tamtej chwili jest nie do opisania. Padłem przed strumieniem i zacząłem zagarniać wodę w dłonie, a następnie pić ją i przemywać twarz. Spojrzałem na swoje rozmazane odbicie. Było bardziej rozmazane niż przypuszczałem. I to nie przez poruszoną taflę wody, która musiała się ruszać tak czy siak – w końcu to źródło utworzone z wodospadu. Moja twarz tak po prostu była rozmazana.
            Zacząłem ją więc obmacywać, sprawdzać czy wszystko rzeczywiście jest na swoim miejscu i oczywiście było. Woda jednak twierdziła coś innego.
            Odsunąłem się od źródła. Nie miałem nawet w co nabrać wody na podróż. Chociaż w sumie… czy gdzieś się wybierałem?
            Gdy tylko to pytanie zakwitło w mojej głowie, zauważyłem drewnianą chatkę na polanie tuż za wodospadem. Czy ktoś w niej mieszkał? Może wreszcie dowiem się czegoś o tym przedziwnym miejscu. A może sam w niej osiądę?
            Nie czułem się źle z tą myślą. Istniałem tu od początków wszechświata. Nie miałem przeszłości, przyszłości. Moje imię… czy się liczyło? Czy naprawdę się aż tak liczy?
            Po prostu byłem. I jedyne, o czym mogłem z pewnością oznajmić, była moja płeć.
            Zbliżyłem się nieśmiało do chatki. Malutkiej i bardzo zadbanej. Wokół kwitły kwiaty, na których przysiadały pszczoły. W oddali dostrzegłem cały ich rój i zrozumiałem, że gdzieś blisko musi być pasieka. Przy obejściu stała ławeczka, a przy niej spacerowały kury, wydziobując z ziemi resztki zboża. Biała, koronkowa firanka w oknie za ławką poruszyła się gwałtownie.
            Z całą pewnością ktoś tu mieszkał.
            Nie miałem jednak czasu na wydedukowanie kto to mógłby być, bo już ujrzałem tę postać przed drzwiami. Wyłoniła się, niczym anioł rozświetlając swoją sylwetką cały las. Zastępowała słońce, które nie docierało tutaj w pełni. Była słońcem, księżycem i gwiazdami naraz. Jasna, złocista, rozpromieniona i tryskająca energią. 
            Dotąd nie miałem celu, lecz ciągle próbowałem jakiś wymyślić, dodać go sobie do… do tego wszystkiego. Teraz wiedziałem, że cel jest tym, wokół czego chcemy budować „to wszystko”. I już nie musiałem szukać, wymyślać. Miałem go przed sobą.
-                 Witaj… - słowa ugrzęzły mi w gardle. Próbowałem powiedzieć to, co miałem w głowie, ale nie byłem w stanie. Zresztą Ona od razu odpowiedziała, wyraźnie zainteresowana:
-                 Witam pana. – czekała na to, co odpowiem, nie zamierzając przejąć inicjatywy. Zbliżyłem się nieco do chatki, dostrzegłszy norkę, czmychającą gdzieś pod ławkę. Spłoszyła kury, które gdakając, prawie zagłuszyły moje słowa:
-                 Mam wrażenie, jakbym cię już skądś znał. – nie odpowiedziała, dziwnie się uśmiechając. Z całą pewnością mnie nie kojarzyła. 
-                 Jak należy zaczynać znajomość z kimś, nie wiedząc nic na swój temat? – zapytałem posępnie.
Wcześniej wszystko wydawało się tak łatwe. Pamiętałem rzeczy nie wiadomo skąd, nazwy, imiona, słowa, a jednak sama moja osoba, choć czułem się nią w pełni, nie posiadała żadnego oznaczenia, niczego. Byłem tak bardzo pusty. 
-                 Już zaczęliśmy znajomość. Czy nie zechce pan wstąpić na herbatkę z pokrzywy i orzechy w miodzie?
Prawie zakrztusiłem się własną śliną. Pokiwałem głową i wszedłem za kobietą do chatki. Roznosił się w niej zapach kadzideł i suszonych ziół. Pod okienkiem stał drewniany stolik, a na nim orzechy w wiklinowym koszu. Na półkach po jednej stronie mieniły się kolorami najróżniejsze konfitury, a po drugiej stare, zniszczone książki, albo raczej zeszyty. W drugim, malutkim pomieszczeniu za kotarą dostrzegłem łóżko ze słomy, bambusa i wielkich liści.
-                 Jak długo tu jesteś? – zapytałem wciąż oniemiały. 
-                 Odkąd pamiętam. – odparła, stawiając na stole gliniany kubek pełen aromatycznych ziół. 
-                 To tak jak ja. – mruknąłem, niezbyt wiedząc o czym można rozmawiać z taką właśnie osobą. Nie mieliśmy sobie chyba za dużo do opowiedzenia.
A może jednak?
-                   Jeśli chcesz orzechy to tu, proszę, leżą. – przysunęła do mnie koszyk. – Może niezbyt to gościnne, ale musisz sobie je najpierw rozłupać. Tu jest kamień. – wzięła z podłogi kamień wielkości ręki i położyła go obok. – Miód mam najlepszy na świecie, prosto od pszczółek. – uśmiechnęła spokojnie i spojrzała na mnie z nadzieją.
Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Poczułem się trochę wykorzystywany. Lecz nie mogłem zawieść tej pięknej niewiasty i zabrałem się za tłuczenie orzechów. Od razu przestałem się dziwić, dlaczego nie robiła tego sama. 
-                   Skąd tu przywędrowałeś? Też masz jakiś dom w lesie? Myślałam, że jestem tu sama. – kobieta wyrzuciła z siebie pytania, drżąca z podekscytowania, kątem oka obserwując moje zmagania z orzechem.
-                   Nie wiem dokładnie. Byłem w opuszczonych ruinach, pradawnym mieście. Na pustyni.
Otworzyła oczy ze zdumienia. W tej samej chwili udało mi się przepołowić pierwszą łupinę. Zaśmialiśmy się oboje. Niewiasta zaklaskała w dłonie i wyjęła z szafki miód w glinianym słoju. Wystruganą z drewna łyżką polała wydobyte orzeszki i poczęstowała mnie połową, drugą jedząc sama. 
-                   Mmm, to jest wyborne. – stwierdziłem. Pokiwała głową, jakby również nieczęsto pozwalała sobie na takie rarytasy. 
-                   Jak ci się tu żyje? W tej dżungli? – spytałem, oblizując wargi. – Nie czujesz się… ograniczona przestrzennie?
Zastanowiła się nad odpowiedzią, a po chwili wyznała:
-                   Czuję na sobie ciężar wszechświata. Czasem na mnie spada i jestem wtedy przygnębiona. Ale tak naprawdę wiem, że wszechświat jest bardzo lekki.
Jej słowa bardzo mnie zaskoczyły. Dorzuciła jeszcze z uśmiechem, że mimo tego w lesie jest cudownie i to jest prawdziwy dom.
-                   Potrzebujesz czegoś… jakiegoś… przewietrzenia. Wiesz, umysłu. – stwierdziłem. – Może zabiorę cię na pustynię? Zobaczysz, jak tam jest cudownie. – sam nie wierzyłem, że powiem takie słowa. Ale przecież to tam się obudziłem, to tam nauczyłem się ważnych rzeczy. Tu, w dżungli, napotykałem tylko na ciągłe wiry i zapętlenia myśli… dopóki nie spotkałem Jej. 
-                   Bardzo chętnie. Nie wiedziałam, że tu w pobliżu jest pustynia. Opowiesz coś o niej? – oparła brodę na dłoniach i wlepiła we mnie spojrzenie swoich błękitnych oczu. Przez chwilę zastanowiłem się czy przypadkiem nie mam naprawdę rozmazanej twarzy i przez to mogę się Jej nie podobać. Jednak, gdy zacząłem mówić, a ona otwierać usta ze zdumienia, te czarne myśli szybko mnie opuściły. 
-                   Pustynia… jest miejscem, w którym niewiele może cię zaniepokoić. Oczywiście nie mówiąc o tych najbardziej prozaicznych rzeczach typu jedzenie czy picie… To znaczy muszę przyznać, że gdy tam byłem zupełnie nie zwracałem uwagi na ciało. Zupełnie odwrotnie niż w normalnym życiu. Bo przecież powinienem słaniać się z wycieńczenia, umrzeć z pragnienia, albo bez przerwy myśleć o źródle wody. Paradoksalnie to w dżungli przypomniałem sobie o cielesności. – dotknąłem swojej twarzy. Musiałem sprawdzić czy naprawdę tam jest, czy gdzieś znowu nie odpłynąłem. Ale była i to taka sama jak zawsze.
Czyli jaka?...
-                   Na pustyni znalazłem pradawne miasto, wielkie kamienie, wiesz, głazy i obeliski, które kiedyś tworzyły mury obronne. Stwierdziłem wtedy, że są symbolem niczym niezmąconego spokoju. Czegoś, co jest w każdym człowieku, tak głęboko ukryte pod tonami pustynnego piasku. I żeby znaleźć odpowiedź, jakąkolwiek, trzeba właśnie tam się udać – przedrzeć się przez pustynię. Tam, gdzie jesteśmy najbardziej odsłonięci, skazani na wszelkie niebezpieczeństwa cielesne… Tam nasza dusza rozkwita, wyfruwa, wygania niepotrzebne myśli i syci się przestrzenią. – poczułem się jak natchniony opowiadając o pustyni. Nie wiem skąd we mnie tyle pozytywnego myślenia na jej temat. Po prostu się pojawiło. 
-                   To wspaniałe. Czystość umysłu… - uśmiechnęła się łagodnie. – Chyba wiem, o czym mówisz, ale czy nie miałeś wrażenia, że ta przestrzeń cię przytłacza? Tutaj, wśród drzew, czuję się bezpieczna. Mam wszystko, co potrzebne do życia i też mogę oddać się medytacji na łonie natury. Myślę, że może być ona nawet przyjemniejsza niż na środku pustyni.
Chyba miała rację. Perspektywa siedzenia na wydmach, w otoczeniu szumiącego wszędzie wiatru i piasku wpadającego do oczu, nie wyglądała w tej chwili na przekonującą. 
-                   Kontakt z naturą to nasz łącznik z życiem, jego prawdziwą esencją. Ona się aż wylewa, przelewa. – kobieta rozłożyła ręce. Sama była esencją, tak błyszcząca w mroku chatki i rozkwitająca jak kwiaty w zagrodzie.
Moja odpowiedź musiała być trafna, chyba, że pogodzę się z myślą, że ma rację. Mimo tego gdzieś podświadomie wiedziałem, co powiem. Zobaczyłem, jak wszystkie elementy jakiejś przedziwnej, umysłowej układanki, wskakują na właściwe miejsca. Mój umysł przez chwilę był tak czysty i poukładany, że pragnąłem zasypać go pustynnym piaskiem, ukryć i zapamiętać. Mieć go zawsze przy sobie, w sobie, swoją podstawę, odpowiedź i pytanie w jednym. 
-                   Pustynia pomaga ci się oderwać od cielesności. Stajesz się duszą wędrującą pomiędzy piaskowymi wirami. Odsłoniętą na bezpośredni kontakt z życiem. Może nie widzisz go wokół, ale czujesz je w sobie. – nabrałem powietrza w płuca. – I wiesz, że masz w sobie coś, co nie pozwoli ci się zagubić w dżungli życia. To „coś” znajdujemy także w drugim człowieku…
Przekręciła głowę. Błędny uśmieszek przemknął po Jej ustach. Chciałem wiedzieć, co o tym myśli, lecz nic nie powiedziała. Czyżby nie zrozumiała? Nie, na pewno zrozumiała. Widziałem to w oczach. Była to prawda, której nie musiała wypowiadać. Może właśnie przebywała podróż przez własny umysł? Wychyliła się z lasu i przekopawszy przez pustynne piaski, dotarła do prastarego źródła wiedzy. Tego, co zawsze nosiła w sobie. Tego, co niezmienne. Tego, co pewne.
I chyba tak się działo. Jej twarz przybrała bowiem nieobecny wyraz. Oczy stały się dziwnie puste… Nie, to po prostu źrenice powiększyły się tak wyraźnie, że prawie całkowicie zasłoniły niebieskie tęczówki. Usta rozchyliła lekko, prawie nie oddychając, nie ruszając się, z dłońmi oplecionymi wokół kubka z ziołami. Po chwili jednak puściła go, odsunęła się od stołu, wstała. Oddech kobiety przyspieszył. Nie wyglądała na niespokojną. Bardziej na podekscytowaną, ale chyba w pozytywnym sensie. Trochę zbladła, oddychała coraz bardziej gwałtownie, a może po prostu z podniecenia?
            Postanowiłem coś zrobić. Wziąłem ją za rękę i powoli wyprowadziłem z chatki. Odetchnęła pełną piersią. Jej źrenice lekko zmalały, ale wciąż tkwiła w tym niespotykanym transie. Ciała tak bardzo przestawały się liczyć. Czułem to.

            Czuję to. Czuję, jak biegniemy przez las, wdychając wilgotne powietrze, zanurzając bose stopy w mokrej ziemi. Biały opiekuńczy duszek zwierzątka przemyka pomiędzy moimi nogami, ale bardziej czuję jego obecność w sobie, bardziej wspomnienie niż ciało. Odrywam się od wszystkiego, co związane z materią. Szukam w sobie źródła wiedzy, pewności, poznania. Wchodzę głębiej i głębiej w siebie, zarazem z siebie wychodząc. Widzę jak plątanina gałęzi i pędów powoli mknie ku górze, rozplątuje się i zawisa w powietrzu, kołysząc się na wietrze. Zapach kwiatów unosi się za mną tak wyraźny, że chyba byłabym w stanie go dotknąć. Życie, wszędzie życie… Kolory i energia! Wędruje przez drzewa różnobarwną fontanną i tryska na samych czubkach, oddając hołd słońcu! Życie, tak dużo życia!
            Czuję Jego uścisk na swojej dłoni. Wchodzi przez gęsto rosnące krzaki i liany, toruje mi drogę, a następnie przyciąga do siebie.
            Lecimy.
            Idziemy.
            Jestem na otwartej przestrzeni, która tak bardzo przytłacza mnie swoim ogromem. Lecz jest to bardziej ogrom wizualny niż prawdziwy. Wszechświat jest lekki, tak niesamowicie lekki!
            Rozkładam ręce i wiem, że mogę polecieć. W przestworza. Jestem całym Życiem. Nie czuję ciała, nie zwracam na nie uwagi, mogę nawet cieleśnie nie istnieć. Jakie to ma znaczenie? Tutaj, odsłonięta zupełnie, naga i bezbronna, przyjmuję wszystko do swojego łona i umysłu. Tutaj, w kontakcie z boskim wszechświatem jestem panią i córką zarazem. Nie pytam gdzie jest Bóg. Nie muszę. W tej chwili cały świat streszcza się do tego jednego słowa, a w nim jest wszystko.
            Właśnie w tym, którego nie wypowiadam.
Wyjdę na chwilę, na sekundę do innego świata, do świata nadumysłu, aby się z Nim spotkać, aby zobaczyć, co ma mi do przekazania i wrócę. Może za minutkę, może za dwie, ale mogą też minąć całe tygodnie i miesiące.
            Tutaj czas nie istnieje.
            To wieczność, niekończący się rysunek ósemki.
            Czy ja naprawdę lecę?

            Obudziłam się w lesie. Nigdy wcześniej nie budziłam się w lesie.
            Zostałam dłużej, niż sądziłam.
            Lecz teraz wyfrunęłam i oddycham. Świat, wszechświat, brakuje słów na opisanie tej rozpierającej głowę przestrzeni. Mój umysł stał się pustynią, na której ponownie muszę wyhodować piękny las.
            Czy zamieszkać w nim i odwiedzać nieobliczalną pustynną krainę czy może odwiedzać czasem i jedno i drugie? Wpadać w liany myślenia, które dzięki sile umysłu doprowadzą nas do odpowiedzi. A tę mamy w sobie, zagrzebaną pod piaskiem pustyni.
            Do kamiennego miasta, nad którym wśród aniołów mogłabym wzlecieć.
Do nieba?
            Spokojna przestrzeń wśród intensywnych kolorów, życia i zapachu kadzideł. A w głowie pustynia. Myśli odkrywane tylko w najbardziej potrzebnych momentach. Tak, jak właśnie w tym, kiedy powiedzieć chcę tę właśnie prawdę:
            To, czego szukasz jest w tobie.
            To, czego szukasz jest Niewypowiadalne, mieści się poza słowami.
            Mniej odwagę na spotkanie. Daj się pociągnąć za rękę. Pozwól na scalenie się dwóch światów. Pradawne miasto właśnie zmartwychwstało. Ruiny nabierają kolorów i umacniają się. Brakujące elementy wynurzają się spod piasku, albo spływają z nieba. Wszystko układa się w harmonijną, precyzyjną całość.
            Mój umysł jest harmonią.
           
            Obudziłam się w miękkim łóżku, opatulona pachnącą pierzynką. On leżał obok, z oczami wlepionymi w sufit. Oddychał spokojnie, szczęśliwy, milczący.
            Wróciłam do siebie, ale czy kiedykolwiek siebie opuściłam?
Wiem, że jestem kobietą – to moja jedyna pewność w tej chwili.
            Lecz kim byłam w nocy?
Zalesioną na nowo Pustynią swojego umysłu.